Kondycja fizyczna jest dla sportowca tym, czym dla samochodu solidne opony, sprawny układ hamulcowy i kierowniczy. Jeśli one szwankują, to jazda może przynieść więcej szkody niż pożytku, a nawet zakończyć się groźnym wypadkiem. W przypadku sportowca ważne jest to, że wskutek kontuzji traci nie tylko przyjemność z uprawiania sportu, ale również pieniądze i uznanie. Czołowi zawodnicy zarabiają miliony i są warci dla swych klubów znacznie więcej. Niesprawność, która wyklucza np. piłkarza na kilka tygodni z gry, oznacza wymierne straty. W takiej sytuacji sportowcy chętnie korzystają z różnych metod leczniczych – czasami dość dziwnych.

Moda na bałkańskich znachorów

O 44-letniej Marijanie Kovacević z Serbii wiadomo niewiele, choć rozpisuje się o niej prasa sportowa. Ukończyła studia farmaceutyczne i przyjmuje w zaciemnionym gabinecie na przedmieściach Belgradu. Szczególny rozgłos przyniosły jej rekomendacje czołowych piłkarzy klubów angielskich i włoskich, m.in. Vincenta Kompany’ego, Franka Lamparda, Dejana Stankovica i Robina van Persie. Twierdzą oni zgodnie, że wizyta u Kovacević przyspieszyła regenerację po kontuzjach i powrót na boisko. Jak to możliwe? Serbska znachorka stosuje masaże ręczne z użyciem walca. Jednak jej największa tajemnica to żele zawierające m.in. końskie łożysko. Nakłada je na skórę pacjenta, a następnie stosuje pole elektromagnetyczne, dzięki któremu składniki preparatu mają wnikać w ciało. Kovacević twierdzi, że już po kilku dniach uszkodzona tkanka mięśniowa się goi. I choć lekarze wątpią w skuteczność tej metody, chętnych na zabieg kosztujący ok. 5 tys. euro nie brakuje. Niedawno do znachorki miał się udać piłkarz Legii Warszawa Orlando Sa.

Nie byłby to pierwszy przypadek korzystania z takich zabiegów, jeśli chodzi o zawodników stołecznego klubu. Trzy lata temu inny piłkarz Legii, Ivica Vrdoljak, przez kilka miesięcy zmagał się z kontuzją mięśni uda. Lekarze i fizjoterapeuci byli bezradni, sportowca czekała operacja, którą odwlekał, biorąc leki przeciwbólowe.

Zdecydował się na wizytę u bośniackiego znachora, z którego usług korzystali wcześniej piłkarze AC Milan: Kaka i Pippo Inzaghi. Sztab szkoleniowy był w szoku, kiedy okazało się, że piłkarz wyzdrowiał w ciągu kilkudziesięciu godzin. „Masaż, bo nie wiem, jak inaczej określić to działanie manualne, był bardzo bolesny, krzyczałem z bólu. Następnego dnia ból był trzy razy większy. Znajomi piłkarze uspokoili mnie jednak, że to normalne, że mam się nie bać, bo na pewno będzie lepiej. I rzeczywiście, ból minął bezpowrotnie” – opowiadał Vrdoljak w wywiadzie dla portalu Legionisci.com.

Specjaliści jednak ostrzegają, że nie zawsze efekty znachorskich zabiegów są tak dobre. „Podczas mojej wieloletniej pracy z zawodowymi sportowcami nie zdarzył się przypadek, aby takie metody jak przykładanie liści kapusty czy maści dziwnego pochodzenia zadziałały i postawiły moich pacjentów na nogi” – mówi fizjoterapeuta Michał Dachowski. I dodaje, że kluczowa w procesie leczenia kontuzji może być wola uzdrowienia i nastawienie pacjenta. Możliwe więc, że zabiegi znachorów działają głównie na zasadzie placebo – wystarczy wiara sportowca w ich skuteczność. „Kluczem do efektywnego leczenia jest wielki postęp w dziedzinie rehabilitacji i ortopedii” – wyjaśnia Michał Dachowski.

