Jego pielgrzymka trwała trzydzieści lat. W turbanie przez świat, czyli o podróży pewnego Marokańczyka

Obowiązkiem każdego pobożnego muzułmanina jest odbycie hadżu, czyli pielgrzymki do Mekki. Taki właśnie cel przyświecał dwudziestodwuletniemu marokańskiemu prawnikowi Szams ad-Din Abu Abd Allah Mohammed ibn Abd Allah Ibrahim al-Lawatiat Tandżiemu, gdy w czerwcu 1325, pożegnawszy się czule z rodzicami, opuszczał na grzbiecie wielbłąda rodzinny Tanger. Młodzieniec nie przypuszczał nawet, że w ojczyste strony wróci dopiero po prawie trzydziestu latach i przebyciu blisko 117 tysięcy kilometrów! To, co zaczęło się jako wyprawa do świętego miasta islamu, przerodzić się bowiem miało w największą przygodę średniowiecza.
Jego pielgrzymka trwała trzydzieści lat. W turbanie przez świat, czyli o podróży pewnego Marokańczyka

Po złupieniu przez krzyżowców w roku 1204 Konstantynopol nigdy nie wrócił do dawnej chwały, ale i tak było w nim dość bogactw i splendoru, by olśnić Marokańczyka. Wędrował po mieście, podziwiając starożytne zabytki i niezliczone kościoły oraz klasztory. Tych ostatnich było tu tak wiele, że  Ibn Battuta szacował potem, iż przeważającą większość mieszkańców bizantyńskiej stolicy stanowią mnisi. Samo miasto było wedle niego wyraźnie podzielone na dwie części- te zamieszkaną przez Greków i drugą, znaną jako Galata, czyli dzielnicę, w której skupiły się domy, magazyny i sklepy kupców włoskich. Wędrowiec odnotował, że stosunki między tubylcami a przybyszami z zachodniej Europy bywały napięte i dochodziło niekiedy do ostrych konfliktów, które łagodzić musiał patriarcha. Bardzo spodobał mu się też Kościół Mądrości Bożej, który jednak obejrzał tylko z zewnątrz, do środka jako muzułmanin nie został bowiem wpuszczony.

Przybysz z Afryki spędził w stolicy Bizancjum łącznie dziesięć tygodni. Tym, co najbardziej zapadło mu w pamięć, były odwiedziny w jednym z klasztorów, gdzie przebywał dziadek obecnego cesarza – dawny imperator Andronik II. Obalony przez wnuka schronił się w monasterze, przyjmując habit i stanowisko opata. Choć dzieliła ich różnica wiary, starzec powitał Ibn Batuttę z wielkim szacunkiem i serdecznością jako pobożnego pielgrzyma, który widział świętą Jerozolimę.

Opuściwszy Konstantynopol, Marokańczyk na powrót zanurzył się stepy i ruszył w drogę do Nowego Saraju. Tymczasem nadeszła zima i morze traw ściął mróz tak mocny, że gdy podróżnik rankiem mył twarz, ściekająca po jego brodzie wodza zamarzała w sople. Dotarłszy do stolicy Złotej Ordy, wędrowiec wraz z towarzyszami zabawił w niej krótko, po czym wypuścił się w dalszą podróż ku Indiom. Przeciął Azję Środkową, przejeżdżając przez Samarkandę, przebył Afganistan i przeprawił przez śmiertelnie niebezpieczne góry Hindukuszu. Gdy górskie przełęcze zostały już za plecami wędrowców, zmęczeni stanęli nad Indusem. Tak oto spełniła się przepowiednia egipskiego szejka- Ibn Batutta dotarł do Indii.

