22 listopada 1963 r. świat zamarł z przerażenia i żalu na wieść o śmierci prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Ludzie opłakiwali polityka, który z taką dumą i stanowczością przeciwstawił się Kremlowi i zmusił do kapitulacji radzieckiego przywódcę Nikitę Chruszczowa, gdy ten chciał szantażować Amerykę rakietami ustawionymi na Kubie. Ludzie podziwiali prezydenta także z innego powodu. Był najmłodszym prezydentem USA (w chwili zaprzysiężenia), ujmującym, wspaniałym ojcem dwójki uroczych dzieci i czarującym mężem pięknej Jacqueline. Ale to wszystko było nieprawdą. Opłakiwano i żałowano propagandowego wizerunku, a nie prawdziwego człowieka. John Fitzgerald Kennedy był chory, rozpustny, uzależniony od narkotyków, nieudolny i słaby. To z jego winy Ameryka wielokrotnie została upokorzona, a świat stoczył się na krawędź wojny nuklearnej. Był jednym z najgorszych prezydentów w historii tego państwa.

Już w 1940 r., gdy miał 23 lata, zdiagnozowano u niego artretyzm. Zapisy medyczne z 1955 r. ujawniają, że 38-letni wówczas mężczyzna nie mógł zawiązać sznurowadeł ani obrócić się na łóżku. To były najbardziej widoczne symptomy jego stanu, ale cały organizm stanowił siedlisko chorób. Cierpiał na chorobę Addisona (wywołaną niedoczynnością kory nadnerczy), trawiła go celiakia (zaburzenia trawienia związane z nadwrażliwością na gluten) i wrzodziejące zapalenie jelita grubego. Efektem były częste napady nudności, wymioty, krwotoki, odwodnienie, infekcje, wrzody, utrata wagi, stany krańcowego osłabienia. Powoli uzależniał się od narkotyków. Wiedział, że jego lekarz Max Jacobson, nazywany doktorem „Feelgood” (dobre samopoczucie), aplikuje mu podejrzane medykamenty. Dwaj pozostali lekarze byli przerażeni tymi kuracjami. Nie mieli pojęcia, co ich kolega podaje prezydentowi, a efekt zmieszania w organizmie środków tak silnych jak kortyzon, prokaina, amfetamina mógł być dewastujący. Kennedy – ostrzegany – nie dbał o to. Mówił: „To mogą być końskie szczochy, ale działają”.

Ubocznym efektem leków był gwałtowny wzrost popędu seksualnego. Orgie na basenie w domu przyjaciela (o których głośno mówiło się w Waszyngtonie), małżeńskie zdrady (których nikt już nie potrafił zliczyć) można byłoby uznać za prywatny problem państwa Kennedych, gdyby nie zagrożenie bezpieczeństwa USA. Radziecki wywiad szybko dowiedział się o słabościach prezydenta i podsuwał mu swoje agentki. Znajomość z 27-letnią Ellen Rometsch, rzekomo uciekinierką z NRD, okazała się tak niebezpieczna, że FBI zdecydowało się deportować dziewczynę.

Od wojny koreańskiej Ameryka nie ponosiła tak dotkliwych klęsk w konfrontacji z ZSRR jak za czasów prezydentury JFK. Zaczęło się od nieudanej inwazji w Zatoce Świń na Kubie w kwietniu 1961 r., a więc niespełna trzy miesiące po objęciu przez niego urzędu. Co prawda atak kontrrewolucjonistów, którzy mieli obalić Fidela Castro, zatwierdził poprzedni prezydent Dwight Eisenhower, ale to Kennedy nadzorował jego realizację. Wiele wskazuje na to, że kubańskie siły bezpieczeństwa znały amerykańskie plany. Czyżby od Rometsch lub jej koleżanek?

Nieudolność młodego prezydenta w tej pierwszej poważnej akcji mogła przekonać Nikitę Chruszczowa, starego partyjnego wyjadacza, że może sobie pozwolić na więcej. A Kennedy, wierząc w dobrą wolę Chruszczowa, uznał, że osobiste spotkanie może przyczynić się do zahamowania wyścigu zbrojeń i stabilizacji sytuacji w Niemczech. Spotkali się w czerwcu 1961 r. w Wiedniu.Według Richarda Reevesa, biografa prezydenta, Kennedy był w wyjątkowo złym stanie psychicznym i fizycznym: „Prezydent bardziej obcował (promiscuous) z lekarzami i pastylkami niż zazwyczaj z kobietami”. Czy to lekarstwa miały destrukcyjny wpływ na możliwości Kennedy’ego? Jest pewne, że to spotkanie utwierdziło Chruszczowa w przekonaniu, iż JFK jest człowiekiem słabego charakteru i łatwo wygra z nim każdą batalię. Postanowił zaatakować.

Najpierw w Berlinie. Tam 13 sierpnia 1961 r., kilka minut po północy oddziały enerdowskiego wojska i policji zablokowały drogi prowadzące do zachodniej części miasta. Kennedy dopiero 4 dni później wystosował protest, ale już wszystkie drogi na Zachód były zamknięte murem wysokim na trzy metry, zwieńczonym drutem kolczastym. Dwa lata później w Berlinie Kennedy wypowiedział słowa, które zapamiętała historia: „Ich bin ein Berliner”. Jednak berlińczycy musieli czekać 30 lat, zanim runął mur. Chruszczow atakował nadal. Kazał wysłać rakiety z głowicami nuklearnymi na Kubę. Gdyby udało się zrealizować ten plan, Ameryka stanęłaby przed atomowym szantażem.

Chruszczow zapewne wygrałby, gdyby nie płk Oleg Pieńkowski. Ten radziecki oficer, mając dostęp do największych tajemnic, poinformował USA, że ZSRR nie jest gotowy do nuklearnego starcia, a Chruszczow blefuje. JFK, pewny amerykańskiej przewagi, zarządził blokadę Kuby i zmusił Kreml do odwołania statków płynących z rakietami do kubańskich baz. Tak stał się bohaterem, i to w roku wyborów prezydenckich. Nie było więc wątpliwości, że ten przystojny, ujmujący polityk, idealny mąż i ojciec wygra wybory i będzie prezydentem przez drugą kadencję...

Na czyj rozkaz zorganizowano zamach w Dallas? Może tych, którzy obawiali się kolejnej kadencji chorego prezydenta?