Kozietulski dostał przepustkę do historii za dowodzenie szarżą na baterie hiszpańskich armat. Zabawne, że jego nazwisko utrwaliło się w pamięci Polaków dzięki peerelowskim publicystom, którzy na początku lat 60. XX w. uparli się zdyskredytować polskie bohaterstwo. Według nich – i wbrew historycznej prawdzie – Kozietulski poprowadził bezsensowną, samobójczą  szarżę. Wzięli go w obronę... partyjny historyk płk Zbigniew Załuski i pisarz Marian Brandys.

Do przejścia do legendy wystarczyło Kozietulskiemu dowodzenie szwoleżerami tylko do drugiej baterii. Salwa oddana przez Hiszpanów powaliła jego konia. Kontuzjowany jeździec opuścił pole bitwy. W jego cieniu znaleźli się prowadzący dalej szwoleżerów Jan Dziewanowski (został śmiertelnie ranny) i Andrzej Niegolewski (jedyny oficer, który dotarł do ostatniej, czwartej baterii). Tam został skłuty bagnetami. Gdyby skonał, może dorównałby w legendzie Kozietulskiemu, a nawet zająłby jego miejsce. Poległy bohater ma wszak przewagę nad żywym. Atutem Niegolewskiego byłyby słowa: „Monsegnieur, umieram, oto armaty, które zdobyłem. Powiedz to cesarzowi”. Ale przeżył.

Swoją drogą szwoleżerowie dali się poznać od dobrej strony jeszcze przed Somosierrą. 14 lipca 1808 r. pod Medina del Rioseco, dowodzeni przez kapitana Wincentego Radzimińskiego, szarżowali w 120 na 2000 Hiszpanów, zmuszając ich do ucieczki. Cesarz, czytając raport z tej batalii, powiedział: „Oto moi Polacy!”.

Ratujemy cesarza

Gdyby Kozietulskiego nie było pod Somosierrą i tak znalazłby miejsce wśród bohaterów epopei napoleońskiej. 24 października 1812 roku Napoleon chciał pod Małojarosławcem – jak pisze Marian Kukiel – „zrekognoskować” pozycje rosyjskie. Towarzyszył mu szwadron szwoleżerów właśnie pod dowództwem Kozietulskiego. „Nagle dał się słyszeć tętent mnóstwa koni, wyłoniły się z zarośli chmary kozaków i rzuciły się na drogę z taką natarczywością, że pluton, idący jako szpica, został odcięty. Cesarz zawrócił pędem ku kolumnie gwardyi pieszej, tymczasem Kozietulski ze swym szwadronem szarżował na tłumy kozackie”. I znów powtarza się sytuacja spod Somosierry: Kozietulski zostaje ranny piką, która przebiła mu ramię. Komendę obejmuje kapitan Stanisław Hempel, zbierając pluton do nowej szarży.

Polacy uratowali Napoleona z opałów raz jeszcze. 20 marca 1814 r. w bitwie pod Arcis sur Aube Francuzi ulegli panice. Szyki walczących przemieszały się i wpadły na otoczenie Napoleona. Cesarz znalazł się pod osłoną plutonu szwoleżerów dowodzonych przez Ambrożego Skarżyńskiego (który kilkanaście dni wcześniej na czele oddziału opanował most pod Berry au Bac, „bijąc Kozaków wyrwaną im piką”, jak pisał historyk Andrzej Nieuważny). Polscy kawalerzyści z cesarzem przebili się – jak relacjonuje Kukiel – „do żelaznego czworoboku piechoty Nadwiślańskiej. Był to batalion Jana Skrzyneckiego, późniejszego generała. Roztrącają się huzarzy i kozacy o bagnety piechoty polskiej, ogień plutonowy zmusza ich do odwrotu”. 

Ale w istocie czworobokiem piechoty polskiej dowodził szef batalionu płk Paweł Muchowski. Skrzynecki nigdy nie dementował tego, że miał ocalić cesarza – a na tym zdarzeniu opierała się jego późniejsza popularność. Ale i on zapisał się wcześniej znakomitą postawą podczas walk w Rosji, pod Szewardino. Dowodził wówczas kompanią grenadierów 16. pułku piechoty. „Nieustraszeni grenadyerowie uformowali się w kłąb i tak dzielnie się bronili, że zrobiwszy sobie przedpiersie z kirasyjerów różnokołnierzowych, zmusili ich do odstąpienia, nie straciwszy prawie ani jednego człowieka” – pisał gen. Józef Weysenhoff. 

Kto Polak - za mną!

Gdyby książę Józef Poniatowski  nie zginął w bitwie pod Lipskiem, i tak miałby tytuł do chwały za swą postawę w bitwie raszyńskiej – za osobiste wzięcie udziału w ataku na bagnety (z fajeczką w zębach). Bohaterem Raszyna był jednak płk Cyprian Godebski. Jak pisze Kukiel, prosił księcia o pierwsze miejsce w boju. „Z bohaterską dzielnością przytomnego umysłu wraca Godebski kilkakrotnie do porządku swe wstrząśnięte szeregi i odpiera natarczywą siłę”. Ranny, wciąż wydaje rozkazy, formuje fizylierów do ataku, wreszcie otrzymuje śmiertelną ranę. 

Bohaterem polskiej piechoty był Józef Chłopicki, pamiętany dziś jedynie z udziału w wojnie polsko-rosyjskiej 1831 r. i bitwy w Olszynce Grochowskiej. Ponad trzydzieści lat wcześniej w bitwie nad Trebbią Chłopicki, oficer Legii Polskiej, jako dowódca batalionu zaimponował zimną krwią i męstwem. Później zapisał się doskonale w dramatycznym boju o Saragossę. Znów dała o sobie znać jego, jak pisał Kukiel, „nieustraszona, zimna odwaga, żelazna wola”. „Przedziera się Chłopicki, przebywa wyłom, wpada do klasztoru i wypędza ze wszystkich jego części nieprzyjaciela, a czując, jak korzystną rzeczą byłoby mieć już wewnątrz miasta plac broni, a więcej jeszcze, jak ważne skutki mieć mogło zajęcie klasztoru Encalzas, nie przestaje na swej zdobyczy, ale zaraz wdziera się do tego drugiego klasztoru, zdobywa wszystkie inne budowle zamykające plac Engracia i bierze baterię na ulicy tegoż imienia, którą zaraz przeciw nieprzyjacielowi obrócono” – wspominał Józef Mroziński, kapitan 1. pułku Legii Nadwiślańskiej.

Także Antoni Paweł Sułkowski, krótkotrwały wódz naczelny wojska polskiego po śmieci Poniatowskiego, był bardzo waleczny (choć, jak wspominał Aleksander Fredro, nie miał osobowości predestynującej go do roli wodza). „Pod Ocana w Hiszpanii, kiedy przełamane linie francuskie ustępowały w nieładzie, młody Sułkowski chwycił sztandar 4. pułku polskiej piechoty, zawołał: Kto Polak, za mną! I tak dzielnie natarł na czele zgromadzonego oddziału, że odzyskał stanowisko i w bitwie tego dnia wyjednał zwycięstwo” – pisał Fredro w „Trzy po trzy”. Według innych Sułkowski miał powiedzieć: „Lepiej umrzeć niż zhańbić honor wojska polskiego”. 

 

Z kolei bohaterstwo starszego brata komediopisarza zostało upamiętnione przez Juliusza Kossaka w akwareli „Seweryn Fredro rozbija pułk huzarów pruskich pod Peterswaldem”. Dokonał tego we wrześniu 1813 r. wraz z prowadzonymi przez niego szwoleżerami. Wachmistrz Mierzejewski wziął wtedy do niewoli syna pruskiego feldmarszałka Blüchera. 

Nieco wcześniej w bitwie pod Kulm, panice i dezintegracji  uległ korpus francuski Vandamme’a. Zimną krew zachował wtedy dowódca 8. pułku szwoleżerów Tomasz Łubieński, który zdołał zebrać dużą część rozproszonych żołnierzy i stawił opór atakującym. „Ocalenie tak wielkiej części rozbitego korpusu przypisać należy męstwu i gorliwości pułkownika Łubieńskiego” – oceniał Tadeusz Bułharyn, były podoficer lansjerów.

Ukryci bohaterowie

W cieniu Somosierry, Kozietulskiego i szwoleżerów znaleźli się bohaterowie innych zmagań epoki napoleońskiej. Jan Konopka dowodził ułanami nadwiślańskimi w dramatycznej bitwie z Anglikami pod Albuerą 16 maja 1811 r. „Był nawet moment krytyczny, w którym marszałek Soult zwrócił się do Konopki z rozpaczliwemi słowami: Pułkowniku, ratuj honor Francyi!”. Pułk Konopki szarżami zmiótł brygadę angielskiej piechoty i zagarnął kilka sztandarów. Konopka został generałem, a cesarz zaszczycił go słowami: „Jest pan dzielnym człowiekiem”. 

Pod Albuerą odznaczył się też szef szwadronu Telesfor Kostanecki. Wcześniej dzięki jego odwadze i przytomności Polacy uchronili się od zupełnej klęski pod Yevenes, zawinionej zresztą przez brak ostrożności i lekkomyślność Konopki. „Kilka godzin wymykał się Hiszpanom, zaciekle kontratakując i manewrując wśród nieprzyjacielskich oddziałów” – pisał o Kostaneckim Andrzej Nieuważny.

Jak stwierdza Waldemar Łysiak we wstępie do pamiętników Kajetana Wojciechowskiego, lansjerzy nadwiślańscy byli w czasach napoleońskich cenieni wyżej od szwoleżerów, ale znaleźli się w ich cieniu za przyczyną Somosierry… 

Marian Kukiel uważa, że odpowiednikiem Somosierry dla piechoty była obrona nadmorskiego fortu w Fuengiroli. Dowodził nią, mając 150 żołnierzy z 4. pułku piechoty Księstwa Warszawskiego, kpt Franciszek Młokosiewicz. Fort atakowany był 14 i 15 października 1810 r., od morza i od lądu, przez Anglików i hiszpańskich partyzantów. Intensywnie ostrzeliwany z armat (tak, że mury zaczęły się kruszyć), odpowiedział ogniem z niemal zabytkowych dział. Do fortu przedarł się oddziałek por. Eustachego Chełmickiego. Obrońcy pod jego dowództwem dokonali udanego wypadu. „Bez wystrzału wpadł na nieprzyjacielską baterię z bagnetem w ręku i mimo oporu batalionu nieprzyjacielskiego, który jej bronił, opanował znajdujące się w niej działa, ubiwszy wielu Anglików” – relacjonował Młokosiewicz. Ostatecznie, wraz z żołnierzami z odsieczy, obrońcy fortu rozbili dużo liczniejszych Anglików i wzięli do niewoli ich dowódcę lorda Blayneya. Szabla tego ostatniego trafiła jako trofeum do Muzeum Czartoryskich.

Niższe szarże

Pamięć łaskawsza jest dla wodzów, generałów i oficerów niż dla niższych szarż. Przypomnijmy tych „mniejszych” bohaterów. 

W walkach nad rzeką Salzach strzelec konny Trandowski, żołnierz Legii Naddunajskiej – idąc o zakład z kolegą „o halbę wina” – porwał księcia Lichtensteina sprzed frontu jego brygady. Pod Hohenlinden strzelec konny Jan Pawlikowski wraz z francuskim szaserem, po zabiciu dwóch oficerów, „zniósł samowtór całą kompanię wroga, biorąc 57 żołnierzy do niewoli”, jak pisze Kukiel.

Z kolei wachmistrz krakusów Franciszek Godlewski zdobył sztandar pułku kozaków gen. Grekowa pod Strahwalde. Napoleon, zdumiony konikami, których dosiadali krakusi, powiedział do księcia Poniatowskiego: „Właśnie oglądałem pańską jazdę pigmejską. Muszę mieć 3000 podobnej”. Od pierwszego Godlewski dostał Legię Honorową, od drugiego Virtuti Militari. 

Zaś szwoleżer Michał Wilczek (późniejszy oficer Królestwa Polskiego, który popełnił samobójstwo w proteście przeciw szykanom stosowanym przez wielkiego księcia Konstantego) jako 16-letni żołnierz wsławił się, wkrótce po Somosierze, zdobyciem pod Madrytem hiszpańskiej armaty. 

O cztery lata młodszy od niego był dobosz Markowski służący w 12. pułku piechoty Księstwa Warszawskiego, atakującym szaniec austriacki pod Górą. „Po zbliżeniu się naszem pod ów szaniec – wspominał Antoni Białkowski, oficer pułku – robiono rozporządzenia całego ataku. Markowski, zrozumiawszy na jakie punkta atak był wymierzonym, wymyka się w bok i przebiega wokoło szańca. Skoro usłyszał odgłos ataku, wskakuje sam jeden na szaniec i bębni co siły do ataku. Naturalnie nieprzyjaciel z rezerwą pospiesza na odgłos bębna, gdy tymczasem jeden dobosz tam całą siłę stanowi. Za czyn tak śmiały i pełen dobrego planu otrzymał Markowski natychmiast krzyż srebrny polski”. Wśród niższych szarż należałoby też wymienić Joannę Żubrową. 

Jako sierżant 2. pułku piechoty Księstwa Warszawskiego wyróżniła się męstwem w walce o Zamość w 1809 r. Upamiętnił ją w poczytnej powieści „Huragan” Wacław Gąsiorowski. „Ujęła swój karabin za lufę i jakby cepem młócić zaczęła na lewo i prawo, wołając głosem chrapliwym: Za mną smyki! Jest furtka! Niech żyje cesarz! Precz, białe króliki! Kości poprzetrącam”. Jako dzielnego żołnierza wymienił ją w liście do księcia Poniatowskiego gen. Pelletier. Została pierwszą kobietą odznaczoną orderem Virtuti Militari. 

Zapisał się też w historii wojen napoleońskich anonimowy bohater z dywizji Dąbrowskiego. Gdy w lodowatej wodzie saperzy budowali mosty przez Berezynę, przejeżdżający nad rzeką oficer Maciej Rybiński wyraził głośno współczucie dla tej samobójczej pracy. Wtedy z wody odezwał się ktoś po polsku: „tak, my zginiemy, ale armia przejdzie”...