Kiedy Neil Armstrong schodził po drabince modułu księżycowego „Orzeł”, aby „zrobić mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”, przyszłość rysowała się w pięknych barwach. Uruchomiono Arpanet – „ojca” internetu, w powietrze uniósł się naddźwiękowy Concord, a Boeing 747 Jumbo Jet odbył swój pierwszy lot z dziennikarzami i fotoreporterami na pokładzie. Prezydent Richard Nixon bez emocji patrzył na budynki Watergate, Jimi Hendrix miał zagrać na Woodstock, a Seiko pokazało pierwszy zegarek kwarcowy. Napędzana wyścigiem mocarstw technologia rozwijała się w oszałamiającym tempie. Nasza cywilizacja stanęła na progu ery kosmicznej. Przez te pół wieku nic się nie zmieniło.

Nadal stoimy na progu. Po Księżycu chodziło w sumie zaledwie 12 ludzi. Ostatni w 1972 roku – obecny szef NASA Jim Bridenstine nie może nawet tego pamiętać, bo urodził się trzy lata później. Teraz nie tylko nie mamy pieniędzy, żeby tam wrócić, ale nawet nie mamy rakiet i pojazdów.

ARTEMIDA, SIOSTRA APOLLINA

Dlatego gdy prezydent Donald Trump ogłosił program powrotu na Księżyc, jego zapowiedzi przyjęte zostały z przymrużeniem oka. Termin – 2028 rok – wydawał się nierealny. W końcu NASA nie tylko nie ma jeszcze pojazdu załogowego, ale nawet nie przetestowała wystarczająco potężnej rakiety, żeby wystrzelić na jej pokładzie ludzi. Mimo wysiłków prywatnych firm i NASA Ameryka nie potrafi wysłać ludzi nawet na stację orbitalną. Plan powrotu na Księżyc uznano za kolejny przejaw megalomanii Trumpa.

Ale w marcu wiceprezydent Mike Pence poinformował, że plany ulegają zmianie. Amerykanie wylądują na Srebrnym Globie za… pięć lat. Tak się składa, że w 2024 roku będzie dobiegać końca ewentualna druga kadencja Trumpa. „Pod moją administracją przywracamy NASA jej wielkość. Wracamy na Księżyc, a później lecimy na Marsa. Zwiększam budżet o 1,6 miliarda dolarów, żebyśmy mogli wrócić w kosmos w wielkim stylu!” – napisał na Twitterze Donald Trump.

Chwilę później Jim Bridenstine ujawnił, że nowy program lotów księżycowych ma już nawet nazwę: Artemis, czyli Artemida. W mitologii greckiej Artemida była boginią łowów,
płodności, śmierci i Księżyca. Do tego była bliźniaczą siostrą Apollina, którego imieniem nazwano oryginalny program lotów na Srebrny Glob. No i imię bogini świetnie pasuje do
misji, w której na Księżycu ma stanąć – uwaga – pierwsza kobieta. Pośpiech Trumpa wcale nie musi być zresztą czymś nagannym. Ambitne programy kosmiczne są obiektem szczególnego zainteresowania kolejnych prezydentów, którzy lubią zmieniać decyzje swoich poprzedników. Nowy program misji księżycowych o nazwie Constellation uruchomił George W. Bush w 2004 roku.

Gdy do Białego Domu wprowadził się Barack Obama, program ten został skasowany (w 2010 roku). Obama uznał, że był za drogi, a pieniądze wpompowano w projekty realizowane przez prywatne firmy. Warto wspomnieć, że gdyby nie decyzja prezydenta Obamy, ludzie już chodziliby po Księżycu. – To, czego teraz potrzebujemy, to przyspieszenie – mówił wiceprezydent Pence podczas spotkania National Space Council. – Nie dajcie się zwieść, mamy dziś taki sam wyścig
kosmiczny jak w latach 60. ubiegłego wieku. Ale teraz stawka jest nawet wyższa. Musimy za wszelką cenę zrealizować nasz cel.