Gdy zimą 1943 roku Krystyna Krahelska pisała słowa przeznaczonej dla kolegów z konspiracji piosenki „Hej chłopcy, bagnet na broń!”, nie wiedziała jeszcze, kiedy wypełnią się zawarte tam słowa: „Bo kto wie, czy to jutro, pojutrze czy dziś,/ Przyjdzie rozkaz, że już, że już trzeba nam iść!”. Niemcy wprawdzie zostali odepchnięci od Stalingradu, ale Wehrmacht wciąż jeszcze tkwił daleko na wschodzie, na Zamojszczyźnie rozpoczęła się wywózka dzieci, a w Warszawie okupant panoszył się, organizując wielkie łapanki.

ŁOPOT SPÓŹNIONEGO PTAKA

Krahelska nie bała się jednak napisać z - zupełnie nieprzystającymi do tego, co działo się wówczas - optymizmem i nadzieją: „Nowa Polska zwycięska jest w nas i przed nami/ W równym rytmie marsza - raz, dwa, trzy!”. W tej buńczucznej na swój sposób, ale mającej niesamowity ładunek optymizmu piosence nie ma jednak słowa, które nierozerwalnie związane jest z wojną. Autorka nie pisze o śmierci. I kiedy dziś patrzy się na fotografie młodych i uśmiechniętych powstańców, widać, jak dobrze Krahelska znała tych o kilka lat od siebie młodszych ludzi. Potrzebowali tekstu dającego wiarę, a o tym, że mogą umrzeć, i tak dobrze wiedzieli. Czy wiedziała to też sanitariuszka 1108. plutonu dywizjonu „Jeleń” 7. Pułku Ułanów Armii Krajowej Krystyna Krahelska „Danuta”? Z pewnością, bo 1 sierpnia 1944 roku jej oddział ruszał do szturmu na Dom Prasy, siedzibę redakcji okupacyjnego „Nowego Kuriera Warszawskiego”.

Nie była rodowitą warszawianką. Do stolicy przyjechała na studia. Był rok 1932, a więc urodzona 24 marca 1914 roku panna Krahelska dopiero co wkroczyła w dorosłość. Jej ojciec Jan Krahelski był inżynierem, oficerem, przez sześć lat wojewodą poleskim. Matka Janina Bury z wykształcenia była biologiem. Krahelska, wyprowadzając się z rodzinnego majątku Mazurki w powiecie Baranowicze na Nowogródczyźnie, nie miała zamiaru pójść ani w ślady ojca, ani matki. Jako kierunek studiów wybrała sobie geografię i historię, by później zainteresować się etnografią. „Opowiadała chętnie o swoich stronach, o ludziach, a opowieści były przeplatane lokalnymi autentycznymi powiedzeniami (...). Jej słownik odznaczał się swoistym regionalnym kolorytem. Posiadała dar bezpośredniej, czujnej obserwacji życia oraz wielką umiejętność podpatrywania natury”- wspominała jej koleżanka ze studiów Irena Karpińska we wstępie do zbioru wierszy Krahelskiej „Smutna rzeka”. Bo wiersze Krahelska pisała od zawsze. „Śniłeś, że wiatr gorący uderza o drzewa,/ Że łopoce w gałęziach jakiś ptak spóźniony./ Między liście kroplami szeleści ulewa/ I gnie ku brzegom drogi konary jesionów”. Ten fragment pochodzi z wiersza zatytułowanego „Do Ireny K.” i rzeczywiście dedykowany jest przyjaciółce. Irena dostała od Krahelskiej rękopis tego utworu zatknięty w tomiku, który wydała własnym sumptem, zauważając: „Wydanie nakł. aut. podłe. Brak czasu. Chęci i życzenia dużo lepsze”.