Indie

Przyjazd na tereny Sułtanatu Delhijskiego, gdzie Marokańczyk miał spędzić następne osiem lat, był tak ważnym wydarzeniem w jego życiu, że odnotował on dokładną jego datę – 12 września 1333 roku. I tu, niestety, leży wampir pogrzebany, bo jak pamiętamy, Mekkę nasz bohater opuścił w roku 1332. Gdyby wierzyć w kwestii chronologii zachowanym rękopisom Osobliwości miast i dziwów podróży, wynikałoby, że całą lądową trasę ze świętego miasta islamu do wybrzeży Indusu podróżnik przebył w zaledwie rok, to zaś przy ówczesnych środkach komunikacji jest absolutnie niemożliwe. Zresztą, jak pamiętamy, prawie półtora roku Ibn Battuta spędził, korzystając z gościnności Turków w Anatolii. Uczeni od lat spierają się zatem, kiedy naprawdę nasz bohater dotarł do celu swojej peregrynacji, bo raczej wątpliwe jest, by wędrówkę tę odbył jakimś tunelem czasoprzestrzennym pozwalającym zaginać prawa chronologii. Dopóty nie znajdzie się jednak kopia jego wspomnień, w której podana będzie poprawna data, rozwiązanie tego problemu pozostaje w kwestii domysłów.  

Głównym państwem Półwyspu Indyjskiego był wówczas muzułmański Sułtanat Delhijski, rządzony twardą ręką przez Muhammada Tughlaka, potężnego władcę toczącego nieustanne boje z wyznającymi hinduizm sąsiadami. W kraju tym muzułmańska elita rządząca była stosunkowo nieliczna i otoczona przez morze wyznawców tutejszych religii, którzy nie darzyli swych panów zbytnią miłością. Bunty i akty niesubordynacji ze strony hinduistów były częste, dlatego sułtan z otwartymi rękami witał wszystkich wyznających wiarę Mahometa przybyszów zza Hindukuszu, zatrudniając ich w swojej administracji. Szczególną miłością darzył Arabów, czyli przedstawicieli narodu, do którego zaliczał się także Ibn Battuta.

Przybywszy do granic sułtanatu, nasz bohater i jego towarzysze zostali dokładnie wypytani przez celników o pochodzenie, wykonywany zawód i cel wizyty, a następnie raporty na ich temat zostały poniesione przez sztafetę posłańców do Delhi. Marokańczyk był pod wielkim wrażeniem sprawności delhijskiej poczty- podczas gdy w normalnych warunkach droga od podnóży Hindukuszu do stolicy trwała czterdzieści dni, niesione przez chyżych gońców listy docierały tam w przeciągu dni zaledwie pięciu! Ostatecznie kompanii pozwolono wjechać do kraju i podążyła ona do Delhi. Tam Ibn Battutę czekała niespodzianka – jako że był wykwalifikowanym prawnikiem, sułtan mianował go stołecznym kadim z pensją 12 tys. dinarów rocznie! Co więcej, powierzył mu opiekę nad grobowcem jednego ze swych poprzedników, oddając po zarząd Marokańczyka kilkaset osób personelu. O ile jednak z opieki nad mauzoleum nasz bohater wywiązywał się wzorowo, a i ferowanym przez niego wyrokom nikt nie miał nic do zarzucenia, to swym nagłym bogactwem kompletnie nie umiał zarządzać. Mimo wielkich dochodów szybko popadł w ogromne długi i musiał prosić sułtana o ich spłacenie.

Władca Sułtanatu Delhijskiego Muhammad Tughlak był dla swych poddanych równie hojny co okrutny, Ibn Battuta był na jego dworze świadkiem aktów zarówno wielkiej szczodrobliwości jak i niewyobrażalnego sadyzmu/ Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna

Nowy pracodawca budził w Ibn Battutcie zarówno podziw jak i strach. Z jednej strony był niewątpliwie pobożny i hojny, łożył wielkie sum, by umacniać chwałę islamu i toczył święte wojny przeciw niewiernym. Szerokim gestem wspomagał ubogich i żywił szacunek dla imamów oraz uczonych w prawie islamu. Zaprosił do Delhi wnuka ostatniego  bagdadzkiego kalifa, obdarował go pałacem i olbrzymim majątkiem. Ba, kiedy któregoś dnia Gijas ad-Din Mohammed (tak bowiem zwał się ów człowiek) pogniewał się na Tughlaka, ten nie tylko osobiście przyjechał go przeprosić, ale wręcz padł przed nim na twarz i kazał deptać sobie po karku. Inna rzecz, ze potomek Abbasydów, którego nasz bohater miał okazję poznać, osobiście okazał się człowiekiem wyjątkowo nieprzyjemnego charakteru i olbrzymiego skąpstwa. Mimo fortuny, która spłynęła na niego z łaski sułtana, nie udzielał ubogim jałmużny (tłumacząc, że serce by mu pękło, gdyby musiał rozstać się z pieniędzmi) i nie pozwalał w swoim domu na najmniejszej marnotrawstwo, ba – osobiście zbierał w pałacowym ogrodzie opadłe gałęzie, by palić nimi w piecu! Lata później w drodze powrotnej do Maroka, gdy Ibn Battuta zawadził ponownie o Bagdad, spotkał tam syna Gijasa ad-Dina pracującego za liche wynagrodzenie w jednym z meczetów. Choć ojciec młodzieńca opływał w Delhi w dostatki, nie wysłał żyjącemu w ubóstwie synowi ani dinara!

