Komisarz Bernard zdążał swoim bolidem 125p do Komendy Stołecznej. Przejeżdżał właśnie obok luksusowej restauracji Ambasador, która nieodmiennie kojarzyła mu się z wielkim światem, szpanem i wyższymi sferami . Rozmarzył się: pewnego dnia wkroczę do ekskluzywnego wnętrza Ambasadora, zamówię najbardziej wykwintny posiłek i otoczony warszawską societą długo będę się nim delektował.

Z marzeń do rzeczywistości przywrócił go zimny powiew  – szczelność auta nie spełniała podstawowych norm  bhp, a dodatkowe napowietrzenie było w standardzie.
Komisarz miał zaplanowane szkolenie dla licznej grupy funkcjonariuszy załóg patrolujących stolicę. Spotkanie było zaplanowane w bardzo dużej sali, co powodowało pewne zakłopotanie Bernarda. Był wprawdzie osobą dosyć wygadana – bądź co bądź negocjator! – ale ogromne audytorium przerastało jego elokwencję. Jak tu rozmawiać z takim tłumem? – zastanawiał się, żałując nie ma na podorędziu jakiegoś biskupa, który mógłby to i owo podpowiedzieć. No, ale biskupa w pobliżu nie było. Ba – nawet wikarego.
Bernard siedział już w swoim pokoju i na myśl o konieczności stawienia czoła wyzwaniu, oblewał go zimny pot.
Monika, wydziałowa sekretarka, wpadła zdyszana: – Dawaj Benek do szefa, czekają na ciebie.
Nieco zdziwiony komisarz ruszył z za biurka – nie było przecież żadnego, a poza tym słuchacze czekają...
Wkrótce stał przed obliczem przełożonego i jego gościa.
– To jest pan komisarz, który będzie z Panem, na miejscu – powiedział szef do wyraźnie roztrzęsionego mężczyzny i kontynuował: – Jest stałym bywalcem w takich miejscach. Następnie zwrócił się do Benka: – Będziemy zatrzymywać biskupa, potrzebny jesteś.
Widząc zdziwienie w oczach komisarza dodał: – Chodzi o tego, co fury hurtem ściągał na swój kościół.
Wyjaśnienie uspokoiło nieco negocjatora – skoro chodzi o przestępcę, ukrywającego się pod sutanną, to co innego... No, bo tak biskupa aresztować, to jednak nie godzi się.

Odprawa, wprowadzenie i ustalenia. Szef referuje co i jak. Poszkodowany pożyczył dużą gotówkę od świeżo poznanego biznesmena – na krótki termin, grzecznościowo.  Bardzo szybko okazało się, że jego zadłużenie rośnie w tempie dziury budżetowej, a jego samego spotykają dziwne przypadki. Teraz ma zapłacić ostatnią ratę, spotkanie nastąpi w restauracji Ambasador za półtorej godziny. Jak tylko „biskup” przyjmie kopertę, czyli pakiet kryminalistyczny, na znak Benka antyterroryści dokonają zatrzymają. Lewy hierarcha jest bardzo niebezpieczny, nosi broń i porusza się z obstawą, która może być wcześniej w lokalu, ale tego nie zdążymy już tego sprawdzić. Zajmujemy miejsce wg. szkicu, oczywiście Benek najbliżej.

Komisarz wraz z aspirantem Olszówką zjawili się pierwsi w Ambasadorze, zajęli stolik na środku sali. Obok znajdował się jeden stolik wolny. Kolejne stoliki dokoła zajmowali „kominiarze” (antyterroryści) po cywilnemu. Przy pozostałych stolikach w głębi sali, towarzyska śmietanka głośno rozprawiała.
Benek zaproponował koledze, by przed akcją spożyli posiłek adekwatny do miejsca działań operacyjnych. Przeglądając menu Benek wybrał posiłek, niekompatybilny z żołądkiem posiadacza fiata 125p, ale od czego jest fundusz czynności maskujących? Od maskowanie!
Dlatego na stole pojawiły się ślimaki zapiekane w serze, nazwa nie do wymówienia. Olszówka okazał się konserwatywnym funkcjonariuszem,który jadał wyłącznie rodzime, swojskie posiłki, zapijając płynami o najwyższym stopniu przejrzystości. Nie znalazłszy więc w karcie niczego ze swojego repertuaru, zadowolił się butelką coca coli.
Również antyterroryści, by nie wzbudzić podejrzeń, maskując swój rzeczywisty cel obecności zamówili posiłki.
Grubo przed czasem do lokalu wkroczył figurant, typowy kark rozmiarów 3XL, rozejrzał się po sali i usiadł obok Benka. Funkcjonariusze mieli świadomość, że oto zaczął się pierwszy etap realizacji. No, ale nie dotarły jeszcze posiłki – to znaczy, te posiłki z kuchni... Najwolniejsze były oczywiście ślimaki.

