Tymczasem były to raczej ostatnie podrygi słabnących z każdym dniem japońskich sił. „Japończycy nie potrafili zaakceptować porażki w wojnie. Śmierć wydawała się jedynym wyjściem, nawet jeśli oznaczałaby unicestwienie całego narodu. Dopiero pod koniec wojny kilku przywódców, z Hirohito na czele, może nie tyle odzyskało rozum, ile raczej cywilną odwagę, by wymusić i narzucić kapitulację” – mówi „Focusowi” doktor Jarosław Jastrzębski z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po Leyte kamikaze atakowali jeszcze wielokrotnie. Kilka tysięcy młodych ludzi zginęło w bezsensowny sposób. Młodych, bo do grona kamikaze rekrutowano przede wszystkim właśnie takich. „Osobowości niedojrzałe, bez rodzinnych obowiązków. Wśród takich najprościej znaleźć podatnych na indoktrynację i przekonanie, że jedynym celem ich życia jest zostanie bohaterem. Nawet za cenę śmierci” – tłumaczy w rozmowie z „Focusem” doktor Ewa Kramarz, psychiatra. I chociaż to właśnie kamikaze pokazuje się jako sztandarowy przykład japońskiego poświęcenia, warto wiedzieć, że dla części z nich ostatni lot nie był bynajmniej lotem samobójczym. Był po prostu wysłaniem niechcących tego wcale ludzi na śmierć.

Getty Images

„To wszystko kłamstwo, że odeszli wypełnieni walecznością i radością, wołając: »Niech żyje cesarz!«. Byli bardziej owcami posyłanymi na rzeź. Wszyscy patrzyli ze strachem. Niektórzy nie byli w stanie sami wstać i zostali przyprowadzeni i pchnięci do samolotu przez żołnierzy obsługi” – napisał Tsuneo Watanabe, redaktor naczelny „Yomiuri Shimbun” [ogólnokrajowy japoński dziennik – przyp. red].

NIE KOCHAM CIĘ!

Redaktor najpoczytniejszej gazety w Japonii ma rację. Z pamiętników pozostawionych przez wcielonych na siłę do formacji tokkōtai studentów wynika jasno: nie chcieli umierać za cesarza. Chcieli żyć! „W sali, gdzie odbywało się pożegnanie, młodzi oficerowie popijali zimną sake. Niektórzy wychylali kieliszek jednym haustem, inni drobnymi łykami. Sala zamieniała się stopniowo w pobojowisko. Tłuczono żarówki kordzikami. Łamano krzesła, wybijano okna  wyrzucano przez nie obrusy. Śpiewano wojskowe pieśni i miotano przekleństwa. Jedni wpadali w gniew, drudzy na głos płakali. To była ostatnia noc ich życia” – tak opisywał ostatnią noc przed wylotem na rajd Kasuga Takeo, który pełnił służbę w kwatermistrzostwie bazy Tsuchiura. Wielu z tych, którzy noce takie jak ta spędzili na pijaństwie, następnego dnia wcale nie próbowało uderzyć w okręt nieprzyjaciela. Starali się wodować w pobliżu, tak aby ocalić życie. Jednak i tak skazani byli na śmierć, jeśli nie fizyczną, to psychiczną.

Getty Images

To efekt upodlającego szkolenia. „Kiedy tylko przekroczyłem bramy bazy Tsuchiura, zaczęło się codzienne »szkolenie«. Uderzano mnie w twarz tak mocno i tak często, że mi ją trwale zdeformowano. 2 stycznia 1945 roku Kaneko (chorąży) spoliczkowal mnie dwadzieścia razy, wewnętrzną stronę policzka miałem poranioną własnymi zębami” – wspominał Daikichi Irokawa w swoich „Zapiskach”.

LOS PRZYPIECZĘTOWANY

„Przeżywali straszną traumę. Już samo przekonanie, że jest się przeznaczonym na śmierć, bardzo często skutkowało spaczeniem charakteru. Także przeżycie lotu, który miał być samobójczy, wypaczało charakter do końca życia. Powrotu do czasu sprzed wcielenia do samobójczych jednostek nie było” – dodaje dr Kramarz. „Japonio! Dlaczego cię nie kocham i nie szanuję?” – napisał Hayasi Tadao w swoim dzienniku 31 sierpnia 1941 roku. Dopiero za nieco ponad trzy miesiące myśliwce zero miały nadlecieć nad Pearl Harbor. A jednak Tadao, wówczas jeszcze licealista, wiedział,
że nie przeżyje najbliższych lat: „Dotarliśmy do punktu, do którego mieliśmy dotrzeć. Czegóż więcej mamy oczekiwać? Nasz los jest już przypieczętowany”. „Wszystko skończone, nie ma już nadziei”. Zginął 28 lipca 1945 roku.

Getty Images

Ochotniczość formacji tokkōtai była propagandowym mitem. Jednostki te nie zostały włączone w struktury armii ani marynarki. Tam wydawano bowiem konkretne i ścisłe rozkazy, a te były poparte cesarskim autorytetem. Formacje ochotnicze mogły same zgłaszać się do akcji. Nie trzeba było więc do wysyłania na śmierć mieszać cesarza. Oczywiście nikt z wyższych oficerów nie zamierzał zabraniać patriotycznej, ochotniczej postawy. „Byli i tacy dowódcy, którzy zgłaszali całą jednostkę na ochotnika, nie pytając podwładnych o zdanie. Bo w sumie po co? Dlatego z czasem naczelne dowództwa w zasadzie po prostu wydawały rozkaz przeprowadzenia ataków, bo i tak było oczywiste, że ochotników nie zabraknie” – przypomina doktor Jastrzębski. Sasaki Hachiro został wcielony do wojska, gdy studiował na Uniwersytecie Cesarskim w Tokio. Podczas nauki demonstrował wybitnie pacyfistyczną postawę. Jednak w trakcie wojny zaczęło się to zmieniać, a kiedy Sasaki włożył mundur… „Musimy sprostać zadaniu obrony wieczystego życia naszego narodu, walcząc na froncie, by powstrzymać w miarę możliwości postępy wroga. (…) Nie załamuję się i ochoczo wyruszę na front” – napisał w pamiętniku.