Pewnego wrześniowego popołudnia 1944 roku kilkudziesięciu cywilów, stłoczonych w piwnicy w kamienicy przy Marszałkowskiej, czekało na śmierć. Słyszeli tylko odgłosy wystrzałów, serie z karabinów maszynowych i ryk rakiet (zwanych „krowami”), które w kupę gruzów potrafiły obrócić wysokie i masywne mieszczańskie domy. Przygnębienie i rozpacz przybiera w takich momentach różne formy: lament i wrzask przechodzi w ciche łkanie, a w końcu w złowrogą ciszę. Postanowił ją przerwać znajdujący się w „schronie” żydowski malarz Perec Willenberg. Sprawnymi ruchami namalował głowę Chrystusa, opatrzoną napisem „Jezu ufam Tobie”. „Ten Chrystus wprawił ludzi jakby w ekstazę – opowiada Samuel Willenberg, syn autora rysunku. – Przyszli go oglądać nawet lokatorzy z sąsiednich kamienic. Ludzie dzielili z ojcem swoje skromne posiłki. Zewsząd było słychać, że stał się cud” – wspomina. Rysunek głowy Chrystusa przetrwał do dziś. Widnieje przy zejściu do piwnicy w kamienicy przy Marszałkowskiej 60 w Warszawie. Przetrwał, ale obejrzeć go nie sposób. Niedawno został bowiem zasłonięty...

TALENT Z MAKOWA

Perec Willenberg był wybitnym żydowskim malarzem i polskim patriotą. Wprawdzie większość twórczości Willenberga poszła z dymem podczas niemieckiej okupacji, jednak okruchy jego geniuszu ciągle są odnajdywane. Perec był człowiekiem owładniętym jedną myślą: chciał stworzyć odrębny styl żydowski w sztuce. I gdyby nie zakręty historii, może by mu się to udało...„Mój ojciec wyglądał jak Paderewski. Nie miał wcale żydowskiej urody. Był średniego wzrostu, miał piękne siwe włosy, nosił wąsy i okulary. Trochę wyglądał jak artysta, trochę jak patriarcha” – wspomina dziś  ojca 88-letni Samuel Willenberg. Perec urodził się w 1874 r. w Makowie Mazowieckim w rodzinie misnagda, zajmującego się handlem zbożem. Misnagdzi w łonie judaizmu tworzyli opozycję wobec chasydów. Willenbergowie byli litwakami, czyli Żydami pochodzącymi z terenów dawnej Litwy i pozostali wierni rabinicznej wersji judaizmu. Choć dom był głęboko religijny, Perec nie garnął się do modlitwy, tylko do rysunków. Malował w każdej wolnej chwili.

INSPIRUJĄCA ŁÓDŹ

W 1893 roku został przyjęty do Szkoły Sztuk Pięknych w Warszawie. Talent dostrzegł w nim Wojciech Gerson, wybitny malarz i pedagog, nestor wśród polskich artystów. Zaś po szkole Perec Willenberg wyjechał do Łodzi. Prawdopodobnie w tym mieście szukał swojej szansy, bo tu bogaci żydowscy fabrykanci roztaczali mecenat nad artystami. Krążyły legendy o tym, że trzeba tylko dopisać zero do i tak wysokiej ceny obrazu, a wtedy bogacz kupi malunek bez wahania. Mało wiemy o tym, jak powodziło się w tych czasach młodemu żydowskiemu artyście. Ale prawdopodobnie wtedy, gdy przechadzał się pośród wspaniałych synagog Łodzi, zrozumiał, jak zrealizować swoje pragnienie. Każda z synagog była budowana i dekorowana inaczej. Żydzi sięgali po neogotyk, styl bizantyjski, mauretański i wiele innych, ale własnego stylu jeszcze nie wypracowali. Willenberg wymyślił więc swój neorenesans żydowski i skierował uwagę na stare hebrajskie litery... One miały być wzorem, spoiwem nowego stylu w sztuce. Zagłębił się w mistyce i historii żydowskiej, szukał inspiracji w ilustracjach z ksiąg religijnych. Będąc w mieście, w którym Żydzi i Niemcy grali pierwsze skrzypce, Willenberg „zaraził się” polskością. Jego syn twierdzi, że zaczął konspirować wraz z łódzkimi socjalistami. „Wymalował im wielkiego Białego Orła. Nie wiem, czy tylko na tym polegała konspiracja, ale wiem, że władze carskie zaocznie skazały go na śmierć” – twierdzi Samuel Willenberg. Mało prawdopodobne, że wyrok był tak surowy. Jednak po rewolucji nastała amnestia. Perec Willenberg znalazł się w Częstochowie.

