Według obliczeń naukowców asteroida leci przez kosmos z prędkością ponad 23 tysięcy kilometrów na godzinę. 14 września około godziny 1:54 w nocy przeleci w odległości około 5,3 miliona kilometrów od naszej planety. Brzmi raczej bezpiecznie. Raczej.
 

Astronomowie przekonują, że nie ma zagrożenia, jednak Centrum Badań Obiektów Bliskich Ziemi należące do NASA bardzo uważnie obserwuje trajektorię tego obiektu. W czerwcu udało się ustalić, że teleskopy w razie czego są w stanie w porę nas ostrzec, jeśli kosmiczna skała zmieni kurs i uderzyć w Ziemię. Umożliwi to ewentualną ewakuację ludzi z terenów zagrożonych takim kataklizmem.
 

Dzięki teleskopom ATLAS oraz Pan-STARRS naukowcy z University of Hawaii zauważyli 22 czerwca małą asteroidę 2019 MO. Miała niecałe 5 metrów średnicy i znajdowała się 500 tysięcy kilometrów od planety. Obliczone przez należące do NASA Laboratorium Napędów Odrzutowych w swojej skali ryzyka uderzenia w Ziemię (od zera do czterech, liczona przez oprogramowanie Scout) oceniło zagrożenie na 2 punkty.
 

Inżynier nawigacji Davide Farnocchia poprosił o dodatkowe obserwacje obiektu, bo zauważył coś niedaleko Puerto Rico, 12 godzin później. Skala niebezpieczeństwa wzrosła do 4 punktów. Teleskop Pan-STARRS przekazał dodatkowe zdjęcia, które pozwoliły obliczyć astronomom punkt wejścia 2019 MO w atmosferę. Było to miejsce nad oceanem, około 380 kilometrów od miasta. Malutki bolid eksplodował wysoko i nie wyrządził nikomu krzywdy.
 

Jaki możemy wysnuć wniosek z tego incydentu? Z jednej strony, że ludzkość dysponuje naprawdę czułą aparaturą. Samo dojrzenie pięciometrowej asteroidy astronomowie porównywali do zauważenia komara oddalonego o 480 kilometrów.
 

Z drugiej strony, jeśli rzeczywiście potwierdzi się kiedyś groźba uderzenia dużego obiektu w teren zamieszkany na reakcję pozostanie nam zaledwie 12 godzin.