Tlen, powolny morderca wszechrzeczy

Oryginalnie otrzymany w formie gazowej najprawdopodobniej przez polskiego alchemika Sędziwoja, po raz pierwszy skroplony przez profesorów z Uniwersytetu Jagiellońskiego – Olszewskiego i Wróblewskiego. Mowa oczywiście o składniku powietrza - tlenie.  Zwierzęta potrzebują go do oddychania, ogień do płonięcia, a rośliny do fazy ciemnej fotosyntezy. Świat jaki dziś znamy byłby bez niego niemożliwy, jako że wypełnia w 21% powietrze dookoła nas. Dla większości świata ożywionego tlen jest konieczny do życia.

Ale dla świata nieożywionego, tlen jest konieczny do… śmierci. Dookoła jest na to mnóstwo dowodów. Płowiejący z czasem kolorowy ciuch, dywan czy znak drogowy to efekt zmian jakie tlen powoduje na odpowiedzialnych za kolor cząsteczkach chemicznych ukrytych w przedmiotach, czyli barwnikach. Mała odporność na dotyk stronnicy starej książki, albo łatwość z jaką można potargać często wybielaną pościel to również konsekwencje tlenu i reakcji jaką on powoduje, czyli utleniania - w tym wypadku utleniania celulozy w książkach lub bawełnie. I w końcu małe organizmy żerujące w naszych szafach i piwnicach, powoli zjadające futra czy kożuchy - ich frywolną działalność również napędza tlen.

Świat jaki dziś znamy zniknie, w dużej mierze, właśnie z powodu tlenu. I chociaż pod pojęciem reakcji z tlenem kojarzy nam się spalanie, to utlenianie nie musi być tak gwałtowne w skutkach. W temperaturze pokojowej powoli osłabia strukturę wszystkich otaczających nas przedmiotów i dąży do ich nieuchronnego rozpadu. I chociaż taki rozpad jest pożądany w wypadku rzeczy, które nie są nam już dłużej potrzebne, jak chociażby śmieci, to jeśli dotyka cennych muzealnych eksponatów to sprawa robi się poważna. 

 

Uratować barwy

Można by długo domniemywać jakie „uczucia metafizyczne” miał, w zamierzeniu Witkacego, przeżywać odbiorca jego dzieł. Pewne jest to, że pastelowe prace, które „targają nasze dusze” nie są dzisiaj tym, czym były w zamierzeniu artysty. Ma to swoje źródło w 1925, kiedy Stanisław Ignacy Witkiewicz porzuca malarstwo olejne, które nie było w stanie sprostać jego filozofii czystej formy, na rzecz rozpościerającej genialne (jego zdaniem) możliwości pasteli kreślonej na barwionym papierze. Tej samej pasteli przeganiającej dzisiaj sen z oczu konserwatorów serii portretów, które w tamtych latach wyszły z „Firmy portretowej S.I. Witkiewicz”, czyli warsztatu artysty.

Pastele, będąc konsystencji wapniowej kredy, z łatwością pozostawiają ślad na chropowatym papierze. Niestety między nią, a podłożem nie ma żadnego kleju, który powstrzymywałby ją przed osypywaniem. I to dopiero początek konserwatorskich problemów! Barwiony papier, podłoże dzieł, z czasem blaknie. Można to boleśnie zauważyć porównując kolor podłoża awersu z rewersem portretu. Ten drugi, przez lata chroniony przed przyspieszającym rozkład barwników światłem, zachował swoje żywe kolory. Awers jest wyblakły i tylko nadaje ton kolorystyczny całości, zupełnie gubiąc jego wyraz. I choć nie można teraz (bez znacznej ingerencji w obiekt) przywrócić niegdysiejszych barw oryginalnym dziełom, to grupa badawcza pod przewodnictwem dr hab. Joanny Łojewskiej i dr hab. Tomasza Łojewskiego, w której miałam przyjemność przez lata pracować, przy współpracy z LANBOZ’em (1) przy Muzeum Narodowym w Krakowie zaproponowali sposób przechowywania pasteli w chroniące barwy atmosferze.

Anoksja (2), bo tak nazywa się atmosfera bez tlenu, to często remedium na powolne tracenie barwy. Pomysł tworzenia kaset anoksyjnych, czyli szczelnych ram, z których usunięto tlen, jest stosunkowo nowym pomysłem, z lat 90 tych i aplikowanym tylko do najcenniejszych obiektów na świecie. Taka ramę stworzono w 2010 roku w projekcie badań nad zachowaniem pasteli Witkacego. Jednak przed zamknięciem w atmosferze beztlenowej czegokolwiek, należy dobrze poznać z czego są zrobione obiekty do przechowania.

 Badanie światłotrwałości kolorowych podłoży i pasteli to pierwszy krok. Dokonując analizy chemicznej dzieł można poznać ich skład chemiczny i te same materiały sztucznie postarzać światłem w atmosferze tlenowej i takiej, w której tlenu brak. Można też starzyć światłem mikroskopijne fragmenty samego dzieła, by zobaczyć jak oryginał reaguje z czasem na światło. Wszystko po to, by sprawdzić, czy żaden zawarty w obiektach barwnik nie reaguje zmianą koloru na, paradoksalnie, brak tlenu! 