Indyjski sułtan miał jednak i drugie mroczniejsze oblicze. Marokańczyk twierdził, że gdy odwiedzał jego pałac, to prawie zawsze przed bramą spoczywał poszatkowany na kawałki trup. Ludzi, którzy go rozgniewali, Tughlak lubił też obdzierać ze skór, które później wypychano słomą i powstałe w ten sposób kukły wieszano na murach stolicy. Inną bardzo lubianą przez władcę metodą egzekucji było rzucenie skazańca na pastwę specjalnie tresowanego słonia. Zwierzę, któremu na kły zakładano ostrza, chwytało nieszczęśnika trąbą, wyrzucało go w górę i łapało na owe lemiesze. Jeśli biedak po czymś takim jeszcze dychał, był rozdeptywany. A mogło być jeszcze gorzej.

Pewnego raz sułtan, opuszczając Delhi, powierzył opiekę nad swoim skarbcem kaznodziei  jednego z meczetów. Niestety, pod nieobecność władcy skradziono trochę kosztowności. Gdy Tughlak się o tym dowiedział, kazał zachłostać tymczasowego strażnika na śmierć. Co dziwne, mieszkańcy Delhi byli chyba pozbawieni instynktu samozachowawczego, bo wiedząc, do czego zdolny jest ich władca, grali mu na nerwach, pisząc na kartkach obelżywe wierszyki na jego temat i podrzucając je pod pałac. Krwiożerczy monarcha wpadł przez to w taką wściekłość, że kazał całej miejskiej populacji iść precz. Część delhijczyków posłuchała, ale inni pochowali się w domach. Rozsierdzony Tughlak nakazał swej gwardii przeszukać miasto i przyprowadzić opornych przed swe oblicze. Ci jednak schowali się tak dobrze, że straż przywiodła do pałacu tylko dwóch inwalidów- ślepca i paralityka. Sułtana bynajmniej to nie utemperowało, bo lichy wynik łowów przyprawił go o przypływ inwencji. Sparaliżowanego mężczyznę wystrzelono z katapulty, a niewidomego przywiązano do końskiego ogona i powleczono… ku miastu odległemu o czterdzieści dni jazdy! Gdy kat dotarł wreszcie do celu, za jego rumakiem ciągnęła się już tylko noga nieszczęśnika, reszta rozpadła się po drodze na kawałki.

Jeden z ataków gniewu władcy Delhi omal nie kosztował Ibn Batutty życia. Otóż, sułtan pewnego dnia wszedł w konflikt z mieszkającym pod miastem muzułmańskim pustelnikiem Szihab ad-Dinem. Początkowo Tughlak chciał obsypać eremitę zaszczytami i obdarzyć wysokim urzędem dworskim, ale gdy ten odmówił przenosin do stolicy, a co więcej nazwał sułtana okrutnikiem, natychmiast go aresztowano i poddano torturom. Zszokowany Marokańczyk relacjonował, jak pobożnego szejka dwóch Hindusów na rozkaz sułtana siłą napoiło kilkoma litrami gnojówki, po czym go ścięto. I tu zaczęły się problemy naszego bohatera, bo tajne służby sułtanatu dostarczyły monarsze listę ludzi, którzy w ostatnim czasie odbyli pielgrzymkę do pustelni skazanego, na niej zaś widniało również nazwisko Marokańczyka. Przerażonego Ibn Batuttę pochwycili sułtańscy gwardziści i zawlekli  do pałacu, gdzie w sali posłuchań spędził nerwową noc, na przemian żegnając się z życiem i recytując Koran od początku do końca. Na szczęście sprawa rozeszła się po kościach i do rana Tughlak ochłonął, ale rozdygotany przybysz z Afryki po tym wydarzeniu złożył wymówienie z pracy i uciekł z Delhi, by samemu zostać pustelnikiem! Po pewnym czasie spędzonym w eremie dał się jednak namówić do powrotu na dwór, gdzie od razu powierzono mu ważną misję dyplomatyczną- na czele wyposażonej w bogate podarki świty miał udać się do Chin, by w imieniu sułtana złożyć uszanowania władającym nimi wielkiemu chanowi.