ARTYSTA NA MEDAL

Tam w 1906 roku otworzył szkołę rysunku i malarstwa. Mieściła się w jednym pokoju, ale gromadziła tłumy uczniów. To była pasja i duma artysty, bo po latach za ową „szkółkę” został odznaczony medalem państwowym. Cztery lata później żydowskie stowarzyszenie „Ika”, promujące utalentowanych artystów, wysłało Willenberga na studia do Sankt Petersburga. W Rosji malarz odwiedza Lwa Tołstoja i maluje jego portret. Skromny nauczyciel cieszy się poważaniem u najlepszych mistrzów: w 1913 roku organizuje wystawę z Romanem Kramsztykiem, trzy lata później razem ze Stanisławem Wyspiańskim, a w 1919 roku nie tylko z Wyspiańskim, ale też z Jackiem Malczewskim i Leonem Wyczółkowskim. Nadchodzą w jego życiu momenty, kiedy jego talent świeci pełnym blaskiem. Nie stał się jednak modnym artystą, co wywindowałoby ceny jego obrazów. „Ojciec dla pieniędzy malował takie zwyczajne sceny i pejzaże, które podobały się ludziom. Jednak cały czas pracował nad doskonaleniem żydowskiego stylu malowania i dekoracji” – mówi Samuel Willenberg. W pełnym sukcesów roku 1919, mając 45 lat, Perec żeni się z rosyjską pielęgniarką z Częstochowy Maniefą Popow. Dla niego kobieta przechodzi na judaizm. Urodzi im się troje dzieci: chłopiec i dwie dziewczynki.

SKROMNY PATRIOTA

 

W 1919 roku Willenberg był już uznanym pedagogiem, pracującym w Zawodowej Szkole Rolniczej. Przetrwało zdjęcie z tego roku, na którym widać, jak 3 Maja kroczy na czele pochodu szkolnego, trzymając polski sztandar. „Ojciec był fanatykiem Piłsudskiego. Ten patriotyzm polski mam po nim, on mi go zaszczepił” – mówi jego syn. Pensja nauczyciela w wolnej Polsce wynosiła ok. 350 zł. Wystarczyło, żeby wynająć mieszkanie i żyć na skromnym poziomie. „W piątek wieczorem jedliśmy śledzie, chałkę, żadnych luksusów. Kuchnia była koszerna, ale bez przesady. Mama robiła nam kanapki z masłem i dawała parę groszy, żebyśmy sami kupili sobie plasterek szynki w drodze do szkoły” – śmieje się Samuel Willenberg. Perec w latach 30. wymalował plafony w synagodze w Piotrkowie Trybunalskim, Częstochowie i Opatowie na Kielecczyźnie. Do Opatowa przeniósł się w 1937 roku, bo z Częstochowy było za daleko. „Tamtejsza gmina żydowska obiecywała złote góry mojemu ojcu za tę pracę. Dostawał wprawdzie weksle na wysokie kwoty, ale termin ich realizacji był zbyt oddalony i sprzedawał je często za grosze, żebyśmy mieli na chleb” – wspomina syn Pereca.

BEZ SCHRONIENIA

W 1942 roku niejaki pan Karbowniczek, znajomy Polak z Opatowa, dostarczył całej rodzinie Willenbergów aryjskie papiery. Matce zatarto na metryce dopisek o konwersji na judaizm. Wyjechała z dziewczynkami do Częstochowy i zostawiła je tam u znajomej. Wróciła do męża i syna do Opatowa. Kiedy niebawem pojawiła się po dziewczynki, zastała puste mieszkanie. „To pani nie wie, że one były Żydówkami? – dziwiła się sąsiadka. Zabrała je granatowa policja. Trafiły do częstochowskiego więzienia, a stamtąd Niemcy wysłali je do Treblinki. Perec wyjechał do Warszawy. Po tym, jak szmalcownicy próbowali go szantażować, zaczął udawać niemowę. Nosił przy sobie karteczkę z napisem że jest niemym artystą, choć słyszącym. „Musiałem tak napisać, bo krzyczeli mi do ucha – skarżył się po latach. Tymczasem w Opatowie hitlerowcy utworzyli getto, w którym znalazł się Samuel. Matka wyjechała do Głowna, gdzie pracowała jako robotnica. Każde z nich żyło osobno i samo zostało z własnym cierpieniem.

DO TREBLINKI

Po likwidacji opatowskiego getta Samuela przewieziono wraz z innymi Żydami do Treblinki. Dlaczego nie uciekał już wtedy? Miał przecież aryjski wygląd i papiery. „Nie chciało mi się żyć” – mówi. Samuel Willenberg stał się członkiem Sonderkommanda, porządkującego teren po zabitych Żydach. Wynosił trupy zabitych, którzy zostali zastrzeleni, bo nie mieli sił dojść do komory gazowej. Sortował ubrania po zagazowanych. Obcinał włosy Żydówkom, które szły do komory gazowej. Zapamiętał twarz, imię i nazwisko jednej z nich: Rut Dorfman. Po latach stanie się ona jednym z głównych tematów jego rzeźb. Pewnego dnia w Treblince w ręce wpadły mu ubranka po siostrach. „Ten moment ciągle staje mi przed oczami. To ból, który mógł mnie zabić, ale wtedy postanowiłem, że muszę żyć i o tym wszystkim opowiedzieć innym” – wspomina Samuel.

