Nowe badanie z Niemiec przeprowadzone na 9 osobach pokazało, że zainfekowani są największymi roznosicielami nowego koronawirusa tuż przed pojawieniem się objawów i w pierwszym tygodniu ich obecności. Aktywnego patogena wyizolowano z nosa (17 proc.) i śliny (83 proc.) chorych.

- Z ich gardeł i nosa wydobywało się 1000-krotnie więcej wirusów niż od pacjentów zainfekowanych ”pierwszym” SARS blisko 20 lat temu – tłumaczy autor badania Clemens Wendtner, szef wydziału chorób zakaźnych i medycyny tropikalnej monachijskiej kliniki Schwabing. Tak duży wirusowy ”ładunek” tłumaczy wysoką zakaźność SARS-CoV-2. 

Po 8 dniu występowania symptomów materiał genetyczny (RNA wirusa) napastnika nadal był znajdywany w wymazach z pacjentów, ale nie było tam już aktywnych (zdolnych infekować) wirusów. Przeciwciała zarażonej osoby niszczą SARS-CoV-2 gdy te próbują wydostać się z już zainfekowanych komórek.

Z niemieckiego badania płynie ważny wniosek: odnalezienie RNA lub innych części tworzących wirusa na próbce z wymazu chorego nie oznacza, że dany pacjent nadal zaraża. - Niestety, osoba lekko przechodząca chorobę lub ta niemal bez objawów zaraża mocno i długo – zauważa niezwiązany z monachijskimi badaczami Ali Khan. 

Dziekan Wydziału Zdrowia Publicznego na University of Nebraska Medical Center w Omaha dodaje jednak: - Jest też i dobra wiadomość: po 10 dniach chory nie powinien już stanowić zagrożenia dla innych.

Infekcja zaczyna się w górnych drogach oddechowych a po kilku dniach schodzi głębiej, do płuc. Na pierwszym etapie zainfekowany pacjent stanowi dla innych największe niebezpieczeństwo. Wendtner i jego koledzy nie znaleźli śladów wirusa w krwi ani moczu.

Resztki RNA martwych (niegroźnych w tej postaci) patogenów odkryto w kale. To też dobra wiadomość, bo nie było jasne, czy można zarazić się poprzez kontakt z odchodami. Wszyscy opisani w badaniu z Monachium pacjenci to pracownicy jednego dostawcy części samochodowych w mieście Stockdorf.  

Wszystkich zaraził ten sam kolega, który sam został zainfekowany poprzez pracownika firmy z Szanghaju przybyłego do Niemiec na szkolenie. Zarówno pacjent z Chin jak i Pacjent 1 z Niemiec zarazili innych nim pojawiły się u nich symptomy. Wystarczyło jedno kichnięcie podczas 60 minutowego zebrania.

Z tych 9 pacjentów większość zaczęła kaszleć (jeden nie miał żadnych objawów), u dwóch pojawiła się gorączka. U jednego z nich pojawiło się zapalenie płuc. 2 z 9 miało ”cieknący” nos (coś, co uznaje się za rzadki symptom choroby COVID-19) a 4 z 9 skarżyło się na ”kompletnie zatkany nos i częściową utratę smaku i węchu”. Po 2 tygodniach wszystko ustąpiło.

Objawy dotyczące smaku i węchu wystąpiły u chorych w 2003 roku z epidemią SARS. Jest to o tyle ciekawe, że oznacza zdolność wirusa do zainfekowania komórek nerwowych odpowiedzialnych za odczuwanie zapachów.

Maksymalne wydzielanie wirusa (infekowanie) nastąpiło 4 dnia po tym, jak poczuli się źle. Przeciwciała w organizmach chorych osób zaczęły się pojawiać w 6 do 12 dni po pierwszych symptomach. Od momentu uruchomienia się produkcji przeciwciał, we flegmie i wymazach z nosa chorych nadal było dużo materiału genetycznego wirusa, ale pacjenci stracili zdolność infekowania.

Najważniejsze, co płynie z tego badania to pewność, że nie wolno dopuszczać do gromadzenia się ludzi w jednym miejscu. Kolejna sprawa, to długość przymusowej izolacji. Można ją skracać u tych, w wymazach których stwierdzono RNA, ale nie mogą zarażać.

 - Dotąd sądzono, że tak długo, jak materiał genetyczny obecny był po ustąpieniu symptomów, pacjenci mogli infekować. Dlatego większości pacjentów nie wypuszcza się ze szpitali do czasu, aż dwa testy przeprowadzane w odstępstwie 24 godzin okażą się negatywne – wyjaśnia Clemens Wendtner. Niemniej, naukowiec uważa 14 dniowy okres kwarantanny za odpowiednio bezpieczny, by go nie skracać.