Kobiety i  kokosy

Podróż do Kalikatu, skąd miała odpłynąć flota zmierzająca do Chin, omal nie skończyła się dla naszego bohatera tragicznie na samym początku. Natrafiwszy po drodze na lokalny konflikt, w ramach którego hinduscy buntownicy napadli muzułmanów, świeżo upieczony ambasador z obstawą włączyli się do walki. Niewiernych udało się pokonać, ale w trakcie pościgu za uciekającymi, gdy Ibn Battuta oddalił się od reszty oddziału, z dżungli wypadł nowy wraży podjazd i wziął go do niewoli. Marokańczyka obłupiono z bogatych szat, broni i rumaka, i w jednej chwili został w samach szarawarach, turbanie i koszuli. Tę ostatnią zresztą szybko stracił, próbując przekupić nią jednego ze swoich strażników. Porywacze zawiedli go do swego obozu i planowali tam zabić, ale podróżnik na szczęście zdołał zbiec. Przez następny tydzień w samej bieliźnie błąkał się po tropikalnym lesie, w dodatku w jednym bucie, bo drugi stracił, próbując zaczerpnąć nim wody! W końcu spotkał pewnego Hindusa, który okazał się wyznawcą islamu i przedstawił jako al-Kalb al-Farih. Razem ruszyli w dalszą drogę, a gdy nasz bohater wyczerpany nie był w stanie już iść dalej, nowy znajomy wziął go na plecy i zaniósł do muzułmańskiej wioski, po czym tajemniczo zniknął. Kiedy Ibn Battuta doszedł do siebie, nagle przypomniały mu się słowa dawno temu wypowiedziane przez egipskiego pustelnika: spotkasz tam mego brata Dilszada- Hindusa, który wybawi cię ze srogich terminów, w jakie popadniesz i dotarło do niego, że imię jego wybawcy oznaczające „radosnego serca” w języku perskim brzmi właśnie Dilszad! Tym sposobem do reszty wypełniło się proroctwo z dni jego młodości.

W wiosce odnaleźli Marokańczyka jego towarzysze z poselstwa i razem dotarli już bez żadnych przygód do Kalikatu. I tu znów zaczęły się problemy, bo gdy nasz bohater spędzał ostatnią noc na lądzie, przed wypłynięciem w drogę do Chin, zerwał się sztorm, który rozbił statki z darami dla wielkiego chana, a resztę jednostek porwał na pełne morze. Delhijskich dyplomatów podróżnik już więcej nie widział, a gdy rano pogrążony w bezsilnej rozpaczy stał na plaży, patrząc, jak miejscowi wyławiają z morza i grabią resztki skarbów wysłanych jako podarki przez sułtana, przed oczyma duszy stanęły mu chyba owe słonie z ostrzami na kłach, ludzie obdzierani ze skóry, wleczeni za końmi i wystrzeliwani z katapult oraz litry gnojówki lane do gardła pobożnego ascety, bo zdecydował się nie wracać do Delhi i nie narażać na atrakcje, które mógłby mu zapewnić rozwścieczony sułtan.

