Czytanie dosłownie rzeźbi ich strukturę neuronową w sposób, którego nie są w stanie zastąpić nawet najbardziej zaawansowane aplikacje. Ale to też nie tak, że chodzi o samą czynność, bo kluczowa jest tu pasja. Szkoła raczej nam jej nie daje, więc ważne jest, by to rodzice rozbudzali w dzieciach miłość do książek od najmłodszych lat, dając im tym samym narzędzia, które będą kształtowały ich intelektualną przyszłość.
Wszystko zaczyna się od dziecka
Czytam, odkąd pamiętam. W moim rodzinnym domu zawsze było dużo książek, więc obcowanie z nimi przyszło mi naturalnie. Wychowywałam się też na wsi, a te przeszło dwadzieścia lat temu nie było znanych dzisiaj rozrywek. Pozostawały więc książki, najczęściej wypożyczane z lokalnej biblioteki. Byłam takim molem książkowym, że czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce, ale z czasem zaczęłam zbaczać coraz bardziej w stronę fantastyki, która porwała moje serce zapewne gdzieś w okolicach Dwóch Wież albo Powrotu Króla.
I tak mi już zostało. Jasne, nie mam już tyle czasu na czytanie co kiedyś, ale wciąż mój miesięczny licznik przeczytanych książek oscyluje w okolicach 5-6 pozycji, co jest moim zdaniem niezłym wynikiem. Nawet szkole nie udało się zabić we mnie tej pasji, bo byłam na tyle dziwna, że lubiłam lektury. Tak, czytałam nawet Nad Niemnem i mi się podobało. Tak czy inaczej, książki odgrywają bardzo ważną rolę w moim życiu od dziecka, a nauka potwierdza, że tak właśnie powinno być (cóż, dobrze wiedzieć, że robię coś dobrze).
Dlaczego lektura to „siłownia” dla neuronów?
Chociaż na każdym etapie życia czytanie niesie ze sobą pozytywne skutki, to jednak w dzieciństwie jest najważniejsze. Okres dojrzewania to moment, gdy mózg intensywnie się przebudowuje, zwłaszcza obszary odpowiedzialne za koncentrację, planowanie i kontrolę zachowań. Kluczową rolę odgrywa tu kora przedczołowa, kojarzona z funkcjami wykonawczymi, takimi jak podtrzymywanie uwagi i filtrowanie rozpraszaczy. Jeśli dziecko karmi się tylko krótkimi, cyfrowymi treściami, jego zdolność koncentracji może się skracać, co przekłada się na trudności w nauce, a w przyszłości również na problemy w pracy.
Tymczasem czytanie długich tekstów aktywuje procesy, które mózg nastolatka wciąż konstruuje: łączenie faktów, przewidywanie zdarzeń, wyłapywanie niespójności i aktywne budowanie znaczeń. W przeciwieństwie do pasywnych treści cyfrowych, czytanie wymaga wysiłku, a nagroda nie przychodzi od razu, w przeciwieństwie do rozrywki w sieci. Książka wymaga okresu koncentracji, zanim narracja nas wciągnie, ale ta „praca” procentuje. W pewnym momencie proces czytania przechodzi w tryb automatyczny i właśnie wtedy zaczyna się cała magia — mózg wchodzi w stan flow, a uwaga przenosi się z dekodowania słów na rozumienie świata przedstawionego. Innymi słowy, nasza wyobraźnia zaczyna działać w najlepsze i już nie jesteśmy tylko czytelnikiem. Stajemy się częścią historii i to jest w tym najpiękniejsze.
Trening empatii i tarcza przeciw dezinformacji
Na tym nie koniec zalet, bo jak twierdzą naukowcy, regularne czytanie wspiera rozwój poznawczy silniej niż jakikolwiek inny czynnik, wliczając w to poziom wykształcenia rodziców. Ogromne znaczenie ma oczywiście wybór lektur. Sięgając po fikcję literacką, zwłaszcza taką z niejednoznacznymi postaciami, możemy zanurzyć się w świecie złożonych relacji społecznych, co uczy nas interpretacji stanów emocjonalnych innych ludzi. Z kolei książki edukacyjne i informacyjne kładą większy nacisk na rozwój czystego rozumowania i logiki.

Co więcej, czytanie wzmacnia umiejętności krytycznego myślenia. Właśnie dzięki temu młodzi ludzie uczą się rozróżniać słabe argumenty od silnych, co w dzisiejszych czasach jest na wagę złota, gdy otacza nas coraz więcej fake newsów i dezinformacji. Rezygnacja z czytania to nie tylko strata hobby, to rezygnacja z potężnego narzędzia rozwoju obywatelskiego i krytycznego.
Ekrany dają nam szybkie emocje. Książki uczą, co z nimi zrobić
Badania neurobiologiczne nie pozostawiają złudzeń: czytanie to najlepszy „haker” mózgu, jakiego mamy pod ręką. Szkoda, że w pogoni za wynikami egzaminów szkoła często zapomina o tym, co najważniejsze – o czystej frajdzie z lektury, która jest paliwem dla rozwoju wyobraźni i empatii. Mój brat właśnie zdaje maturę i sporo rozmawiałam z nim na temat lektur, choć w moim przypadku były to raczej bardzo frustrujące rozmowy. Trochę już zapomniałam, jak to było w szkole, ale wspomnienia wróciły.
Ja lubiłam większość lektur, bo nawet w czymś, co dla innych było niekończącą się nudą, potrafiłam znaleźć coś ciekawego. Wydaje mi się, że fundamentalnym problemem z książkami w programie nauczania nie jest sam ich dobór, a sposób, w jaki się je omawia. Zaliczamy konkretne punkty – kto to, jakie ma motywacje, jakie były motywy w książce, itp. Wszystko to można przeczytać w byle jakim streszczeniu i po kilku razach zapamiętać. Zamiast tego lepiej byłoby prowadzić dyskusje, pozwolić uczniom wczuwać się w konkretne role, zrozumieć bohaterów, a nie tylko wykuć to, czego wymaga klucz odpowiedzi.
Skoro jednak szkoła nie chce uczyć tego, jak przyjemne jest czytanie, wszystko spoczywa w rękach rodziców. To oni muszą zaszczepić w dzieciach tego bakcyla i nauczyć je, że książki to coś, z czego nigdy nie powinny rezygnować. Jeśli jako społeczeństwo chcemy być odporni na manipulacje i zdolni do złożonego myślenia, musimy chronić pasję do książek tak samo, jak chronimy dostęp do internetu. Zamiast dawać dziecku smartfon, by „czymś się zajęło”, daj mu książeczkę z obrazkami, którą potem zamienisz na coś z większą ilością tekstu. Bo setki stron tekstu są przerażające tylko wtedy, gdy od razu skaczemy na głęboką wodę.