Czytaj także:  W centrum Warszawy, na dawnym cmentarzu, gdzie chowano zdrajców i sprzedawczyków, od 80 lat stoi budynek, który przetrwał wszystkie burze historii. Był miejscem zjazdów młodzieży, kinem, wodewilem, burdelem, teatrem. Zniszczyć go może dopiero kapitalizm

W czasie wojny Krystyna pisała też wiele listów. Do brata Bohdana, który walczył w bitwie o Anglię, ale też do Stanisława Wujastyka - swojej pierwszej (i jedynej), jednak nieodwzajemnionej miłości. W jednym z listów do Stacha napisała: „...wielu z nas nie dorachujesz się po powrocie, lecz nie w tym sęk. Żyjemy jakoś, ja wcale nieźle jak na wojenne czasy. Człowiek nigdy nie wiedział, ile zdoła wytrzymać i znieść. Przestrzeń i czas nie dzielą, jest między ludźmi jakieś poczucie bliskości i dobroci - dające trwać i przetrwać niejedno”.

I DAJ NAM ŚMIERĆ ŻOŁNIERSKĄ

Szturm na Dom Prasy zaczął się kilkanaście minut po siedemnastej. Od ulicy Polnej 46, gdzie mieli zbiórkę powstańcy z oddziału Krahelskiej, ruszyło natarcie blisko pięćdziesięciu ułanów. Wśród nich i Krystyna. Ogień ! był tak silny, że na dziedziniec szturmowanego budynku udało się przedrzeć jedynie dwóm

żołnierzom. Pluton zaczął wycofywać się w kierunku Pola Mokotowskiego. Tam znowu został ostrzelany. W rejon politechniki dotarło tylko siedmiu ludzi. Reszta została na bruku ulicy Polnej i pobliskim Polu. Przy jednym z rannych, po tym, jak opatrzyła już kilku innych kolegów z oddziału, zatrzymała się sanitariuszka „Danuta”. Wysoka i postawna kobieta nie zważała na to, że jest łatwym celem dla snajperów. Próbowała pomóc, ale sama została trafiona. Kule ugodziły ją w klatkę piersiową. Szturm na dzielnicę policyjną ostatecznie się załamał, ale ciężko ranną poetkę udało się - mimo wciąż silnego ostrzału i jej próśb, by ci, którzy przyszli na pomoc, zostawili ją i ratowali siebie - przetransportować jakoś do szpitala powstańczego na Polnej 34. Tam zajęli się nią lekarze. Było krótko po 18. Pierwszego dnia warszawskiej wolności, o którą tak prosiła w lipcu 1944 roku: „Chryste Panie z przydrożnych połamanych krzyży/ Daj nam, Chryste przydrożny, silną wolę życia!/ I daj nam śmierć żołnierską - jeśli umrzeć trzeba./ Poprzez ciemność i burze daj nam iść najprościej/ Drogą do nowej Polski, drogą do wolności”.

„Leżała na zasłanym łóżku do przewożenia chorych. Od razu zorientowałam się, że dziewczyna jest w ciężkim stanie. (...) Dr Barcikowski polecił mi zrobić zastrzyk dożylny z glukozy. Chociaż stan był bardzo ciężki, była przytomna. Powiedziała »nazywam się Krystyna Krahelska«. Zaczęła się agonia, która zakończyła się śmiercią około 1 lub 2 w nocy” - wspominała Maria Trechcińska wówczas Rodys, którą na potrzeby książki „Krystyna Krahelska. Obudźmy jej zamilkły śpiew” odnaleźli autorzy Maria Marzena Grochowska i Bohdan Grzymała-Siedlecki.

„I niech wam drogie »Dzieci Warszawy« ta ziemia o której wolność walczyliście lekką będzie...” - 13 sierpnia w powstańczej gazecie „Barykada” takimi słowami pożegnano Krahelską i innych poległych. Autor tego nekrologu nazwał ją, przyjezdną, „dzieckiem Warszawy”.

Jej matka Janina Krahelska mówiła potem, że to dobrze, iż jej córka zginęła nie w walce, ale niosąc pomoc drugiemu człowiekowi.