Tymczasem, zgodnie z planem, do stolika figuranta przysiadł się pokrzywdzony i przekazał kopertę, którą figurant włożył do wewnętrznej kieszeni marynarki. W tym momencie... podano ślimaki – ich widok przyprawił Bernarda o zachwyt. Już miał delektować się ich smakiem, gdy kątem oka dostrzegł jak figurant wyjmuje kopertę i wkłada rękę do środka. Jeżeli wyjmie zawartość koperty, zrozumie że, to prowokacja. I mając świadomość, że się wpieprzył, zrobi nieodwracalną krzywdę „pożyczkobiorcy”.
Błyskawicznie spojrzał na stoliki „kominiarzy”, przekazał umówiony znak i... nic, nikt nawet głowy nie podniósł z nad talerza. Też zamówili wykwintne posiłki.
Robiło się dramatycznie, figurant wyjął zawartość, ale jeszcze patrzył na przerażonego pożyczkobiorcę. Za chwilę mogło dojść tragedii. Komisarz Bernard błyskawicznie wyskoczył zza swojego stolika, przewracając go nogami do góry. Chwycił kark „biskupi” nelsonem i szarpnął do tyłu, następnie podciął krzesło – figurant spadł na podłogę.
W tym momencie tłum antyterrorystów rzucił się na leżącego, skutecznie odpychając Bernarda. Gdy wywlekano figuranta, Olszówka powiedział: – Za filarem jest trzech gostków. Faktycznie, zza filara wychylały głowy trzy postacie: jeden kudłaty grubas, drugi w niemodnym golfie, trzeci chudy jak patyk. Było to dziwne, bo w restauracji, gdzie właśnie trwała skrajnie niebezpieczna operacja taktyczna, wszyscy intensywnie wpatrywali się... w talerze.
Olszówka dorzucił: – Tego kudłatego znam, obstawiał agencje na Żoliborzu, to na pewno jego ludzie.
Nie było wyjścia – trójka zza filara została obezwładniona, Olszówka skierował „klamkę” (dla niewtajemniczonych – pistolet) w ich stronę, nakazując położenie się na podłodze. Ale mężczyźni, pewnie sparaliżowani strachem, nie zareagowali. Bernard już był gotów rzucić się na kudłacza, który nie zamierzał spełnić policyjnego polecenia, ale w tym momencie zamarł. Otóż w kudłaczu rozpoznał wybitnego rodzimego piłkarza Romana „Kosę” Koseckiego.
Jak się okazało nie byli obstawą „biskupa” – ten w golfie to kapitan reprezentacji księży, chudy zaś to dziennikarz sportowy Michał Pol. Rozstali się w pokoju.
Po tak intensywnych działaniach, Bernard podszedł do przerażonej kelnerki i poprosił o rachunek zbiorczy na Komendę Stołeczną. Jego stolik z powrotem stał blatem do góry – negocjator siadł więc spokojnie, tym bardziej, że czekały na niego ślimaki (jak to się stało, że pozostały na stole, choć ten przewrócił się?). Bernard zajadał się kolejnym ślimakiem, gdy wyczuł nitkę w ustach.
– Pewnie je zaszywają przy nadziewaniu – pomyślał. Jednak wyjął specjał z ust i uważnie mu się przyjrzał – był „panierowany” nitkami w kolorze wykładziny.
– No i co z tego? – pomyślał filozoficznie Bernard i wrócił do konsumpcji, Ostatecznie, kiedyś to sobie obiecał...

 

Więcej artykułów o tematyce kryminalnej w magazynie:

 

Numer 5/2011 (Październik - Listopad) już w sprzedaży!