BUNT WIĘŹNIÓW

Grupa Żydów z Sonderkommanda wiedziała, że oni zginą na pewno, ponieważ jako niewygodni świadkowie mordów muszą zniknąć z powierzchni ziemi. Z magazynu wynieśli broń. Po strzelaninie około 200 więźniom udało się uciec. Większość z nich zginęła podczas pościgu zorganizowanego przez Niemców i ukraińskich strażników. Samuel Willenberg należał do nielicznych, którym udało się wymknąć z potrzasku. Kiedy w 1993 roku odwiedził jednego z chłopów, który pomógł mu w ucieczce, ten powiedział: „Nie wierzyłem, że uda ci się przeżyć”. Samuelowi pomógł aryjski wygląd. Gdy dotarł do Warszawy, odnalazł ojca, wiedział przecież, jak się nazywa. Spotkał go w mieszkaniu przy Grójeckiej 104, gdzie Perec jako „mistrz Baltazar” zajmował jeden pokój. Wpadli sobie w objęcia, po czym ojciec podał mu kartkę z napisem: „Udaję niemowę”. Na to syn odpowiedział donośnym głosem: „Panie profesorze, pamiętam jak pan bawił u nas na polowaniu, musi pan znowu do nas przyjechać na letnisko”. Zataił przed ojcem, że siostry zginęły w Treblince. „To niesamowite, ale nigdy w życiu mu się tak dobrze nie powodziło jak podczas okupacji. Malował seryjnie portrety Jezusa” – wspomina Samuel. Szepnął wtedy ojcu do ucha: „Tato, ty znów malujesz Żydów”, a Perec się uśmiechnął.

BLOND JEZUS

„Niektóre z postaci Jezusa miały coś ze mnie, bo służyłem mu jako model do rysowania poszczególnych partii ciała” – opowiada Samuel. „Dewotki zamawiały go w listach. Pisały np.: »Proszę, żeby Pan Jezus był blondyn, a nie ryży«. Wbrew pozorom była to niebezpieczna praca, bo mój ojciec nie znał dobrze symboliki i rytuałów chrześcijańskich. W jednym liście ktoś napisał: »Proszę, żeby Pan Jezus błogosławił całą dłonią, a nie tylko dwoma palcami«” – wyjaśnia. W czasach wojny owe obrazy sprzedawały się jak ciepłe bułeczki. Perec Willenberg namalował ich setki. W manierze rembrandtowskiej, pełnej cieni. Zawsze był to Chrystus frasobliwy, smutny. Samuel pamięta jeden ze stałych motywów – z postaci Jezusa wychodziły dwie wstęgi: biała i czerwona. Pewnego razu Perec poszedł wraz z synem do klasztoru Magdalenek w okolicy ul. Okopowej, żeby obejrzeć obraz Jana Styki, znanego malarza z przełomu XIX i XX w. Był autorem obrazu Syna Bożego, z którego twarzy przebijała nadzieja, pogoda ducha. Perec-Baltazar też namalował „radosnego” Chrystusa, ale nikt nie chciał go kupić. Z prac wojennych Willenberga w posiadaniu jego rodziny pozostało tylko jedno zdjęcie takiego obrazu.

CUD Z POWSTANIA

 

W marcu 1944 r. Niemcy odkryli kryjówkę Emanuela Ringelbluma, twórcy  archiwum o prześladowaniach Żydów pod okupacją. Niedaleko ukrywał się też stary Willenberg. Mieszkańcy wpadli w panikę. Pani Berkan, od której Perec wynajmował pokój, powiedziała: „Przyjeżdża do mnie rodzina, musicie się wyprowadzić”. Samuel Willenberg nie miał do niej o to żalu. „Po prostu się bała. Poza tym prawdopodobnie cały czas wiedziała, kim jest ojciec, ale nie dała po sobie tego poznać” – mówi. W maju 1944 r. syn przeprowadził ojca do mieszkania na ul. Natolińskiej. Kiedy wybucha powstanie, Samuel Willenberg walczy w batalionie AK „Ruczaj”, a potem w lewicowej polskiej Armii Ludowej. „Spotkałem ojca w drugim miesiącu powstania, we wrześniu. Był zły, że go zostawiłem samego i poszedłem walczyć. Ojciec uciekł z kamienicy na Natolińskiej prawie nagi, bo któregoś dnia dom stanął w płomieniach. Stamtąd przeszedł na Marszałkowską 60, gdzie dokonał owego »cudu«, malując twarz Zbawiciela” – opowiada Samuel. W czasie powstania Pereca zaczęło już męczyć udawanie niemego. Po którejś z eksplozji oświadczył współlokatorom „schronu”, że doznał szoku i wróciła mu mowa. Po upadku powstania Perec zdołał się wymknąć z kolumny cywilów, prowadzonych do obozu przejściowego w Pruszkowie. Jego syn także uciekł. Willenberg ojciec pojechał do Głowna, gdzie jego żona pracowała jako robotnica. Kamień spadł jej z serca, kiedy dowiedziała się, że przynajmniej mąż i syn przeżyli.

