Nazywamy ją Elly. Rozmawiamy z nią. Jest jak członek rodziny” – mówi Brady, 28-letni sier żant amerykańskiej armii. „Nasz nazywa się Fido. Dbamy o niego tak samo, jak o innych członków naszego zespołu” – dodaje Wade, 42-letni sierżant sztabowy Gwardii Narodowej. O kim mówią? Nie, nie o ludziach. Żołnierze mówią o małych bojowych robotach, które pomagały im w usuwaniu min w Iraku i Afganistanie. Gdy jedna z takich maszyn, czterokołowy MARCbot wyleciał pewnego dnia w powietrze, jego towarzysze broni pochowali go z honorami. Sami zrobili dla niego medal Purpurowe Serce przyznawany rannym lub zabitym żołnierzom amerykańskiej armii, a nad „grobem” robota oddali salwę z 21 karabinów.

Można by tę historię potraktować jako anegdotę gdyby nie fakt, że „śmierć” robota żołnierze przeżywali niemal tak ciężko, jak gdyby był człowiekiem. A stan psychiczny żołnierza ma ogromny wpływ na jego relacje w kolegami z oddziału i cywilami, prawidłowy osąd sytuacji czy zdolność podejmowania racjonalnych decyzji. Amerykańska armia poprosiła więc Julie Carpenter z University of Washington, by przeprowadziła badanie na grupie 23 żołnierzy wyszkolonych w posługiwaniu się robotami do rozbrajania ładunków wybuchowych. Wnioski
okazały się zdumiewające.

Carpenter jest doktorem nowej nauki o relacjach ludzi i maszyn – Human-Robot Interaction, w skrócie HRI. Uważa, że nasze stosunki z robotami wyszły już dawno poza zimną relację człowiek–maszyna. Zresztą przygotowywani byliśmy na to od lat. Dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie zachwycali się naprawczym droidem R2-D2 z „Gwiezdnych wojen”. Trzydziestolatkowie karmili elektroniczne Tamagotchi, a dwudziestolatkowie przytulali futrzane Furby reagujące na dotyk i uczące się prostych słów. Dzisiejsze roboty są o wiele doskonalsze.