Ibn Battuta zdecydował się pożeglować na Malediwy. Archipelag niesamowicie mu się spodobał, a jego mieszkańców uznał za ludzi pięknych i szczęśliwych, aczkolwiek fizycznie słabych i pozbawionych wojowniczości. Wyspy dopiero niedawno przyjęły islam i gdy tubylcy dowiedzieli się, że ich nowy gość jest muzułmańskim prawnikiem mającym za sobą praktykę w Delhi, zmusili go, by został  z nimi i objął stanowisko kadiego.

Malediwy były wedle podróżnika rajem na ziemi, ale drażniło go to, że tutejsze kobiety chodziły topless/ Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna

Marokańczyk spędził na rajskim archipelagu następne półtora roku. Podobało mu się tu, choć narzekał na gorąco. Zauważył też inną charakterystyczną cechę tych okolic, miejscowi odznaczali się niesamowitym temperamentem seksualnym i byli niestrudzeni w łóżkowych figlach. Zastanawiając się nad przyczyną tak wysokiego libido mieszkańców Malediwów, Ibn Battuta doszedł do wniosku, że odpowiada za ten stan ich dieta, a dokładniej… orzechy kokosowe, które uznał za potężny afrodyzjak. Działanie owocu zaobserwował zresztą na sobie samym, bo jak po latach wspominał, również i on zaczął wykazywać niespożytą energię seksualną i mając w domu cztery żony i liczne nałożnice, codziennie kochał się z kilkoma z nich.

Całkiem możliwe, że atmosferze wolnej miłości na Malediwach bardziej niż kokosy sprzyjała tutejsza moda- wszystkie kobiety chodziły nagie od pasa w górę. Z racji upału miało to sens, ale nowego kadiego doprowadzało do furii. Przez cały okres piastowania urzędu nieustannie strofował tutejsze muzułmanki, żądając, by okrywały swe ciała i zakrywały twarze. Te jednak tylko chichotały i nie robiły sobie nic z zaleceń swojego sędziego.

W końcu po osiemnastu miesiącach Ibn Battuta, wdawszy się w spór z jednym z królewskich ministrów, złożył wymówienie, rozwiódł się ze swymi żonami (w tym jedną będącą w ciąży), wsiadł na statek i odpłynął ku dalszym przygodom. Zwiedziwszy kolejne wyspy Azji Południowo-Wschodniej, m.in. Jawę i Cejlon, postanowił po czterech latach od pamiętnej katastrofy morskiej pożeglować na własną rękę do Chin i zobaczyć, jak też żyje się ludziom w Państwie Środka.

Wszystko pięknie, ale za dużo niewiernych

W roku 1345 dżonka wioząca naszego bohatera zawitała do chińskiego portu Quanzhou. Między historykami istnieją kontrowersje, które części rządzonego przez Mongołów cesarstwa podróżnik odwiedził, on sam twierdził, że był w Pekinie znanym wówczas jako Chanbałyk ale badacze mają wątpliwości. Prawdopodobnie zwiedził za to  Kanton.

Ibn Battuta widział w swoich podróżach wiele bogatych krain, ale żadna z nich nie umywała się do Chin. Uznał je za najlepiej zagospodarowane i najzamożniejsze państwo świata. Nigdzie indziej nie było tylu pól uprawnych, wsi i miast, a nawet takich… kur! Te ostatnie ptaki zafascynowały Araba, który po latach zaklinał się, że gdy zobaczył pierwszego chińskiego koguta, wziął go za strusia, a potem widywał jeszcze większe okazy.

Marokańczyka zainteresowała też tutejsza waluta. W przeciwieństwie do srebrnych i złotych monet będących w obiegu w Europie i reszcie Azji Chińczycy codziennych transakcji dokonywali za pomocą papierowych banknotów. Zdziwiony podróżnik odkrył, że za posiadany kruszec nie był tu w stanie niczego kupić! By zaopatrzyć się w żywność, musiał najpierw udać się do kantoru i wymienić posiadane dinary na papierowe pieniądze.

