Dla Jana Długosza wszystko to było „oczywistą oczywistością”. Sąd w Wiślicy jak najsłuszniej skazał Gniewosza z Dalewic na odwołanie potwarzy i to w taki sposób, „aby natychmiast, wobec przytomnego grona sędziów, obyczajem psów, odszczekał swoje kłamstwo”. Wykonanie wyroku przedstawił kronikarz w swoim wielkim dziele „Roczniki, czyli dzieje sławnego Królestwa Polskiego”. Napisał tam: „Zaraz więc Gniewosz musiał schyliwszy grzbiet, wleźć pod ławę, a po jawnym zeznaniu, iż fałszem było i niegodziwą potwarzą, co przeciwko królowej Jadwidze nakłamał, głośno zaszczekał. Tak surowym wyrokiem ocalono sławę i niewinność królowej Jadwigi, zjednano poróżnione małżeństwo, a na wszystkich potwarców i zauszników rzucono postrach, aby nie ważyli się więcej waśnić i podburzać małżonków jednego przeciwko drugiemu”... Tak zakończyć się miał – zdaniem kronikarza – proces w Wiślicy, który został w imieniu królowej Jadwigi wytoczony Gniewoszowi z Dalewic herbu Kościesza zwanego też Strzegomią, panu na Dalewicach, Ćmielowie i Wronowie. Rzecz jednak w tym, że proces ów miał miejsce jedynie... w wyobraźni kronikarza.

Wersja Długosza

Według naszego dziejopisa król Władysław Jagiełło został poinformowany w 1387 roku przez Gniewosza z Dalewic, podkomorzego krakowskiego, jakoby książę Wilhelm Habsburg przebywał pod nieobecność króla w Krakowie i miewał sekretne schadzki z królową Jadwigą. Wszak ona i Wilhelm zostali w dzieciństwie sobie poślubieni. Po powołaniu Jadwigi na nasz tron polscy panowie doprowadzili do unieważnienia tego małżeństwa jako nieskonsumowanego, i zmusili królową do oddania ręki litewskiemu księciu Jagielle. Małżeństwo okazało się nieudane. Wychowana na dworze Andegawenów królowa nigdy nie znalazła porozumienia z mężem – przedstawicielem zupełnie innej kultury i obyczajów. W „Kronikach mistrzów krzyżackich” odnotowano nawet fakt ostrego zrugania przez nią swojego spowiednika, namawiającego ją do częstszego współżycia małżeńskiego. Z kolei Wilhelm Habsburg po otrzymaniu w 1386 roku 200 tysięcy florenów „odstępnego” uznał swoje dziecięce małżeństwo za niebyłe. Dlatego informacja Długosza o jego pobycie w Krakowie, już po otrzymaniu „odstępnego”, wydaje się bardzo wątpliwa. Owszem, przyjechał do Krakowa wcześniej, jak tylko Jadwiga przybyła do Polski. Ale był to rok 1384.

Pierwszy donos Gniewosza z Dalewic dzięki polskim panom rozszedł się po kościach. Ustały wzajemne spory i niesnaski królewskiej pary. Ale – jak twierdzi Długosz – rzeczony podkomorzy nie ustał w intrygach, mających na celu skłócenie króla z królową. W 1389 r. kolejne plotki, rozgłaszane przez niego o Jadwidze i o miłostkach króla Władysława, doczekały się sądowego epilogu. Oszczercę pozwano do Wiślicy na proces, w którym wystąpiło „liczne grono panów do tej sprawy zabranych” oraz 12 znakomitych rycerzy polskich. Wyzwali oszczercę na „sąd Boży”, gdyby sąd wiślicki wydał wyrok uniewinniający. Od tego momentu rodzą się już same wątpliwości co do prawdomówności i rzetelności Jana Długosza. Po pierwsze, Gniewosz z Dalewic nie był podczas procesu podkomorzym krakowskim.

Funkcję tę pełnił wtedy Spytek z Tarnowa. To nie pierwsza pomyłka kronikarza. Po drugie, w tamtych czasach królewską skargę – a z taką mieliśmy w tym przypadku do czynienia – mogli rozpatrywać tylko królowie, a nie jakiś tam sąd grodzki, w dodatku poza stołecznym miastem. Osoba poszkodowana miała także obowiązek osobistego stawienia się przed sądem. Ponieważ w tym przypadku chodziło o kobietę, a kobietom (nawet koronowanym) według prawa nie wolno było stawać przed sądami, musiał w jej imieniu pojawić się Władysław Jagiełło. Jak wiadomo, także od Długosza, króla w Wiślicy nie było. Królową miał rzekomo zastępować przed sądem Jan z Tęczyna, kasztelan wojnicki, a zarazem starosta krakowski. Tylko jakim prawem? Zastępstwo z urzędu odnosiło się tylko do szlachcianek, samotnych sierot. Nigdy jednak do koronowanych głów. Po trzecie – i chyba najważniejsze – w aktach sądowych z lat 1388, 1389 i 1390 obejmujących całe województwo krakowskie (a zatem również Wiślicę) nie ma najmniejszej wzmianki o tym procesie. Nie wspominają o nim żadne polskie roczniki z tych lat. Milczą też zgodnie wszyscy kronikarze zagraniczni. A przecież kara „odszczekania” (dotycząca w dodatku pary królewskiej!) byłaby dla nich informacją, wobec której trudno przejść obojętnie. Dotyczy to zwłaszcza kronikarzy niechętnych Królestwu Polskiemu.

