Alexander Lowen uważa, że problemy z orgazmem spowodowane są napięciami w miednicy. Z kolei moja koleżanka, która prowadzi zajęcia terapii tańcem, uważa, że jest tak dużo ćwiczeń na jej odblokowanie dlatego, że rozluźnienie miednicy powoduje odblokowanie w seksie.

Poruszyłaś ciekawy temat. Wielu ludzi zawodowo ćwiczy taniec, gimnastykę artystyczną, jazdę figurową na lodzie. Są rozciągnięci, poruszają się z niebywałym wdziękiem, ich ruchy są niesamowicie zmysłowe. Ale to tylko taniec, pewna konwencja. Ich dotyk ma charakter czysto estetyczny, ma budzić zachwyt widzów. Tymczasem kiedy zaczyna się prawdziwy seks, ta sama kobieta, która na scenie rusza wszystkimi mięśniami, nawet mięśniami pochwy, natychmiast robi się sztywna. Jeżeli pojawia się intencja seksualna, która jej bezpośrednio dotyczy, taniec natychmiast się kończy. Tak więc na pewno każde ćwiczenie rozluźniające nam służy, tylko jeśli jest to ćwiczenie dla samego ćwiczenia, dla techniki, problemu nie rozwiążemy. Bo jego źródła trzeba szukać gdzie indziej.

Rozluźnienie miednicy musi „wyjść z głowy”?

Nie z głowy, lecz z całokształtu. Ale dobrze by było, żeby głowa nie blokowała impulsu seksualnego. Uważa się, że tancerze, łyżwiarze figurowi, artyści baletu są wspaniałymi kochankami. Nie zgadzam się z tą opinią. Wielu z tych ludzi to moi pacjenci, więc wiem, że ich problemy i napięcia czasami przekraczają wyobraźnię. Dla tych ludzi taniec czy uprawianie sportu wyczynowego to sposób łagodzenia silnego napięcia seksualnego. Kiedy ćwiczą, rozluźnia się ich miednica. Ale kiedy po treningu lub występach wracają do rzeczywistości, znowu pojawia się zagrożenie, znowu powstaje problem.

Lowen twierdzi również, że im bardziej jesteśmy cywilizowani, tym mniejsza jest nasza możliwość osiągnięcia orgazmu.

To prawda. Kiedy pacjent mówi, że ma problemy z partnerem, że mają problem z osiągnięciem orgazmu, wtedy zadaję proste pytanie: „Chcesz się ze swoim partnerem kochać czy chcesz z nim być?”. Jeśli pacjent mówi, że chce się kochać, to znaczy, że chce partnera zdobyć. I nawet jeśli doświadcza „filmowego” orgazmu, to nie jest to orgazm całkowity. Natomiast gdy mówi: „Chcę z nim być”, nie ma powodów do niepokoju, bo ten całkowity orgazm jutro, pojutrze albo za rok się pojawi. Jeśli wierzysz, że Bóg dał ci partnera, który jest twoją drugą połówką, to są to tylko przejściowe trudności. Jeśli pokonasz przymus osiągnięcia orgazmu, przestaniesz winić partnera, odpuścisz sobie, okaże się, że orgazm przyszedł „sam”. A kiedy partnerzy mówią, że muszą się starać, by mieć orgazm, muszą sobie wzajemnie pomóc – to koniec. Nie będzie ani orgazmu, ani pomocy, zostaną tylko walka, agresja, frustracja.

Ale zdaniem seksuologów orgazm dowodzi udanego życia seksualnego. I dlatego mamy się o niego starać. Dawno temu w Tybecie czy w Chinach, kiedy rodził się chłopiec, astrologowie sprawdzali, kim ma być w dorosłym życiu. Jeśli gwiazdy mówiły, że lekarzem, po ósmych urodzinach zabierano go od rodziców i umieszczano w klasztorze. Tam wykonywał trudne zadania – najpierw fizyczne, potem duchowe. Nie tylko zgłębiał tajniki zawodu lekarza, ale także pracował nad sobą, co było równie ważne. Kiedy uznawano, że osiągnął odpowiednią wiedzę, że jego psychika dojrzała, a dusza wykrystalizowała, pozwalano mu rozpocząć praktykę. Jednak on leczył ludzi nie dlatego, że korzystał z prastarych recept, że znał jakieś cudowne leki, lecz dlatego, że sam był w pełni świadomym człowiekiem.

Tak samo jest z seksem i orgazmem: jeżeli będziemy mówić o szczegółach, nigdy nie pozbieramy ich w całość. Gdy zaś będziemy mówić o świadomości, człowieku jako jedności, wartości bycia razem, efekty terapeutyczne osiągniemy szybciej. W dzisiejszych czasach zagubiono proporcje między całością a szczegółem, bo nasza cywilizacja jest zorientowana na technologię, tabletki i ekspresowe, magiczne sposoby: „Powiedz mi, co trzeba zrobić, żeby było dobrze”. Dlatego często powtarzam pacjentom: „Nie rób nic”. Jeżeli miłość, seksualność są wartością, wartością prawdziwego ja, wszystko przyjdzie samo. Nawet orgazm.