Ku swemu zdziwieniu Marokańczyk odkrył, że w Chinach używa się papierowych pieniędzy. Powyżej prasa do druku banknotów z czasów panowania Mongołów i wykonana nią odbitka/ Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna

Chińczycy byli wedle przybysza z Maghrebu najbardziej utalentowanymi artystami świata, a celowali zwłaszcza w malarstwie. Pewnego razu, gdy wędrował przez rynek jednego z miast, zauważył, że grupa miejscowych w czasie tego spaceru wykonała niezwykle dokładne portrety zarówno jego jak i towarzyszących mu osób! Co więcej, władze znajdowały zastosowanie dla owych talentów plastycznych swoich poddanych- gdy ktoś popełnił przestępstwo, natychmiast malowano jego portret pamięciowy i rozsyłano po kraju.

Jak wspomniałem, sam Ibn Battuta twierdził, że odwiedził Pekin. Historycy badający jego wspomnienia poddają tę ich część w wątpliwość, a nie pomaga tu szczególnie jeden epizod mający rzekomo miejsce w stolicy Państwa Środka, który po latach Marokańczyk tak opisywał swojemu sekretarzowi:

(…) był tam pewien kuglarz, niewolnik Chana. I rzekł do niego emir: „Pokaż nam jedną z twoich czarnoksięskich sztuk!”. Wonczas wziął kuglarz do ręki drewnianą kulę(…) i cisnął ją do góry. Kula wzbiła się w powietrze i znikła nam z oczu(…). Gdy w ręku czarodzieja pozostał jeno krótki koniec rzemienia (przywiązanego do kuli- przypis redakcji) , rzekł coś jednemu ze swych uczniów; natenczas człek ów chwycił za rzemień i począł tak długo wspinać się po nim do góry, aż znikł z naszych oczu. A chociaż kuglarz przywołał go po trzykroć, tamten nie odpowiadał. Wziął tedy nóż do ręki, zdając się być wielce zagniewany, wspiął się po rzemieniu, aż i on znikł zupełnie. Potem zrzucił na ziemię rękę chłopca, potem jego nogę, drugą rękę i drugą nogę, potem tułów i wreszcie głowę. Zaczem zszedł z głośnym sapaniem, mając na sobie odzienie zbrukane od krwi. Ucałował ziemię przed emirem i rzekł coś do niego po chińsku. Wtedy emir rzucił mu nowy rozkaz i kuglarz zebrał wszystkie członki chłopca, poskładał je, po czym kopnął je nogą, a tamten powstał żywy i nietknięty. Takie natenczas ogarnęło mnie zdumienie, iż dostałem bicia serca, podobnie jak w czasie mej bytności na dworze króla Indii, gdym był świadkiem podobnych sztuczek kuglarskich.

Warto tu wyjaśnić, że w pałacu sułtana Delhi Ibn Battuta miał być wedle własnych słów świadkiem pokazu lewitacji w wykonaniu jogina. To, co wówczas zobaczył, przeraziło go tak bardzo, że prawie zemdlał.

Opis powyższy jest pierwszą w literaturze wzmianką o legendarnej „sztuczce z powrozem”. Po opanowaniu przez Brytyjczyków Indii miała się ona stać niezwykle sławną na Zachodzie, bo stanowiła popisowy numer tamtejszych fakirów. Opowieści o niej elektryzowały wiktoriańską opinię publiczną, a sama królowa Wiktoria wyznaczyła nagrodę wysokości 10 tys. funtów dla tego, kto znajdzie jej racjonalne wyjaśnienie. Nikomu jednak nie udało się odkryć sekretu,  ponoć numer ten można było zobaczyć w Indiach jeszcze całkiem niedawno, aczkolwiek kluczowe jest tu słowo „ponoć”. Obecnie badacze skłaniają się ku opinii, że w rzeczywistości sztuczka ze sznurem… w ogóle nie istniała! Wspiera to przeświadczenie fakt, że większość relacjonujących ją osób nie była naocznymi świadkami rzekomego „cudu”, lecz tylkoznała kogoś lub słyszała o kimś, kto go widział.

Państwo Środka nie przypadło  mimo wszystko Ibn Battutcie do gustu. Fakt, opływało w bogactwa, ale znajdowały się one wszak w rękach niewiernych. Tych ostatnich w jednym tylko chińskim mieście było więcej niż Marokańczyk widział przez całe swoje życie. Prawdopodobnie równocześnie właśnie wówczas, gdy znalazł się na krańcu znanego ludziom średniowiecza świata, po latach tułaczki odezwała się tęsknota za domem. Nadszedł czas, by zobaczywszy więcej niż którykolwiek ze współczesnych ludzi, zmęczony wędrowiec powrócił do swoich.