Zastrzyk z własnej krwi

Jednym z przejawów tego postępu jest coraz powszechniejsze stosowanie terapii osoczem bogatopłytkowym. To koncentrat płytek krwi, które zawierają liczne czynniki wzrostu – substancje przyśpieszające gojenie się mięśni i ścięgien. Gdy do lekarza tafia kontuzjowany sportowiec, najpierw pobiera się od niego krew. Służą do tego sterylne zestawy jednorazowego użytku. Krew zostaje odwirowana, wskutek czego uzyskujemy 2–3 ml osocza bogatego w płytki krwi. Następnie lekarz wstrzykuje je w uszkodzone miejsca, które widzi na obrazie USG. Z tej metody korzystają głównie tenisiści, golfiści, lekkoatleci, siatkarze, koszykarze oraz piłkarze. Oczywiście jest ona wykorzystywana także u pacjentów po urazach ortopedycznych lub cierpiących na przewlekłe schorzenia, takie jak choroba zwyrodnieniowa stawów. Osocze bogatopłytkowe znalazło nawet zastosowania kosmetyczne (pisaliśmy o nich szerzej w „Focusie” nr 11/2014).

Kombinezon wskaże siniaki

Szybkie reagowanie na kontuzje jest kluczowe, zwłaszcza w przypadku sportowców niepełnosprawnych. Jeśli są sparaliżowani np. od pasa w dół, nie czują bólu w nogach i nie mają pojęcia, że przytrafił im się jakiś uraz. Do niedawna każdy zawodnik mu-siał być dokładnie oglądany po każdej rozgrywce czy zawodach, bo tylko tak dało się wykryć siniaki wskazujące na kontuzję.

Z pomocą sportowcom przyszli studenci z Imperial College London. Zaprojektowali kombinezon, który nazwali po prostu Bruise (Siniak). Jest on uszyty z tkaniny, która reaguje na nacisk. Jeśli okryte nią ciało zostanie uderzone, kombinezon zmieni w tym miejscu barwę. Im silniejszy uraz, tym intensywniejszy będzie kolor. Poza tym kombinezon zapewnia użytkownikowi komfort – odprowadza pot na zewnątrz, chroniąc organizm przed przegrzaniem.

Bruise cieszy się coraz większym zainteresowaniem, zwłaszcza wśród sportowców uprawiających niebezpieczne lub kontaktowe dyscypliny jak narciarstwo zjazdowe czy  rugby na wózkach. W prace nad kombinezonem zaangażował się brytyjski narciarz alpejski Talan Skeels-Piggins, który po wypadku motocyklowym w 2003 r. został sparaliżowany od klatki piersiowej w dół. „Wierzę, że Bruise będzie miał więcej zastosowań niż tylko w sporcie niepełnosprawnych. Może być on używany przez wszystkich narażonych na częste kontuzje” – twierdzi. Zapobieganie przez elektronikę Nowe technologie sprawdzają się nie tylko przy wykrywaniu i leczeniu kontuzji. Możliwe, że już wkrótce będą także przed nimi chronić. Bardzo wiele poważnych uszkodzeń mięśni u sportowców to efekt powtarzających się mikrourazów. Te zaś powstają podczas wielokrotne powtarzania tych samych ruchów, np. rzutu piłką czy machnięcia rakietą tenisową.

Dobry trener potrafi wychwycić takie sytuacje i doradzić zawodnikowi zmianę techniki. Jednak o wiele lepsze „oko” mogą mieć urządzenia elektroniczne. Już dziś można nagrywać treningi czy rozgrywki na wideo, a potem dokładnie analizować ruchy ciała. Pojawiają się kolejne gadżety treningowe, takie jak piłki wyposażone w elektroniczne czujniki. Przykładem mogą być systemy Adidas miCoach i 94Fifty. Każde kopnięcie czy rzut rejestrują aplikacje mobilne, monitorujące zachowanie zawodnika i podpowiadające mu, jak zmienić trening.

Warto jednak pamiętać, że nic nie zastąpi naszego naturalnego systemu alarmowego. Pojawiają się pomysły na leki, które hamowałyby chemiczne sygnały przesyłane z przemęczonych mięśni do mózgu. Takim sygnalizatorem jest m.in. substancja zwana interleukiną-6 (IL-6). Zdaniem części uczonych, gdyby mózg umiał ją ignorować, ciało mogłoby znieść znacznie dłuższy i cięższy wysiłek. Jednak w takiej sytuacji byłoby jeszcze łatwiej o kontuzje, przed który-mi sportowca nie uchroniłaby nawet najbardziej wyrafinowana technologia...