Po czwarte, Jan Długosz nie podał ani jednego imienia czy nazwiska z „licznego grona panów zebranych do tej sprawy”, w odróżnieniu od opisu podobnego procesu królowej Sonki. Nie wymienił także żadnego ze znamienitych rycerzy, gotowych pojedynkować się z Gniewoszem w obronie czci królowej. Po piąte wreszcie, żaden z obowiązujących wtedy w Polsce statutów nie przewidywał kary „odszczekania” za zniesławienie!

Nagrodzony „oszczerca”

 

Załóżmy jednak, że taki wyrok zapadł. Gniewosz z Dalewic odszczekał wszystko, co wcześniej mówił na temat królewskiej pary. Naturalną koleją rzeczy powinien zostać powszechnie potępiony, skazany na swoistą śmierć cywilną. A już na pewno odsunięty od dworu i urzędów królewskich. Tymczasem, zamiast niełaski, spotykały go od tego momentu same zaszczyty. W 1390 roku ten rzekomy „potwarca” został przez króla Władysława Jagiełłę mianowany głównym negocjatorem w sprawie traktatu z Mirżą, wojewodą siedmiogrodzkim. Po zakończeniu tych rozmów w 1393 r. król uczynił Gniewosza starostą lwowskim. W 1399 roku Gniewosz otrzymał kolejny awans, tym razem na podkomorzego krakowskiego (dziesięć lat później niż to omyłkowo zapisał Jan Długosz). Co więcej, Jagiełło wysłał go na kolejne trudne rozmowy, tym razem z Krzyżakami. Nie zapomniała też o swoim „potwarcy” tak okropnie przez niego zniesławiona królowa Jadwiga. Powołała go na... swojego ochmistrza.

Kiedy w 1410 roku doszło do bitwy pod Grunwaldem, jedną z ważnych ról w królewskim wojsku pełnił właśnie Gniewosz z Dalewic. Warto tu oddać głos samemu... Janowi Długoszowi. Oto, co napisał: „Pięćdziesiąta chorągiew Gniewosza z Dalewic podstolego krakowskiego, mająca strzałę białą, od połowy na dwie strony końcami rozwiedzioną, a nad tym rozdwojeniem krzyż poprzeczny na czerwonym tle; służyli w tym znaku sami na żołdzie trzymani rycerze, nie tylko z Polski, ale z Czech, Moraw i Śląska, przez rzeczonego podstolego zaciągnięci”. Formacja ta szczególnie zasłużyła się przy zdobywaniu zamku w Dąbrównie. Gniewosz, wystawiając własnym sumptem zaciężną chorągiew, potwierdził, że należał wtedy nie tylko do bogatszych, lecz także do znaczących osób w kraju. Jak na oszczercę królewskiej pary zadziwiająca to kariera.

Obsesja dziejopisa

Ale Jan Długosz nie ustawał w swoich rozrachunkach z Gniewoszem. Posądził go także o zagarnięcie rzekomego skarbu, który Wilhelm Habsburg miał pozostawić w 1387 roku podczas swojego pobytu w Krakowie. Dodał, że synowie Gniewosza „roztrwonili wszystko”. Tymczasem Gniewosz miał tylko jednego syna Dziersława, które to imię zmienił mu kronikarz na Jana. I był ten syn, znowu cytując Długosza, „szlachcic wielce porządny”. Wiec jak – porządny czy trwoniciel majątku?! Ale to nie koniec opowieści o skarbie Wilhelma.W innym swoim dziele – w „Księdze nadań diecezji krakowskiej” tenże Jan Długosz zaznaczył, że owe skarby nie zostały bynajmniej roztrwonione, lecz zdeponowane w klasztorze św. Katarzyny, a po śmierci Gniewosza zużyte na remont budynków klasztornych. W innych krakowskich dokumentach kościelnych z tego okresu nie ma ani słowa o „skarbie Wilhelma” i sposobie jego spożytkowania. Pozostaje też pytanie, dlaczego w ogóle książę Wilhelm miał pozostawić jakiś swój skarb w Krakowie? Wkrótce po opisywanych przez Długosza wydarzeniach ożenił się z neapolitańską księżniczką Joanną. W świetle zaprezentowanych wyżej faktów nasuwa się pytanie: kto tu tak naprawdę naszczekał?