Trump obiecuje powrót Ameryki na Księżyc w wielkim stylu. Tylko czy starczy pieniędzy?

20 lipca minęło pół wieku od chwili, gdy pierwsi ludzie wylądowali na Srebrnym Globie. Teraz NASA triumfalnie ogłasza, że tam wracamy. I tym razem mamy nie zmarnować tej okazji, tak jak to zrobiliśmy z sukcesem programu Apollo

Kiedy Neil Armstrong schodził po drabince modułu księżycowego „Orzeł”, aby „zrobić mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”, przyszłość rysowała się w pięknych barwach. Uruchomiono Arpanet – „ojca” internetu, w powietrze uniósł się naddźwiękowy Concord, a Boeing 747 Jumbo Jet odbył swój pierwszy lot z dziennikarzami i fotoreporterami na pokładzie. Prezydent Richard Nixon bez emocji patrzył na budynki Watergate, Jimi Hendrix miał zagrać na Woodstock, a Seiko pokazało pierwszy zegarek kwarcowy. Napędzana wyścigiem mocarstw technologia rozwijała się w oszałamiającym tempie. Nasza cywilizacja stanęła na progu ery kosmicznej. Przez te pół wieku nic się nie zmieniło.

Nadal stoimy na progu. Po Księżycu chodziło w sumie zaledwie 12 ludzi. Ostatni w 1972 roku – obecny szef NASA Jim Bridenstine nie może nawet tego pamiętać, bo urodził się trzy lata później. Teraz nie tylko nie mamy pieniędzy, żeby tam wrócić, ale nawet nie mamy rakiet i pojazdów.

ARTEMIDA, SIOSTRA APOLLINA

Dlatego gdy prezydent Donald Trump ogłosił program powrotu na Księżyc, jego zapowiedzi przyjęte zostały z przymrużeniem oka. Termin – 2028 rok – wydawał się nierealny. W końcu NASA nie tylko nie ma jeszcze pojazdu załogowego, ale nawet nie przetestowała wystarczająco potężnej rakiety, żeby wystrzelić na jej pokładzie ludzi. Mimo wysiłków prywatnych firm i NASA Ameryka nie potrafi wysłać ludzi nawet na stację orbitalną. Plan powrotu na Księżyc uznano za kolejny przejaw megalomanii Trumpa.

Ale w marcu wiceprezydent Mike Pence poinformował, że plany ulegają zmianie. Amerykanie wylądują na Srebrnym Globie za… pięć lat. Tak się składa, że w 2024 roku będzie dobiegać końca ewentualna druga kadencja Trumpa. „Pod moją administracją przywracamy NASA jej wielkość. Wracamy na Księżyc, a później lecimy na Marsa. Zwiększam budżet o 1,6 miliarda dolarów, żebyśmy mogli wrócić w kosmos w wielkim stylu!” – napisał na Twitterze Donald Trump.

Chwilę później Jim Bridenstine ujawnił, że nowy program lotów księżycowych ma już nawet nazwę: Artemis, czyli Artemida. W mitologii greckiej Artemida była boginią łowów,
płodności, śmierci i Księżyca. Do tego była bliźniaczą siostrą Apollina, którego imieniem nazwano oryginalny program lotów na Srebrny Glob. No i imię bogini świetnie pasuje do
misji, w której na Księżycu ma stanąć – uwaga – pierwsza kobieta. Pośpiech Trumpa wcale nie musi być zresztą czymś nagannym. Ambitne programy kosmiczne są obiektem szczególnego zainteresowania kolejnych prezydentów, którzy lubią zmieniać decyzje swoich poprzedników. Nowy program misji księżycowych o nazwie Constellation uruchomił George W. Bush w 2004 roku.

Gdy do Białego Domu wprowadził się Barack Obama, program ten został skasowany (w 2010 roku). Obama uznał, że był za drogi, a pieniądze wpompowano w projekty realizowane przez prywatne firmy. Warto wspomnieć, że gdyby nie decyzja prezydenta Obamy, ludzie już chodziliby po Księżycu. – To, czego teraz potrzebujemy, to przyspieszenie – mówił wiceprezydent Pence podczas spotkania National Space Council. – Nie dajcie się zwieść, mamy dziś taki sam wyścig
kosmiczny jak w latach 60. ubiegłego wieku. Ale teraz stawka jest nawet wyższa. Musimy za wszelką cenę zrealizować nasz cel.