 

PIĘKNA DUMNA SŁOWIANKA

Twarz Krystyny Krahelskiej, jej sylwetkę, powinien znać właściwie każdy, kto choć raz widział warszawską Syrenkę. Bo ta przyjezdna dziewczyna stała się symbolem miasta...

Jeszcze jako podlotek bywała ze swoją ciotką u jej przyjaciółki z czasów studiów w Szkole Sztuk Pięknych - rzeźbiarki Ludwiki Krasowskiej-Nitschowej. Artystka była zachwycona Krysią. Jej słowiczym głosem (goście Nitschowej uwielbiali prosić ją o śpiew - niestety nie zachowało się żadne nagranie) i jej wyjątkową urodą. Jeszcze trzy lata przed wybuchem wojny rzeźbiarka dwa razy prosiła Krystynę o pozowanie. I właśnie jedną z tych rzeźb - gipsowych odlewów dziewczęcej głowy - zachwycił się w 1936 roku prezydent Warszawy Stefan Starzyński. Niewykluczone, że właśnie wtedy artystka zobaczyła w niej postać idealnie odpowiadającą projektowanemu wówczas pomnikowi, który miał stać się symbolem miasta. Był to czas, kiedy urzędnicy ustalali, co będzie godłem stolicy. I choć pomysłów było wiele, zwyciężyła legendarna Syrena, która - według podania - za pomoc w ucieczce z niewoli obiecała synowi rybaka, że zawsze, kiedy zajdzie potrzeba, stanie w obronie miasta. Zadanie wykonania monumentalnej Syreny dostała właśnie Ludwika Nitschowa. Krahelska była idealną kandydatką na modelkę: wysoka, o dumnej, wyprostowanej sylwetce, jasnowłosa, zielonooka. Miała typowo słowiańskie rysy. Rzeźbiarka wspominała: „Chodziła ulicami warszawskimi prosta, wysoka, jaśniejąca uśmiechem wewnętrznej młodzieńczej radości i siły, gotowa na wszystko, co uczciwe, sprawiedliwe i piękne”.

O pierwszych wrażeniach na widok pomnika Syreny pisała w swoich „Dziennikach” Maria Dąbrowska: „Dobra jest twarz, a zwłaszcza uśmiech tragiczno-egipski. Pozowała do tego pomnika Krysia Krahelska, córka wojewody. Piękna jak syrena i śpiewa jak syrena”. Sama dziewczyna nie od razu uległa prośbom rzeźbiarki o bycie modelką i nawet przed przyjaciółmi, jak długo się dało, ukrywała to wyjątkowe zadanie.

Pomnik odsłonięto 29 czerwca 1939 roku. Był to ostatni odsłonięty w II Rzeczypospolitej monument. Udało mu się przetrwać wojnę. Po niej odrestaurowano go, maskując przestrzeliny, ale uczyniono to bez zdejmowania Syrenki z cokołu.

PAMIĘĆ

Kiedy 1 sierpnia na warszawskich Powązkach oddaje się hołdy powstańcom, na niewielkim cmentarzu na Służewie także palą się znicze (zaraz po wojnie ciało Krahelskiej ekshumowano i z ul. Polnej, gdzie w ogrodzie jednej z posesji pogrzebano jedenastu poległych, przeniesiono na służewski cmentarz przy kościele św. Katarzyny).

O grobie Krahelskiej nie zapominają młodzi, którzy ubrani w harcerskie mundury przechodzą przez kręte i ciasne ścieżki między mogiłami do skromnego pomnika poetki, harcerki, sanitariuszki, warszawskiej Syrenki. Dziś jest patronką medalu nadawanego przez Towarzystwo Przyjaciół Warszawy - odznaczenia nadawanego „za ocalenie od zapomnienia bohaterstwa żołnierzy i ludności cywilnej w Powstaniu Warszawskim 1944 r.”.