KIERUNEK IZRAEL

Po przegnaniu Niemców Samuel Willenberg ponad rok spędził w szeregach komunistycznego wojska polskiego. W końcu został z niego usunięty jako „żydowski nacjonalista”. „Gdy usłyszałem, że odradza się państwo żydowskie, chciałem jechać do Palestyny i włączyć się w budowę Izraela, wcale tego nie kryłem” – wspomina. Zaraz po zakończeniu niemieckiej okupacji, mieszkając chwilę w Łodzi, poznał młodą Żydówkę Adę. Przeżyła warszawskie getto, ukrywała się do powstania na „aryjskich papierach”, była na przymusowych robotach w Niemczech... Para szybko wzięła ślub. „Mój mąż był wtedy zabójczo przystojnym chłopakiem. Miał blond włosy i niebieskie oczy” – wspomina Ada. „Do dzisiaj w domu używamy często swoich »polskich« imion: Igo i Krysia. Bo takich używaliśmy wtedy, gdy się poznaliśmy” – dodaje. Pod koniec 1946 r. Samuel pojechał sam do Palestyny. Miał nadzieję, że później ściągnie tam całą rodzinę.

POWRÓT GRUŹLICY

W lutym następnego roku, gdy Samuel przebywał w Rzymie, dopadła go wiadomość o śmierci ojca. Wrócił wtedy do Warszawy. Po wojnie Perec przestał malować frasobliwych Chrystusów, na których nie było już zresztą zbytu. Mimo terroru nowej władzy ludzie układali sobie życie i nie modlili się już chyba tyle, co kiedyś. Perec zajął się więc tym, w czym przeszkodziła mu wojna: tworzeniem żydowskiego neorenesansu. Z powojennego okresu pochodzi obraz „Talmudyści”, na którym uczeni rabini studiują święte księgi. Miał mnóstwo planów. Dała jednak o sobie znać gruźlica, z którą zmagał się od lat. Przeszła w stan zapalny i nie udało się jej zatrzymać.

GENY ARTYSTY

Samuel i Ada wyjechali do Izraela wraz z mamą w 1950 r. Zamieszkali w Tel Awiwie. Samuel znalazł pracę w Ministerstwie Odbudowy. Już na emeryturze kupił domek za miastem i zaczął rzeźbić. Stworzył cykl scen z życia w Treblince. Rzeźby te wystawiono w 2003 r. w warszawskiej Zachęcie, a także w Niemczech. W  2009 r.  w Częstochowie odsłonięto zaprojektowany przez Samuela pomnik, poświęcony zagładzie tamtejszych Żydów. W Polsce Willenbergowie byli ponad 20 razy. Ostatnio przyjeżdżają niemal co rok. Od 1983 r. Samuel organizuje wycieczki młodzieży izraelskiej. Od zawsze szukał też kontaktów z młodymi Polakami. W wolnej Polsce za walkę w powstaniu warszawskim dostał Krzyż Walecznych i Virtuti Militari. W 2008 r. otrzymał też order Polonia Restituta. Jego jedyna córka mówi po polsku. Nawet wnuczka i dwaj wnukowie Samuela znają trochę nasz język.

Geny artystyczne po dziadku dały znać, bo córka Orit Willenberg-Giladi jest światowej sławy architektem. To według jej projektu zbudowano ambasadę Izraela w Berlinie. Budynek jest modernistyczny, ale sprawia wrażenie budowli typowej dla Bliskiego Wschodu. Użyty kamień i marmury pochodzą właśnie z Izraela. Budynek emanuje symboliką: sześć kolumn frontowych ambasady ma przypominać o sześciu milionach Żydów zamordowanych w czasie wojny. Wnuczka Willenberga też studiuje architekturę. A Samuel nie przestaje pracować. „Wyrzeźbiłem pomnik Jana Pawła II, wielkiego przyjaciela Żydów. Chciałbym, żeby stanął przed kościołem na Woli na terenie byłego getta” – mówi, przygotowując się do kolejnej podróży do Polski.