Samobójczy atak przeprowadził 14 kwietnia 1945 roku. „Często, wiedząc, że nie ma odwrotu, kamikaze potrafili strach przekuć w patriotyzm. Z zewnątrz wyglądało to na umiłowanie ojczyzny, a było zwykłym strachem” – nie pozostawia złudzeń Ewa Kramarz.

SIŁA STATYSTYKI

Japonia nie miała szans na zwycięstwo, nawet gdyby rzuciła do walki dwa razy więcej „ochotników”. Po prostu brakowało doświadczonych pilotów, samo niszczenie maszyn o kadłuby amerykańskich
okrętów to stanowczo zbyt mało. „Głównym powodem sięgnięcia po kamikaze było uznanie przez Japończyków faktu, że nie ma już nadziei na nadrobienie zaległości w wyszkoleniu pilotów. Znacznie mniejszą rolę odgrywał tu fakt zacofania technologicznego w sprzęcie lotniczym, dostrzegalny w latach 1943–1945. Zdarzało się, że ataki samobójcze były prowadzone nawet na najnowocześniejszych japońskich samolotach – niewiele albo w ogóle nieustępujących osiągami Amerykanom czy Brytyjczykom” – przekonuje Jastrzębski. W raporcie US Air Force napisano: „Około 2800 napastników kamikaze zatopiło 34 okręty, uszkodziło 368 innych, zginęło 4.900 marynarzy, a rannych zostało ponad 4.800. Pomimo radarów, przechwytywania i niszczenia w powietrzu, stosowania przeciwlotniczych zapór, aż 14 proc. kamikaze zdołało dolecieć do okrętów; prawie 8,5 proc. wszystkich z nich zostało trafionych właśnie przez Kamikaze”. Statystyki wydają się więc korzystne dla lotników tokkōtai. Prawie dwóch zabitych Amerykanów na jednego Japończyka. Jednak to tylko matematyka.

Getty Images

„Jestem głęboko wdzięczny za życzliwość mojej matki, rozbijając się o wrogą flotę i zmiatając ją z powierzchni ziemi”. Oto wiersz śmierci, czyli poetycka kwintesencja życia Kunio Otaniego, który zginął 4 maja 1945 roku na wodach Okinawy. Nigdy nie dowiemy się, czy był prawdziwym, czy jedynie propagandowym ochotnikiem. Tak jak wielu jego kolegów.