„Biorą świeżą krostę od kogoś chorego i robią nacięcia na czole, nadgarstkach i nogach zdrowego człowieka. Do nacięć wkładają ropę z owej krosty, żeby pozostała w nich przez 8 albo 10 dni. Po takim czasie pojawiają się objawy ospy i choroba postępuje jak zwykle. Ma jednak łagodniejszy przebieg i prawie nie powoduje pęcherzy (...) Z wiarygodnych źródeł dowiedziałem się, że z dwóch tysięcy osób poddanych ostatnio tej metodzie, tylko dwie zmarły” – pisał o nowym sposobie walki z ospą londyński lekarz Peter Kennedy w wydanym w 1715 r. „Studium o lekach zewnętrznych”. 

Odważna lady Montagu korzysta z pierwszych szczepień

Trzy lata później dużo większe poruszenie wywołała żona brytyjskiego ambasadora w Konstantynopolu Mary Wortley Montagu. W listach dzieliła się wrażeniami z egzotycznego Orientu.

W jednym pisała: „Przychodzi starsza kobieta z łupiną orzecha wypełnioną krostami chorych na ospę i za pomocą dużej igły otwiera żyłę. Do nacięcia wkłada tyle krost, ile zmieści się na główce igły. Potem przyciska do rany wydrążoną łupinę. Zwykle otwiera cztery albo pięć żył. (...) Dzieci po tym zabiegu bawią się całkiem zdrowe do wieczora, potem dostają gorączki i trzeba je położyć do łóżka. Chorują dwa, najwyżej trzy dni. Czasem na ich twarzach pojawia się nie więcej niż 20–30 pęcherzy, po których nie pozostają żadne ślady”.

Lady Montagu nie poprzestała na słowach. W 1718 r. poddała zabiegowi swego sześcioletniego syna Edwarda. Zaryzykowała, bo sama przeszła ospę, po której pozostały jej na twarzy rozległe blizny. Nie chciała, by jej dzieci spotkało to samo. Edward chorował przez dwa dni, po tygodniu był już tak zdrowy jak przed zabiegiem. Potwierdził to lekarz ambasady Charles Maintland, który uważnie obserwował małego pacjenta.

Rok później pani Montagu kazała zaszczepić swą ośmioletnią córkę. Zachwycona efektami napisała: „Za swój patriotyczny obowiązek uznaję wprowadzenie tego niezwykłego odkrycia w Anglii”.

Wariolizacja po angielsku

Po powrocie do Londynu przekonała do zabiegów rodzinę panującą. W 1722 r. zaszczepiono królewskich potomków. Od łacińskiej nazwy ospy – variola – zabieg nazwano wariolizacją. Metoda zdobyła uznanie, chociaż nie brakło też krytyków, straszących śmiercią.

Faktycznie czasami dochodziło do zgonów pacjentów poddanych wariolizacji, gdyż materiał do szczepień pobierano od osób z łagodnymi objawami ospy, jednak były to żywe wirusy, które u innych mogły wywołać ostrą formę choroby i stworzyć nowe ognisko epidemii. A jak zauważył filozof Monteskiusz „jedna ofiara po zabiegu robi większe wrażenie niż stu zmarłych z powodu choroby. Trzeba umieć liczyć” (i to spostrzeżenie nie straciło aktualności do dziś). 

Nawet osobisty przykład rodziny królewskiej nie przekonywał sceptyków, którzy uważali, że leczenie przez wywoływanie choroby jest sprzeczne z logiką i wiedzą medyczną. Lekarze bardziej otwarci na nowe pomysły zabezpieczali pacjentów przed niepożądanymi efektami szczepienia, stosując profilaktycznie terapię zalecaną przez największe naukowe autorytety.

W okresie przygotowawczym trwającym nawet 40 dni codziennie aplikowali nieszczęśnikom lewatywę i przynajmniej raz w tygodniu upuszczali im krew. Nie zachęcało to do korzystania z usług medyków. Zwłaszcza że już wtedy pojawili się pierwsi antyszczepionkowcy, którzy stanowczo to odradzali.

Antyszczepionkowe fake newsy z XVIII wieku

Doktor William Wagstaffe opublikował w 1722 r. „List ukazujący jak niebezpieczne i niepewne jest wszczepianie ospy”. Uznał w nim „dobrowolne wprowadzanie do organizmu choroby za szaleństwo podobne do gaszenia pożaru prochem strzelniczym”.

Według niego importowaną metodę „stosują w Turcji jedynie niewykształcone kobiety z ciemnego ludu niezdolne do przyswojenia prawdziwej wiedzy”. Jako jedyne sprawdzone środki chroniące przed ospą zalecał izolację i puszczanie krwi.

Anonimowi autorzy antyszczepionkowych broszur straszyli czytelników jeszcze bardziej przerażającymi opowieściami. W Bostonie wszystkie poddane wariolizacji kobiety w ciąży miały natychmiast poronić. We włoskiej Cremonie połowa zaszczepionych żołnierzy umrzeć, a pozostali zapaść na nieuleczalne choroby.

Plotki robiły swoje. W ciągu dziesięciu lat od misji lady Montagu wariolizacji poddało się w Wielkiej Brytanii zaledwie 800 osób. Tymczasem XVIII-wieczny doktor James Jurin podjął pierwszą próbę oceny skuteczności szczepień.

Po przeanalizowaniu wieloletnich danych z Londynu i okolic stwierdził, że z powodu ospy statystycznie umiera jedna osoba na siedem, natomiast wariolizacja powoduje jeden zgon na pięćdziesiąt. Zmniejszała więc zagrożenie, chociaż wciąż była zabiegiem niebezpiecznym. Jeśli miała się upowszechnić, należało obniżyć ryzyko.

Więcej w najnowszym numerze Focusa nr 7/2021.