Po pozytywnych wynikach zadecydowano, że rama posłuży jako demonstracja edukacyjna po projekcie. Sporządzono dwie kopie portretu autorstwa Witkacego: Portret Stefana Szumana, 1929. Kopie doskonałe pod względem chemicznym, czyli dokładnie odzwierciedlające materiały, z którymi pracował artysta. Jedną kopię zamknięto w kasecie, a drugą powieszono obok, w zwyklej ramie. Odwiedzając Muzeum Narodowe w Krakowie można zobaczyć jak ząb czasu dotyka barwy tylko jednej z kopii.


1.  Laboratorium Analiz i Nieniszczących Badań Obiektów Zabytkowych, współpraca w ramach projektu w ramach projektu ANOXIA. Bezpieczna ekspozycja w muzeach dzieł sztuki wrażliwych na fotodegradację

2.  Anoksje każdy ma w domu, jeśli tylko ma nowoczesne okna. W nich, między szybami, nie ma tlenu lub są go nikle ilości.

 

Uratować strukturę                       

Znikające barwy to jedno, a znikające całe obiekty? Powolna reakcja z tlenem może dotknąć nie tylko cząsteczki nadające barwę, ale i sam materiał z jakiego jest zrobiony obiekt muzealny.  Doskonałym na to przykładem są XVI i XVII wieczne chorągwie jedwabne przechowywane w Muzeum Zamku Królewskiego na Wawelu. Chorągiew, którą Sobieski przywiózł ze sobą spod Wiednia, jako trofeum wygranej bitwy, chorągiew nadworna czy nagrobna. Obecny stan nie pozwala na eksponowanie ich publicznie. Powieszenie ich w jakiejkolwiek formie skończyłoby się podarciem bardzo kruchych już nitek. Dlatego przechowuje się je w odpowiednich wentylowanych szufladach, gdzie leżą i czekają na konserwacje. 

 Chorągwie przechowywane w odpowiednich wentylowanych szufladach w Muzeum Zamku Królewskiego na Wawelu w Krakowie. Fot. Monika aksamit-Koperska

Pomysłem na przedłużeniem ich „życia” jest również kaseta, ze specjalnie zaprojektowanymi warunkami panującymi w środku. Badania prowadzone w trakcie mojego doktoratu na Wydziale Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego pokazały, że zarówno tlen, lotne związki degradacji, jak i wilgoć mają zgubny wpływ na obiekty jedwabne. Woda w postaci wilgoci pomaga przecinać wiązania białka fibroiny, głównego budulca jedwabiu. Tlen przyśpiesza ten proces dodatkowo utleniając fragmenty białka i tym samym tworząc gazowe produkty rozpadu, zapach staroci, który dodatkowo przyspiesza pewne aspekty samoistnego starzenia. Badania pokazują, że jedwab warto zamknąć w suchej i beztlenowej atmosferze.  Ale jednocześnie warto usuwać gazowe produkty starzenia. Dlatego do prototypu kasety do przechowania wawelskich chorągwi włożono chemiczny pochłaniacz zapachów – węgiel aktywny. 

Przed umieszczeniem bezcennych chorągwi w tak zaprojektowanych kasetach potrzebny jest test ostateczny. Jeden kawałek wiekowego jedwabiu zamknięto w kasecie, a drugi umieszczono na niej. Eksperyment cały czas trwa. Za kilkanaście lat jestem umówiona z konserwatorami na Wawelu. Otworzymy anoksyjną ramę, wykonamy badania i podejmiemy ważne dla kolejnych chorągwi decyzje.

 

Uratować materiał

Eliminowanie tlenu może przydać się w jeszcze jednym aspekcie związanym z muzealnictwem.  Mianowicie gdy trzeba coś udusić…  

Tkaniny są świetną pożywką dla mikroorganizmów, takich jak bakterie i grzyby, ale też dla owadów i ich larw np. moli. Usuwanie tych nieproszonych gości jest bardzo trudne, szczególnie, że techniki usuwania nie mogą zniszczyć samego obiektu. I tutaj również świetnie sprawdza się anoksja.

Zaatakowany przez mole obiekt zamyka się w specjalnym szczelnym, rozłożonym w przestrzeni muzealnej foliowym worku i usuwa się z jego wnętrza tlen (3). Ważne, żeby gazowa mieszanka z niską zawartością tlenu miała odpowiednio niską wilgotność. Niski poziom tlenu powoduje pełne otwarcie aparatów oddechowych moli, a w polaczeniu z niską wilgotnością skutkuje to szybką utratą wody z organizmu i przyspiesza śmierć z niedotlenienia. 35% wilgotności względnej pozwala osiągnąć wysoką skuteczność zabiegu. Eliminacja szkodników trwa co prawda powyżej tygodnia, ale działa zarówno na żywe i żywiące się historycznym zasobem formy, jak i ich jaja. Efektywność tej metody stwierdzono już w 1993 roku nie tylko na molach, ale i 11 innych, często spotykanych w muzeach, gatunkach owadów. 

Tlen to odwieczny morderca wszechrzeczy. Niszczy barwę, strukturę lub daje żyć organizmom, które zjadają resztę.  Dlatego w wypadku najcenniejszych obiektów i po ich dokładnym przebadaniu można go eliminować w celu ich zachowania dla przyszłych pokoleń. Kto by pomyślał, że duszenie jest tak potrzebne w muzeach.

 

Tekst: dr. Monika Aksamit-Koperska


3.  przynajmniej do wartości poniżej 1% tlenu.