 

GDY RZĄDZI EXCEL

Jaka jest ta cena? Budżet NASA na 2019 rok to ok. 21 miliardów dolarów. Ale aby sfinansować przyspieszenie prac nad nowym projektem, agencja potrzebuje więcej pieniędzy, dlatego poprosiła dodatkowo o ponad miliard dolarów. Jack Burns, astrofizyk z Uniwersytetu Kolorado, uważa, że to i tak niewielka suma, bo potrzeba blisko 2 mld dolarów. A żeby doprowadzić program księżycowy do szczęśliwego końca, roczny budżet NASA powinien sięgać 25 miliardów. Phil Larson, były doradca prezydenta Obamy ds. kosmicznych, uważa, że takie zwiększenie budżetu jest nierealne.

Na razie wiadomo tylko, że Trump zamierza znaleźć pieniądze w federalnym funduszu stypendialnym Pell Grants, który wspiera finansowo uczniów i studentów. Z pomocy
takiej w ubiegłym roku skorzystało 22 mln Amerykanów. Na co pójdą te pieniądze? Ok. 650 mln dolarów przyspieszy prace nad rakietą Space Launch System oraz kapsułą Orion. Miliard pochłonie przygotowanie lądownika. Drobna kwota posłuży opracowaniu robotów badających powierzchnię Księżyca. A za jedyne 132 mln dolarów agencja stworzy technologię zamiany lodu w księżycowych kraterach w wodę.

Jim Brindestine zapewnia, że przekierowanie funduszy nie zagrozi planom eksploatacji Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Wiadomo jednak, że prawdopodobnie opóźni budowę Gateway – planowanej nowej stacji, która ma umożliwić eksplorację Księżyca i Marsa. To pokazuje, że mimo politycznej woli prezydenta Trumpa, hamulcowymi są księ-
gowi. W połowie lat 60. XX wieku, gdy wyścig kosmiczny wszedł w najgorętszą fazę, NASA otrzymała najwięcej pieniędzy w historii. Dostała je, bo zapadła decyzja, że z Rosjanami trzeba wygrać. Wówczas agencja dostawała blisko 6 mld dolarów, co dziś odpowiada zawrotnej sumie 43 mld. Budżet agencji kosmicznej stanowił 4,5 proc. całego budżetu federalnego USA. W ostatnich latach NASA mogła liczyć na ok. 0,5 proc. budżetu USA.

Szacunkowe koszty programu Apollo to 20–25 mld dolarów, co po dzisiejszych „cenach” oznacza… 136 mld dolarów. W tym czasie na potrzeby podboju Księżyca NASA zatrudniała 34 tys. pracowników. Dziś cała amerykańska agencja kosmiczna to 17 tys. osób.

STARTUJE NOWY WYŚCIG

Gwałtowne przyspieszenie amerykańskiego programu wynika też z rozbudzonych ambicji innych państw. Ameryka nie tylko nie przoduje w tym wyścigu, ale wręcz ma problem z dotrzymaniem kroku czołówce. Chiny wysłały na Srebrny Glob roboty, udało im się wylądować – pierwszy raz w historii – na ciemnej stronie Księżyca, wkrótce przywiozą też z niego próbki. Indie dosłownie lada moment (w połowie lipca) wystrzelą misję Chandrayaan-2 z księżycowym zrobotyzowanym lądownikiem. Jeżeli plan się powiedzie, Indie staną się czwartym – po USA, Rosji i Chinach – państwem, które umie miękko wylądować na innym globie. Wcześniej ta sztuka nie udała się Izraelowi: pojazd Beresheet rozbił się w kwietniu podczas lądowania.

„Wszyscy teraz walą na Księżyc. To jakaś księżycowa gorączka, wszyscy się tym interesują” – pisze Keith Cowing, były pracownik NASA i redaktor serwisu nasawatch.com.
Amerykanie w tym wyścigu wcale nie mają atutów. Gigantyczna rakieta nośna SLS (Space Launch System), która miałaby wynieść załogowy pojazd, jest jeszcze niegotowa. Przygotowuje ją konsorcjum firm z Boeingiem na czele. Do niedawna NASA oceniała, że pierwszy lot testowy odbędzie ona w 2021 roku. Według dokumentów agencji, do których dotarł portal Ars Technica, wysłanie ludzi na Księżyc w 2028 roku (wg oryginalnego planu) wymagałoby 37 startów SLS. Nowy plan zakłada, że ludzie polecą, wylądują i wrócą już podczas… trzeciego startu nowej rakiety.