Ale nam daj powrócić…

Podróżnik nie miał już ani siły ani ochoty, by przemierzyć lądem olbrzymie odległości dzielące go od Maroka. Z Chin pożeglował więc do Kalikatu. Po drodze nastąpił kolejny epizod jego przygód rodem z powieści fantastycznej. Być może wszystkie je zmyślił na marokańskim dworze, by uatrakcyjnić swoją relację (jakby sama w sobie nie była już niesamowita). Oddajmy jeszcze raz głos naszemu bohaterowi:

Czterdziestego trzeciego dnia o świcie ukazała się na morzu jakowaś góra w odległości około dwudziestu mil, ku której wiatr nas pędził (…)

Aliści, gdy wiatr nieco ucichł i wzeszło słońce, ujrzeliśmy, że owa góra uniosła się w powietrze(…). Stanęliśmy zdumieni owym widokiem.  I widząc, że marynarze poczęli płakać i żegnać się ze sobą, zapytałem ich:

„Cóż wam jest?”

„Zaiste”, odpowiedzieli „to, co wzięliśmy za górę, nie jest górą, lecz Rochem. A ten skoro nas dojrzy, wtedy marnie zginiemy”.

W owej chwili między nami a onym ptakiem nie było nawet dziesięciu mil. Lecz Allach wszechmocny zesłał nam pomyślny wiatr i ten zawrócił nas w przeciwnym kierunku. Nie widzieliśmy go więcej i nie poznaliśmy jego prawdziwego wyglądu.

Ptak Roch jest częstym bohaterem arabskich baśni. Ibn Battuta twierdził, ze widział go dwa razy- w widzeniu sennym w Egipcie i z daleka na jawie gdy żeglował z Chin do Indii. O ile pierwszy incydent mógł mieć naprawdę miejsce, drugi został przez podróżnika zmyślony lub był efektem złudzenia optycznego/ Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

W Kalikacie wiosną 1347 roku Marokańczyk wszedł na statek płynący ku Bliskiemu Wschodowi. Rok później widzimy go już w Bagdadzie, skąd przez Damaszek podążył do Mekki, po raz kolejny odbywając Hadż. Do serca muzułmańskiego świata powrócił w złym momencie historii, zarówno  Lewant jak i Europę nawiedziła plaga Czarnej Śmierci. Wokół Ibn Battuty ludzie marli tysiącami, a on, opuściwszy święte miasto islamu, podążał ku ojczystemu Tangerowi gnany tęsknotą za najbliższymi. W drodze dowiedział się, że jego ojciec zmarł przed piętnastu lat, nie doczekawszy się powrotu syna, ale matka wciąż żyła i czekała w ich rodzinnym domu! Podróżnik, który w drogę wypuścił się jako młodzieniec, a teraz wracał z twarzą pooraną stepowym wiatrem i siwymi włosami w brodzie, pędził do miasta, które opuścił prawie ćwierć wieku temu co wielbłąd wyskoczy. Nie zdążył, gdy w końcu znalazł się w uliczkach rodzinnego Tangeru, sąsiedzi powiedzieli mu, że kobieta, która dała mu życie i za którą tak tęsknił, zmarła kilka dni wcześniej na dżumę.

Ibn Battuta nowy dom znalazł w Fezie na dworze sułtana Abu InanaFarisa. Jednak choć nie był już tym dziarskim młodzieniaszkiem, który wypuścił się w podróż na koniec świata, żądza przygód wciąż tliła się w jego sercu. W roku 1350 przeprawił się do Andaluzji, by wziąć udział w konflikcie z chrześcijanami napierającymi na ostatnie muzułmańskie posiadłości na Półwyspie Iberyjskim. Był to w większości akt symboliczny, bo dowodzący siłami wroga król Kastylii i Leonu- Alfons XI zmarł właśnie na zarazę, co załamało ofensywę hiszpańskich krzyżowców. Nasz bohater nie okrył się wojenną sławą, ale przynajmniej mógł później mówić, niczym stary weteran dżihadu,byłem w Andaluzji, gdy nacierali niewierni. Ze świętej wojny Marokańczyk nie wrócił sam, przywiózł ze sobą z Hiszpanii literata – Muhammada Ibn Dżuzaja, któremu miał podyktować swoje wspomnienia.

