... I ANONIMOWO?

Do tego dochodzi dodatkowy problem. Gdy logujemy się do banku, robimy zakupy online albo wysyłamy przez internet pismo do urzędu, system cały czas wie, kim jesteśmy.
Tymczasem podczas wyborów musi o tym w pewnym momencie zapomnieć, ponieważ wyborca powinien mieć pewność, że nikt się nie dowie, na kogo głosował. – Bardzo trudno jest pogodzić bezpieczeństwo i anonimowość głosowania. Choć- by dlatego, że w razie wątpliwości komisja wyborcza musi mieć możliwość zweryfikowania głosów. Jak to zrobić, by jednocześnie nie naruszyć prywatności wyborców? Na razie nikt nie znalazł idealnego rozwiązania – mówi prof. David Dill z Uniwersytetu Stanforda, obecnie pracujący dla Facebooka nad technologią blockchain.

Zdaniem części ekspertów to właśnie ona może sprawić, że e-głosowanie w końcu stanie się powszechne. Blockchain to wyjątkowo bezpieczny sposób zapisu transakcji, który
stanowi fundament cyfrowych walut takich jak bitcoin. – Ta technologia oferuje bezpieczeństwo, bo każda informacja znajduje się na tysiącach komputerów i jest weryfikowana. Ale wciąż istnieje słabe ogniwo, bo sam blockchain może i jest bezpieczny, ale komputery czy smartfony użytkowników już nie – mówi Andrzej Kozłowski, redaktor naczelny portalu CyberDefense24.pl.

FREKWENCJA NIE ROŚNIE

Zwolennicy głosowania przez internet często podkreślają, że jest to najlepszy sposób na zaradzenie jednej z bolączek demokracji – niskiej frekwencji. W takiej sytuacji władza
jest wybierana tylko przez część obywateli i nie można jej uznać za reprezentację całego społeczeństwa. Tymczasem badania ankietowe pokazują, że np. w USA aż jedna trzecia wyborców chętnie by głosowała za pomocą urządzenia podłączonego do internetu, takiego jak smartfon. Rzeczywistość wygląda jednak inaczej. To, że głosować można łatwiej, nie oznacza wcale, że ludzie z tego skorzystają. W liczącej 900 tys. wyborców Estonii europosłów wybierało zaledwie 37,6 proc. uprawnionych, choć frekwencja w odbywających się dwa miesiące wcześniej wyborach parlamentarnych wyniosła 63,7 proc. (głosujących przez sieć było odpowiednio 155 tys. i 247 tys.).

Znikomy wpływ na frekwencję był powodem, dla którego z głosowania przez internet zrezygnowali ostatecznie Norwegowie. Na początku tej dekady zorganizowali dwa pilotażowe przedsięwzięcia, których podstawowym celem było zbadanie, na ile wygoda zachęci obywateli do udziału w wyborach. W 2014 r. okazało się, że ten wpływ jest zerowy. Podobne wyniki dały analizy przeprowadzone w Kanadzie.

PAPIER NADAL NAJLEPSZY

Prof. Halderman od lat prowadzi krucjatę za powrotem do wyborów, w których używać będziemy tylko papieru i długopisu. Uważa, że tylko w ten sposób można zabezpieczyć proces wyborczy. Podobnego zdania są inni eksperci. – Czy podłączylibyście toster do linii wysokiego napięcia? Umożliwienie głosowania przez sieć to właśnie coś takiego. Mamy lepsze, bezpieczniejsze opcje do wyboru. E-wybory to proszenie się o kłopoty – uważa Ron Rivest z Massachusetts Institute of Technology, jeden z ojców współczesnej
kryptografii. Głosowanie przez internet może mieć jeszcze inne, mniej oczywiste skutki. Jak podkreśla prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, w wyborach ważna jest również „bariera głosowania” – fakt, że do oddania głosu potrzebny jest pewien wysiłek. – Chroni to przed, jak ja to nazywam „elektoratem zgrywy”, czyli głosowaniem pod wpływem impulsu, memu czy też, jak mawia młodzież, dla beki – wyjaśnia badacz.

Nie jest to wydumany scenariusz, ponieważ na scenach politycznych wielu krajów od czasu do czasu pojawiają się egzotyczne partie, które socjolog nazywa „tymczasowymi
ugrupowaniami protestu”. Przykładem może być założona dla żartu islandzka Najlepsza Partia, która w 2010 r. wygrała wybory do rady miejskiej Reykjavíku, obiecując m.in.
niedotrzymywanie obietnic wyborczych. – Takie organizacje są krzykiem rozpaczy, ale nie rozwiązują problemów, a wręcz to utrudniają. Warto szukać innego sposobu na to, aby wyrazić protest. Niekoniecznie w głosowaniu, które dokona się jednym kliknięciem – uważa prof. Flis.

APLIKACJE SZYFRY, BLOCKCHAIN I BIOMETRIA W SŁUŻBIE POLITYKÓW - GŁOSOWANIE W SMARTFONIE

Mimo wątpliwości dotyczących zabezpieczeń władze USA chcą umożliwić elektroniczne głosowanie już podczas wyborów prezydenckich w 2020 r

Posłużyć ma do tego aplikacja opracowana przez zatrudniający 12 osób startup Voatz. Wyborca instaluje ją na swoim smartfonie (w grę wchodzą tylko najnowsze modele iPhone i telefonów z systemem Android), a bezpieczeństwo mają zapewnić m.in. biometria i technologia blockchain.

Tego typu e-głosowanie ma być przeznaczone dla amerykańskich żołnierzy stacjonujących poza granicami kraju. Aplikacja Voatz była testowana w zeszłym roku podczas wyborów w stanie Wirginia Zachodnia – skorzystały z niej wówczas 144 osoby. Mimo zastrzeżeń ekspertów podkreślających, że firma nie ujawnia szczegółów stosowanych
zabezpieczeń, usługami Voatz zainteresowane są inne amerykańskie stany i miasta.