 

A prywatne firmy? SpaceX Elona Muska nie poradziła sobie jeszcze w konstrukcją kapsuły załogowej (ostatnia próba zakończyła się eksplozją), a sam Musk snuje plany załogowego lotu na Marsa. Z drugiej strony pracujący na zlecenie NASA Lockheed Martin, odpowiedzialny za budowę pojazdu Orion, też jest jeszcze niegotowy. Prywatnym przedsiębiorcom kosmicznym znakomicie idzie natomiast pokazywanie makiet. Ostatnią – lądownik księżycowy – pokazał Jeff Bezos, który dorobił się miliardów na sukcesie Amazona. Jego inna firma – Blue Origin – przygotowuje się do prywatnych lotów w kosmos. Ma już nawet własną rakietę o nazwie New Shepard. Tuż przed zapowiedziami Trumpa o powrocie na Księżyc Bezos zaprezentował tekturowy lądownik, który ma w środku cztery łaziki i wyrzutnię satelitów.

PÓŁ WIEKU MARZEŃ

Postawienie stopy na księżycowym regolicie miało być początkiem nowy ery. Astronautom gratulował papież Paweł VI, określając ich mianem „zdobywców Księżyca i jasnego
światła w ciemnościach”. Prezydent Nixon uznał misję Apollo 11 za „najwspanialszy tydzień w historii od momentu Stworzenia”, a Dalaj Lama mówił, że „otwiera się przed
ludźmi nowy wymiar rozwoju”. Ale znacznie ciekawsze są reakcje naukowców. Ówczesny szef NASA Thomas Paine przewidywał, że w 1990 roku wczasy na Księżycu będą równie dostępne, co loty odrzutowcami na inny kontynent. Podał nawet cenę – 5 tys. dolarów.

„Nie mam żadnych wątpliwości, że do 2000 roku będziemy mieli dużą bazę księżycową, ludzie wylądują na Marsie, a być może również polecą do planet zewnętrznych” – twierdził Werhner von Braun, niemiecki konstruktor rakiet i twórca programu kosmicznego USA. Amerykańska agencja kosmiczna miała zresztą dość sprecyzowane plany rozwoju. Dr George Mueller z NASA opisywał je tak: „Pod koniec tej dekady możemy, a ja wierzę że będziemy, regularnie odwiedzać Księżyc”. Zapowiedział też budowę stałej bazy księżycowej, w której energia reaktora atomowego zapewniałaby ciepło, powietrze i wodę dla stałej ludzkiej załogi. A ludzie mieli latać na Księżyc z przesiadką na stałej stacji na orbicie Ziemi.

Polityka kolejnych prezydentów USA przyniosła jednak wielkie rozczarowanie. Po kolejnych cięciach budżetowych, skasowaniu programu Constellation i faktycznym oddaniu programu lotów kosmicznych w ręce prywatnych firm, amerykańska Narodowa Akademia Nauk przygotowała raport na temat działań NASA. „Obecny program kosmiczny agencji przynosi klęski, rozczarowania oraz powoduje utratę przekonania międzynarodowej społeczności, że loty kosmiczne to coś, w czym USA są niepokonane” – napisali naukowcy. Uznali, że nadrzędnym celem Ameryki powinien być Mars, jednak aby w ogóle o nim myśleć, trzeba przypomnieć sobie jak wysłać ludzi na Księżyc. I spróbować zbudować tam bazę. – Lecimy na Księżyc, bo chcemy wysłać ludzi na Marsa – powiedział wiceprezydent Pence. – Wysyłamy ich na Marsa, bo chcemy żyć i pracować na innej planecie. Najlepszym sposobem aby wypróbować wszystkie technologie, jest poddanie ich testom na Księżycu. Wiem, że NASA jest gotowa podjąć to wyzwanie i polecieć na Księżyc. I tym razem tam zostać.
 

Więcej:undefined