Wkrótce potem Abu InanFaris postanowił wykorzystać doświadczenie dyplomatyczne swojego nowego dworzanina i wysłał Ibn Battutę na tereny dzisiejszego Sudanu, do, jak to wówczas mówiono,Kraju Czarnych. Podróżnik zwiedził ziemie nad rzeką Niger, ale tutejsze królestwa nie umywały się do tych, które widział w Azji. Co gorsza, sudańskie kobiety były nawet bardziej bezwstydne niż te z Malediwów- tamte przynajmniej nosiły spódnice, te paradowały nago, jak je Allach stworzył.  Jakby tego było mało,o rzut kamieniem od ziem, przez które przejeżdżał nasz bohater, trochę bardziej na południe żyły plemiona ludożerców. Co prawda, Marokańczyk zapewniał, że z ich strony Arabowie nie mają się czego obawiać, bo lud ten nie tyka mięsa białych, uznając je za niesmaczne i „niedojrzałe”, ale nie zebrał się na to, by empirycznie sprawdzić ową teorię. Szczęśliwie sułtan wkrótce wezwał swego wysłannika do powrotu do Fezu i tak zakończyła się ostatnia podróż Ibn Battuty.

W roku 1355 wielki podróżnik zamknął podróżny turban w kufrze, przeciągnął obolałe od lat jazdy wierzchem plecy, zasiadł na poduszkach i przegryzając daktyle, zaczął dyktować wspomnienia Ibn Dżuzajowi. Opowieść snuł przez rok, dedykując powstałą w ten sposób niezwykłą biografię swojemu nowemu patronowi sułtana Maroka, którego  w dość lizusowskim tonie wynosił ponad władców złotej Ordy, Indii i Chin. Gdy w roku 1356 dzieło było gotowe, Ibn Battuta westchnął, przetarł zmęczone oczy i być może pomyślał:Czy naprawdę przeżyłem to wszystko?

Madrasa w Fezie ufundowana przez sułtana Maroka Abu Inan Farisa. Na dworze tego władcy znalazł schronienie Ibn Battuta po powrocie ze swoich podróży/Źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna.

O dalszych losach największego podróżnika średniowiecza wiadomo niewiele. Przeżył zarówno swojego sekretarza, który zmarł krótko po zakończeniu prac nad Osobliwościami miast i dziwami podróży, jak i sułtana Abu Inan Farisa. Ten ostatni wjechał na plecach naszego bohatera do wieczności, gdyby nie jego wygłoszona przez Ibn Battutę i spisana piórem Ibn Dżuzaja apologia prawdopodobnie nikt by już o nim dzisiaj nie pamiętał. Jego imię wciąż wraca do czytelników, mimo iż wszystkie wielkie dokonania władcy Maroka dawno pokrył kurz zapomnienia i upamiętnia go tylko patronat, jakim objął zmęczonego obieżyświata.

W ojczystym mieście Ibn Battuty- Tangerze stoi dziś lotnisko jego imienia, z którego jego współcześni naśladowcy wyruszają we własne podróże. W XXI wieku wyprawa do Indii czy Chin trwa nie lata, a godziny i miast w arbie czy na grzbiecie wielbłąda odbywa się ją na pokładach żelaznych ptaków. I chyba spodobałoby się do średniowiecznemu podróżnikowi z Maroka, który zarówno nocą w egipskiej pustelni jak i w biały dzień na pełnym morzu śnił o ptaku Rochu.

Łukasz CzarneckiŁ
Napisane przez

Łukasz Czarnecki

Historyk, publicysta i pisarz, pasjonat odkrywania tajemnic przeszłości. Absolwent Instytutu Historii UJ, spod jego pióra wyszło ponad 300 artykułów popularnonaukowych które ukazały się m.in.