Jakieś dziesięć lat temu generał Jaruzelski przyjął zaproszenie do telewizyjnego programu Żakowskiego i Najsztuba. Już nie pamiętam, czym panowie go skusili i jak przekonali, ale w pewnym momencie Generał zaczął energicznie robić przysiady, przekonując dziennikarzy i telewidzów, że nie nosi gorsetu ortopedycznego. Tym samym zamierzał zadać kłam tezie, że jest „sztywny”. Wyszło fatalnie. Oto Generał – dla wielu milionów rodaków zwykły dyktator i czerwony satrapa – robi jakieś wygibasy jak pajac tylko po to, aby udowodnić, że nie jest tym, kim jest. Żenujące było również to, że tak się starał. Jakby mu zależało na czyjejkolwiek opinii. A może zależało na tym, aby w starciu z prawdą nie zwyciężyło społeczne przekonanie. Bo przecież – w jego mniemaniu – był równym chłopem. Żołnierz, oficer, rodak. Polak, syn tego narodu, sól tej ziemi. Kiedyś katolik, dziś komunista – ot, polski los jak na dłoni. 

Zobacz spis treści Wydania Specjalnego poświęconego postaci Wojciecha Jaruzelskiego

Te przysiady, a także inne wspomnienie – więcej o tej postaci mówią aniżeli tysiące słów. Otóż w czasie drugiej pielgrzymki do Polski Generał witał Jana Pawła II w Belwederze. Dziennikarze i zaproszeni goście utworzyli czworobok, w środku stali gość i gospodarz. W pewnym momencie – kamera powędrowała z pleców Generała na jego spodnie, by ześlizgnąć się na dolne połacie nogawek. A te łopotały jak żagle. Trzęsły się, jakby Jaruzelski stał przed niezadowolonym dowódcą, który za chwilę go zdegraduje. Wyglądało to doprawdy i komicznie, i dramatycznie. Oto strach despoty przed osobą, która w zasadzie obchodziła się z nim delikatnie i z taktem. Generał, który wyprowadził czołgi na ulice, drży przed „generałem bez czołgów”.

Przysiady, trzęsące się gacie, czarne okulary, górna warga wykrzywiająca się nerwowo w czasie czytania słynnego komunikatu o wprowadzeniu stanu wojennego. Nie mam co ukrywać. Moje pokolenie raczej nie lubiło Generała i jego kolegów z politbiura. Nie przepadało również za ustrojem, którego z taką determinacją Generał bronił do samego końca. Dziś już raczej na pewno wiadomo, że komunizm w Polsce zawdzięcza mu 8 dodatkowych lat. Że Generał – nawet wbrew sojusznikom ze wschodu – bronił go do upadłego, że wprowadził stan wojenny i cofnął Polskę w rozwoju na długie lata, bo był zwykłym wojskowym trepem. Niewolnikiem swojego strachu i zwykłego serwilizmu przed bolszewią, więźniem wąskich, bo tylko „partyjnych” horyzontów i człowiekiem krótkiej historycznej perspektywy. Był taki, bo właśnie takiego, w takiej roli widzieli go radzieccy towarzysze.

Z drugiej strony Generał chciał prowadzić swoją grę. Była prosta jak lufa kałacha, albo bardziej obrazowo – jak biała pała zomowca. Doskonale to było widać w okresie pierwszej „Solidarności”. Gdy na początku 1981 r. Jaruzelski przerażony skalą protestów i kolejnych żądań związku poprosił o „90 spokojnych dni”, nabrał na tę sztuczkę część liderów „Solidarności”. Co się okazało po latach? Że ten okres chciał spożytkować tylko i wyłącznie na spokojne przygotowanie stanu wojennego. Nie chciał po prostu, by mu związkowi działacze przeszkadzali w trudnym żołnierskim rzemiośle. Jak wiadomo, „90 spokojnych dni” zmieniło się w farsę. 19 marca 1981 r. esbecy i milicja pobili działaczy „Solidarności” w Bydgoszczy. Smutni panowie wybijali zęby szefowi bydgoskiej „Solidarności” Rulewskiemu, skopali Łabętowicza i skakali po starszym panu Bartoszcze – bo byli sfrustrowani brakiem pokory bezczelnych roboli, zmęczeni „eskalacją” konfliktu i kompletnie zaskoczeni sytuacją. Bo przecież Generał prosił o spokój. Dokładnie tak jak oni zaskoczony był Generał. Oto naród, którego kompletnie nie znał i nie rozumiał (zza szyby służbowej wołgi niewiele widać) – podnosi głowy i czegoś chce. Mało tego: zachowuje się tak, jakby wiedział lepiej, co jest dla niego dobre. A przecież to wie najlepiej on i jego kompani z Domu Partii!

A potem był stan wojenny i prawie 30–letnia propaganda, że gdyby nie jego wizjonerskie posunięcie, to polska krew mogła lać się strumieniami. Że skala wewnętrznych podziałów była taka, że wojna domowa wisiała na włosku, a tuż za miedzą grzały silniki ruskie czołgi. Że rzutem na taśmę Generał uratował naród przed samozniszczeniem. Że – w końcu – ofiar mogło być dużo, dużo więcej aniżeli mizerna setka skatowanych, zastrzelonych czy skrytobójczo zamordowanych przez spuszczonych z łańcucha zbrodniarzy pokroju Grzegorza Piotrowskiego.

Czy ze śmiercią Generała coś się kończy? Jakaś epoka? Komunizm skończył się dawno temu. Komuniści i ich dzieci są dziś beneficjentami zmian, które tak opóźniali, albo dogorywają na nędznych emeryturach, rozlewając na wnuki złość i bezsilny – na szczęście – gniew frustratów. Coś się jednak stało. 25 maja umarł symbol. Człowiek–symbol kompletnego oderwania od własnego narodu, zupełnej bezkarności i braku społecznej kontroli. Umarł człowiek, któremu komunistyczne ideały tak wyprały mózg, że nie potrafił wznieść się nad poziom partyjnej dialektyki i nowomowy. Który – być może – chciał być polskim de Gaulle’em, ale stał się jedynie dyktatorem. Na szczęście ostatnim. I do tego takim pluszowym.

Michał Wójcik, redaktor wydania


CZYTAJ TAKŻE: