Człowiek za burtą! Człowiek za burtą! Przechodzę korytarzem, gdy z kajuty obok wybiega poruszony starszy pan. Tłumaczy mi, że wyglądał przez okno, kiedy ktoś przeleciał mu przed nosem. Zawiadamiam mostek i szefa ekspedycji. „Jamał” powoli zwalnia, a my gorączkowo próbujemy ustalić, kogo na pokładzie brakuje. To dopiero drugi dzień mojej pierwszej wyprawy na biegun. Nie znam jeszcze statku ani większości pasażerów, oni też się nie znają. Przez głośniki słychać prośbę z mostku, aby wszyscy wrócili do kajut. Pukamy do drzwi i staramy się zlokalizować te, zza których nikt nie odpowie. „Jamał” zdążył się już zatrzymać, tyle że wcześniej mknęliśmy z prędkością 16 węzłów, więc droga hamowania miała długość ok. dwóch kilometrów. Zaczynamy zawracać. Każda minuta manewrów gasi nadzieję na uratowanie temu komuś życia. Jesteśmy na Morzu Barentsa, wokół nas unosi się dużo brył lodu, a temperatura wody nie przekracza 2 st. C. Ktokolwiek to był – jeżeli nie zginął, uderzając o powierzchnię lub nie został wciągnięty przez potężne śruby – może w takich warunkach przeżyć maksymalnie kilkanaście minut. W końcu podchodzi do nas grupka ludzi. Mówią, że podczas kolacji jedna z pasażerek zachowywała się dziwnie. Proszą, żebyśmy poszli sprawdzić. Faktycznie, nikt nie odpowiada na pukanie. Otwieramy jej kajutę zapasowym kluczem – okno otwarte, nie ma nikogo.

Zatrzymujemy się w miejscu, gdzie to się musiało stać. Minęło 20 minut. Rozglądamy się uważnie, ale wśród lodowych brył trudno cokolwiek wypatrzyć. W końcu widzimy coś w oddali. Spuszczamy szalupę ratunkową. Szybko płynie w stronę unoszącego się na wodzie ciała w białej koszuli. Udaje nam się je wydobyć. Szalupa wraca na statek, a pokładowy lekarz schodzi po trapie. Schodzi bardzo powoli. Właśnie ten jego spokojny chód najbardziej zapadł mi w pamięć. Nasz lekarz Władimir jest specjalistą od medycyny katastrof. Za każdym razem gdy dzieje się coś złego – wybucha bomba w moskiewskim metrze albo terroryści zajmują szkołę w Biesłanie – Rosja wzywa Władimira. Jest mądry, opanowany i ma ogromne doświadczenie. Wiedział doskonale, że ta osoba nie miała szans przeżyć.

Pasażerka okazała się Austriaczką. Analiza zostawionego przez nią pamiętnika potwierdziła, że to było samobójstwo. Dlaczego ktoś wykupuje wycieczkę na biegun północny za 25 tys. dolarów, a później odbiera sobie życie w dwa dni po wyjściu z portu – na zawsze pozostanie dla mnie zagadką. Mijaliśmy akurat Ziemię Franciszka Józefa, więc ciało dostarczyliśmy do bazy lotniczej Nagurskoje na Ziemi Aleksandry, jednej z największych wysp archipelagu. Dzięki temu mogliśmy kontynuować podróż, ale cień tragedii towarzyszył nam do końca.

Choć mój pierwszy kontakt z archipelagiem okazał się tak smutny, a wspomnienie o tej tragedii towarzyszy mi tu zawsze, Ziemię Franciszka Józefa na przestrzeni dziejów zwykle witano z ogromną ulgą: jako obietnicę ocalenia.

Zazwyczaj docieram tu od północy, w drodze powrotnej z bieguna. Główny cel podróży mamy już za sobą i możemy się odprężyć. Wszyscy cieszą się na spotkanie z lądem. Wreszcie można spuścić na wodę zodiaki i poznać nieco żywszą Arktykę. Z daleka Ziemia Franciszka Józefa wydaje się nie do pomylenia z żadnym innym lądem. Jej wyspy są bardzo charakterystyczne: pionowe zbocza i płaskie wierzchołki. To dlatego, że przez większość geologicznej historii cały archipelag przygniatał ogromny lodowiec. Teraz powoli się wznosi, co widać w wielu miejscach. Słynni podróżnicy, tacy jak Fridtjöf Nansen i Walerian Ałbanow, porównywali wyspy archipelagu do wyniosłych zamków, właściwie z niczym innym porównać się ich nie da.

Dopływamy tu drugiego dnia po wyjściu z lodów wokół bieguna. Wokoło pływa sporo lodowych brył, ale nie jest to już ten zwarty pak, przez który się przedzieraliśmy wcześniej. Pierwsze lądowanie planujemy na przylądku Norwegia na Wyspie Jacksona, ale lodu jest za dużo i zodiaki nie miałyby jak dotrzeć do brzegu. A zatem helikopter. Najpierw ruszamy na rekonesans, żeby sprawdzić, czy nie ma w pobliżu niedźwiedzi. Gdyby w zasięgu wzroku był jakiś, lądowanie byłoby niemożliwe. Podobnie rzecz się ma z częstą w Arktyce mgłą. Nie możemy ryzykować, że jakiś niedźwiedź podejdzie do nas niezauważenie. W końcu małymi grupkami lądujemy w osłoniętej zatoczce. Jest wilgotno i widać niewiele, ale to miejsce należy do najważniejszych, jakie zamierzamy odwiedzić. Tutaj Fridtjöf Nansen i Hjalmar Johansen spędzili zimę 1895/1896 roku, gdy wracali ze słynnej wyprawy na biegun. Podziwiamy mizerne resztki ich kwatery – sami nazywali ją pieszczotliwie dziurą. Niewielkie zagłębienie, wokoło kilka kamieni i pozostałości słupa, na którym rozciągali skóry morsów, żeby mieć dach nad głową. Nie do pozazdroszczenia.

 

Plaża kamiennych kul

Zbliżamy się do Przylądka Hellera. Zimę 1898/1899 spędziło tu dwóch Norwegów: Paul Bjørvig i Bernt Bentsen. Byli członkami wyprawy zorganizowanej przez Waltera Wellmana, amerykańskiego dziennikarza, który postanowił dotrzeć tamtędy na biegun północny. Jesienią na Przylądku Hellera zbudowali kamienną chatę i zdeponowali zapasy potrzebne na planowaną w następnym roku główną część ekspedycji. Norwegowie zostali na miejscu, żeby przez zimę pilnować dobytku, a reszta wróciła na wyspę Hall.

Strażnicy mieli pod dostatkiem pożywienia i tytoniu, więc ich zadanie mogło być monotonne, ale nie niebezpieczne. Niestety już w listopadzie Bentsen zachorował, a na początku stycznia zmarł. Pragnął, by jego ciało nie trafiło w łapy niedźwiedzi. Paul nie mógł wykopać grobu. Wszystko skuł lód i przykryła gruba warstwa śniegu. Spędził więc zimę w pomieszczeniu, które właściwie było śnieżną jamą, gdzie temperatura nie dochodziła do zera, w zupełnych ciemnościach, śpiąc w jednym śpiworze, podczas gdy obok niego, w drugim śpiworze, leżały zamarznięte zwłoki Bentsena! Kiedy Wellman i jego towarzysze pod koniec lutego dotarli do chaty, Wellman zapisał w dzienniku: „Zdumiało mnie, że Bjørvig wciąż jest przy zdrowych zmysłach”. Razem pochowali zmarłego i ruszyli na biegun. Już w marcu musieli zawrócić, ponieważ większość psów wraz z zapasami zniknęła pod lodem, a Wellman złamał nogę.

I właśnie do tej chaty prowadzi nas Laurie. Niesamowite, jak jest niewielka. W całej Arktyce nie można wchodzić do pozostałości historycznych budynków ani ich dotykać, więc obchodzimy ją dookoła, odwiedzamy grób Bentsena i wracamy na statek. Niezwykłe miejsce.

Następne dorównuje mu niesamowitością. Kierujemy się na Wyspę Champa znaną z zadziwiających głazów. Na całym świecie jest tylko kilka takich miejsc, w których kumulujące się w miękkim mule osady wytworzyły idealnie okrągłe kule. Największa ma około trzech met rów średnicy, ale zdarzają się tam także kulki wielkości ziarnka cieciorki. W 2007 roku przyszedł nagle z Moskwy nakaz zabrania największego i najokrąglejszego z głazów. I nie pomógł sprzeciw ówczesnego szefa wyprawy. Do kapitana zadzwonił ktoś „z samej wierchuszki” i nie było wyjścia – głaz został z Arktyki wykradziony. Jest teraz gdzieś w kontynentalnej Rosji. Na szczęście kilka jeszcze zostało.

Z patykiem na niedźwiedzia

Następnego dnia płyniemy dalej. Choć Ziemia Franciszka Józefa to 191 wysp, około  85 proc. jej powierzchni stale pokrywa lód. Archipelag usytuowany jest na północny wschód od Svalbardu, a jego północny kraniec (przylądek Fligely na Wyspie Rudolfa) jest najdalej w tym kierunku wysuniętym kawałkiem Europy. Dzieli go od bieguna ok. 900 km. Bliżej są tylko krańce Grenlandii i kanadyjska wyspa Ellesmere. Nie dociera tu już żadna odnoga Golfsztromu, więc woda morska przez okrągły rok ma temperaturę 1°C. Oznacza to, że również w lecie większość przestrzeni oddzielającej wyspy pokrywa albo zwarty pak, albo gęsto usiane bryły lodu. Możliwości lądowania są zawsze ograniczone, dlatego odwiedza się właściwie tylko kilka miejsc. Ale właśnie dzięki temu niemal każde z lądowisk jest z różnych względów ciekawe i ma bogatą historię – dawni zdobywcy napotykali na dokładnie te same ograniczenia. Siłą rzeczy co chwila natykamy się na pamiątki po nich.

Jednym z miejsc odwiedzanych najczęściej jest Tichaja Buchta, czyli Cicha Zatoka na Wyspie Hoockera. Na brzegu stoją pozostałości po rosyjskiej stacji meteorologicznej, która działała tu od 1929 do 1963 roku. Latami żyły tu całe rodziny. Przed lądowaniem trzeba zajrzeć do każdego z nich: sprawdzić, czy przypadkiem nie postanowił się tam schować jakiś miś. Nie zazdroszczę marynarzom, którym przypada to zadanie. Race wprawdzie odstraszają niedźwiedzie, ale trzeba je odpalić i odpowiednio wycelować. Można sobie wyobrazić, jak zareaguje niedźwiedź, kiedy raca wyląduje za nim, a jedyna droga ucieczki wiedzie w naszą stronę. Uciekanie przed niedźwiedziem nie ma wielkiego sensu. Potrafią biegać dużo szybciej niż my. Należy się zbić w ciasną gromadę, żeby go nie kusił żaden samotny cel, i zacząć spokojnie się oddalać. Uciekające zwierzę jest dla drapieżnika prowokacją, której przepuścić nie sposób. Gdyby postanowił się zbliżyć, należy spróbować go odstraszyć, a dopiero kiedy nic nie zadziała, można do niego strzelać.

Kilka lat później poznałem legendarnego badacza niedźwiedzi polarnych Nikitę Owsianikowa. Pracuje z nimi od 25 lat i nigdy nie nosi broni. Ma tylko patyk i gaz pieprzowy, którego prawie nie używa. Obserwuje niedźwiedzia ze świadomością, że przede wszystkim jest to inteligentne, ciekawskie zwierzę, które na pewno nie chce ryzykować zranienia, więc jest też ostrożne. Bliskie spotkanie miał ponad  2000 razy, a zaatakowany został tylko cztery, zawsze z własnej winy, bo zrobił coś głupiego. Inne problemy rozwiązywał, przekonując zwierzęta, że nie warto z nim zadzierać. Ten drobny facet mawia, że najlepsze, co można zrobić, kiedy się stoi naprzeciw szarżującego niedźwiedzia, to wybiec mu naprzeciw.

 

Turyści i mój rosyjski anioł stróż są kilkanaście metrów dalej, za to tuż obok jest kolonia alczyków, moich ulubionych arktycznych ptaków. To takie arktyczne pingwiny, które nie utraciły zdolności latania. Oczywiście nie są to pingwiny w sensie dosłownym, nie są z nimi nawet blisko spokrewnione. Podobny tryb życia sprawił, że wyglądają podobnie, chociaż ewoluując w świecie pełnym drapieżników, nie mogły sobie pozwolić na całkowitą rezygnację z latania – jakoś muszą się dostawać na strome skały, na których większość z nich się gnieździ.

W pewnym momencie pojawia się mgła. Musimy przerwać operację i wrócić na plażę. Zaganiamy pasażerów z powrotem. Mijamy krzyż upamiętniający Gieorgija Siedowa, słynnego rosyjskiego polarnika, który zimował tu w latach 1913–1914, kiedy jego statek – Święty Męczennik Foka – wyczerpał zapas węgla i nie mógł popłynąć dalej. To on nadał temu miejscu nazwę Cicha Zatoka i to on, pomimo postępującego szkorbutu, rozpoczął systematyczne obserwacje meteorologiczne, które później zmotywowały Rosjan do wybudowania stacji. Wiosną 1914 r. wyruszył na podbój bieguna północnego, ale dotarł tylko do Wyspy Rudolfa. Umarł tu i został pochowany. Jego statek na resztkach węgla cofnął się do miejsca, które będzie naszym kolejnym celem, do przylądka Flora. Załoga porąbała tam wszystkie historyczne chaty i niektóre części statku na paliwo do kotłów parowych, by móc wrócić do domu. Ot, kolejna arktyczna historia.

Kolosy z kością w prąciu

Przechodzimy między budynkami dawnej stacji i jesteśmy na plaży. Okazuje się, że nie tylko my tu przybyliśmy – przy zacumowanych zodiakach pływa stado morsów! Na szczęście nie są agresywne, choć z morsami nigdy nic nie wiadomo. Jak napisał Walerian Ałbanow, „trudno uznać niedźwiedzie polarne za przyjazne stworzenia, ale jeśli je porównać z morsami, można je uważać za praktycznie niegroźne”. Morsy, nie dość że są większe od niedźwiedzi, to jeszcze działają w grupie. W wodzie nawet misie ich unikają, a na lądzie wyłącznie doświadczone i ogromne samce są w stanie na nie zapolować.

Największe samce morsów mogą mieć 5 m długości i ważyć ponad dwie tony. Zarówno samce, jak i samice mają kły, choć u samców są znacznie większe. Żyją w stadach i łączą je silne więzi. Niestety kiedyś człowiek okrutnie to wykorzystywał. Wystarczyło schwytać młodego i dźgać go lancą, a rozpaczliwe okrzyki ściągały na pomoc całe stado. Jeszcze 200 lat temu łowcy morsów wabili je w ten sposób w miejsca oddalone od brzegu, gdzie spokojnie mogli wszystkie wymordować. Wciąż się na morsy poluje, ale po kilku stuleciach prześladowań ich populacje stopniowo się odbudowują.

Choć morsom zdarza się polować na foki, zwykle żerują w mulistych osadach, poszukując bezkręgowców za pomocą wrażliwych wąsów. Jeśli znajdą zamkniętego małża, otaczają go mięsistymi wargami i wysysają. Podciśnienie, które potrafią wytworzyć w pysku, jest tak silne, że znane są przypadki wysysania mózgu młodych fok przez ich delikatną czaszkę! Jeśli weźmiemy pod uwagę, że mors jest również dumnym posiadaczem największego bakulum (kości prącia) w świecie zwierząt, nie będziemy mieć wątpliwości, z jakim twardzielem mamy do czynienia. Kość ta może mierzyć ponad 60 cm (Piotr Wielki miał stołek, którego nogi zrobiono z kości morsich siusiaków), a u jednego z wymarłych gatunków morsa osiągała ponad metr! No i jeszcze skóra – tak gruba, że wikingowie robili sobie z niej tarcze.

Skała srających ptaków

Następne miejsce to wystająca z wody słynna pionowa skała Rubini, dom największej kolonii ptaków morskich na archipelagu. Jest ogromna, a regularne formy bazaltu tworzą na jej stromych ścianach wąskie półki, idealne dla ptaków. Z oczywistych względów zawsze należy mieć na głowie czapkę i nigdy, przenigdy nie należy patrzeć do góry z otwartymi z podziwu ustami. Gnieździ się tu około siedmiu tysięcy par nurzyków polarnych, pięć tysięcy par mew trójpalczastych, a na łagodniejszych kamienistych stokach skały żyją jeszcze dwa tysiące par alczyków. Do tego trzeba dodać nurniki zwyczajne, mewy blade i fulmary zwyczajne. Łącznie ponad 30 tys. ptaków. Zgiełk przytłacza nas fizycznie.

Choć tutejsze ptaki są fascynujące, a ja jestem biologiem, najbardziej ciekawi mnie skała, na której mieszkają. Możemy jej się przyjrzeć dokładnie, bo nasz doświadczony kapitan, wykorzystując bezwietrzną pogodę i spokojną wodę, podpływa coraz bliżej. Dzieli nas dosłownie parę metrów, a mimo to statek wciąż zbliża się do lśniącej ściany. Oczywiście jeśli coś tak ostro wystaje z wody, to na ogół równie ostro pod nią znika, więc przy samej skale wciąż jest bardzo głęboko. Choć to wiem, przyglądam się naszym manewrom z rosnącym podziwem i zdumieniem. Zostały jeszcze dwa metry, metr… W końcu stajemy, i to tak blisko, że turyści robią sobie zdjęcia, dotykając czarnej powierzchni! To jeden z najbardziej precyzyjnych manewrów, jakie widziałem. Tłum głośnym krzykiem wyraża podziw i wdzięczność.