Autor opisywanego tu opracowania, wykładający na uczelni Baylora socjolog dr. Ed Eschler, sam siebie nazywa ”racjonalnym człowiekiem wiary”. Użyte w badaniu pojęcie cudu definiuje jako coś, co ateista nazwałby łutem szczęścia, a on boską interwencją.

Ostatnie kilka lat poświęcił na analizę wyników ankiet przeprowadzonych w 2013 roku na zlecenie amerykańskiego ośrodka badania trendów społecznych Pew na 15,4 tys. osób z 16 państw Ameryki Łacińskiej.

 

Więcej danych

Socjolog z Teksasu wziął pod lupę ten obszar świata, bo ”uwarunkowania kulturowe, edukacyjne i ekonomiczne” a także ”większe zainteresowanie badaczy” po prostu dawały większą szansę na zebranie informacji na temat odbioru wydarzeń nadprzyrodzonych. Jak wyjaśnia w informacji prasowej, socjolodzy pracujący w krajach rozwiniętych po prostu rzadko pytają o takie sprawy.

- W Stanach Zjednoczonych ponad 90 proc. ludzi skończyło przynajmniej liceum, w Ameryce Łacińskiej najwyżej 40 proc. Badając ten drugi zakątek mogłem sprawdzić, czy faktycznie wiara w cuda pojawia się tylko wśród niewykształconych – wyjaśnia.

W krajach zamożnych przyjęło się uważać, że bogaci i wykształceni ludzie automatycznie wybierają naukowe, bardziej racjonalne wytłumaczenie dla niezrozumiałych zjawisk.

– Mamy coraz więcej dowodów, że takie zachowanie w większym stopniu zależy od poczucia bezpieczeństwa jakie towarzyszy zamożnym i wykształconym. Po prostu ci, którzy doświadczają mniejszych zagrożeń dla własnego bytu nie polegają na religii, by tłumaczyła im świat – wyjaśnia socjolog.

 

Wyniki

Wśród 15400 respondentów aż 57 proc. ”doświadczyło jakiejś formy cudu”. I wykształcenie okazało się nie mieć przy tym większego znaczenia.

– Ankietowani którzy nigdy nie chodzili do szkoły równie często doświadczali podobnych ”zjawisk nadprzyrodzonych” jak posiadacze dyplomu uczelni wyższej. Wskaźnik dochodu na głowę też nie okazał się przesądzać sprawy.

Jednoznaczny wpływ był widoczny na poziomie skrajnej biedy, gdy nie starcza na jedzenie, ubrania i leki. Wówczas łatwo o wiarę w cuda, autor badania tłumaczy w informacji dla mediów.

Według dr. Eda Eschlera takie postawienie sprawy potwierdza znaną prawdę ludową o poszukiwaniu pomocy Boga w chwili niedoli, powtarzaną w Polsce jako ”Jak trwoga to do Boga”, w Niemczech ”Not lehrt beten” (potrzeba uczy modlitwy) a w Hiszpanii ”Nadie se acuerda de Santa Bárbara hasta que truena”(nikt nie pamięta o św. Barbarze aż zagrzmi; ta święta jest w hiszpańskiej – aktualnie – tradycji opiekunką ludzi i ich majątku w czasie burzy).

 

Kto wierzy a kto nie

Autor analizy zdołał stworzyć uproszczony obraz osób najbardziej i najmniej podatnych na wiarę w cuda. Najczęściej doświadczać ich będzie ”starsza, ciemnoskóra protestantka o bardzo tradycyjnych poglądach, niepewna swojej sytuacji materialnej, która ma problem z opłaceniem wizyt lekarskich, kupowaniem nowego ubrania czy jedzenia”. Na drugim biegunie jest ”młody, jasnoskóry katolik niespecjalnie religijny i bez problemów finansowych”.

- Z moich analiz wynika, że najbardziej zamożni i najlepiej wykształceni zaczynają wierzyć w cuda jeżeli ich sytuacja życiowa ulega znacznemu pogorszeniu. W Stanach Zjednoczonych wiele takich osób zalicza się to grona poszukiwaczy zjawisk paranormalnych. Jedyne co odróżnia tych doświadczających cudów i wierzących w Wielką Stopę od ”normalnej” reszty, to właśnie te szczególne doświadczenia, a nie styl życia czy zwyczaje – wyjaśnia socjolog.

W podsumowaniu swojego badania dr. Eschler zwrócił uwagę, że dam łatwiej teraz rozumie ”panujące w świecie szaleństwo, a w szczególności wysyp teorii spiskowych”. – Pewne osoby powtarzają te teorie, bo pomagają im radzić sobie z niepewnością. Dla nich świat kontrolowany przez spisek złych ludzi jest lepszą opcją niż świat, którego nikt nie kontroluje – podkreśla naukowiec.