Zawodniczka klasy Justyny Kowalczyk ma jednego trenera, ale aż czterech serwismenów. Mało kto wie, że Justyna potrzebuje na jeden sezon około 80 par nart! Większości z nich sama nigdy nie włoży – to narty, na których serwismeni testują różne warianty smarowania. Spośród wszystkich dyscyplin narciarskich to właśnie w biegach praca serwismenów odgrywa największą rolę. Na specyfiki do smarowania nart dla jednej zawodniczki wydają kilkadziesiąt tysięcy złotych w sezonie.

Najgorsza jest ciapa

Wszystko zaczyna się od prognozy pogody. Zwykle podają ją organizatorzy imprezy dwa dni przed zawodami. Potem jest aktualizowana, ale dobry serwismen zawsze ma przy sobie termometr do mierzenia temperatury i wilgotności śniegu. Idealne warunki to suchy śnieg i temperatura około –5 stopni. „Najbardziej nie lubimy warunków zerowych – zero stopni i sypiący śnieg. Albo ciapy, czyli bardzo mokrego śniegu” – mówi Rafał Węgrzyn, asystent trenera i serwismen Kowalczyk. Niezależnie od warunków, ekipa mistrzyni olimpijskiej ma zestawy parafin i smarów na każdą okoliczność. Ciężka praca zaczyna się bladym świtem. Serwismeni nakładają na testowe narty specyfiki i wyjeżdżają na trasę zawodów. Zawsze testują kilka wariantów smarowania. Przygotowanie nart zależy od stylu. Łatwiej jest w przypadku łyżwy (stylu dowolnego). Tu chodzi tylko o to, żeby narty były jak najszybsze. Dlatego na całą powierzchnię nakłada się to, co da deskom idealną gładkość i poślizg. Zawsze są to co najmniej trzy warstwy specyfików.

„Najpierw parafina. Nakłada się ją na gorąco, żelazkiem, które niewiele różni się od domowego żelazka” – opowiada Węgrzyn. Rodzaj parafiny zależy od temperatury – im mroźniej, tym musi być twardsza. Nasmarowane narty szybko się schładza. Najprościej – wystawiając je na mróz. Kiedy parafina zastygnie... ściąga się ją. „Odpowiednia ilość parafiny nasyca nartę i natłuszcza ją. Resztę trzeba zdjąć” – mówi serwismen. Aby narta była idealnie gładka, po zdjęciu parafiny szczotkuje się ją delikatnie i nakłada warstwy specjalnego proszku mniej lub bardziej nasyconego fluorem (to najdroższe produkty w kuferku serwismena – 30-gramowy słoiczek, który wystarcza na trzy pary nart, kosztuje 80 euro). Fluor ma za zadanie nie dopuścić wody do narty. Im bardziej wilgotny śnieg, tym więcej fluoru musi być w proszku. Proszek rozsypuje się na narcie. Potem rozgrzewa, a proszek rozpuszcza się i wnika w nartę. Dalej schładzanie i znowu ściąganie. Wreszcie czas na ostatnie sztuczki – to różnego rodzaju fluidy i mydełka, które mają jedno zadanie – sprawić, żeby narta była jak najszybsza. „Mydełko wystarcza na jakieś 500 metrów biegu. Stosujemy je najczęściej w sprintach, daje lepszy poślizg na początku” – mówi Węgrzyn.

Narty w kocyku

Prawdziwa zabawa zaczyna się przy stylu klasycznym. Trzeba pogodzić dwie sprzeczności. Z jednej strony narta musi być szybka, z drugiej – trzymać się podłoża. Dlatego środek w tym przypadku pokrywa się klisterem (od szwedzkiej nazwy kleju), a resztę – tak jak w stylu łyżwowym – dającymi poślizg parafinami, proszkami i fluidami. Obszar, który ma być pokryty klisterem, to mniej więcej fragment narty znajdujący się pod stopą zawodniczki. „Klister powoduje, że narta nie ucieka, ale musi być tak dobrany, żeby jednak nie hamował nart” – wyjaśnia Węgrzyn. Na godzinę przed startem Justyna testuje dwa rodzaje nart przygotowanych przez serwismenów. Wybiera te, które bardziej jej „leżą”. Kiedy dokona wyboru, serwismeni błyskawicznie czyszczą narty i nakładają świeże specyfiki. Nieraz ostatnie smarowanie odbywa się pół godziny przed startem. Czasami serwismeni chcą, żeby narty były ciepłe. To pomaga przy sprintach – ogrzane narty dają większą prędkość. Wtedy do ostatniej chwili deski są opatulone w ciepłe koce.

Przy wyborze smarowania nie bez znaczenia jest trasa zawodów. „Jeśli wiemy, że bieg jest głównie pod górkę, skupiamy się na tym, żeby narty miały dobrą przyczepność, żeby nie uciekały przy podbiegu” – mówi Węgrzyn. Takie triki zastosowali między innymi podczas morderczego biegu w Val di Fiemme w zawodach Tour de Ski, gdzie Justyna na początku roku w wielkim stylu odrobiła stratę do Petry Majdic i wspaniałym finiszem wywalczyła zwycięstwo. Serwismeni mierzą skuteczność swojej pracy. Od czasu do czasu przeprowadzają prosty test – na odcinku 50 metrów zjeżdżają „na krechę” na różnie przygotowanych nartach i mierzą czas. Bywa, że lepiej posmarowane narty są szybsze o kilka dziesiątych sekundy. Czasem to różnica na miarę złota: 27 lutego na ZIO w Vancouver Justyna Kowalczyk – po pasjonującym finiszu – pokonała Marit Bjorgen zaledwie o 0,3 sekundy.

Pokonać agresywny śnieg

 

O ile czterech serwismenów Justyny Kowalczyk potrafi wyrobić się w kilka godzin z przygotowaniem nart dla zawodniczki, o tyle serwismen ekipy polskich alpejek zarywa całe noce przed zawodami. Narty, które przygotowuje – w przeciwieństwie do nart biegowych – mają krawędzie, które trzeba ostrzyć. Każdy, kto choć raz w życiu wjechał na oblodzony stok, wie, jak kończy się taka przygoda, jeśli narty są tępe. „Na profesjonalnych trasach są specjalne maszyny, które przed zawodami wtryskują wodę w śnieg. Jest twardy, zlodowaciały. Żaden amator nie byłby w stanie się na nim utrzymać” – nie ma wątpliwości Jerzy Witowski, serwismen naszych narciarek alpejskich. Taki trudny śnieg nazywa agresywnym. I ma swoje sposoby na jego okiełznanie. Najpierw ostrzy krawędzie. Ma to kluczowe znaczenie przede wszystkim w slalomie gigancie, podczas którego zawodnik musi utrzymać się na ostrych zakrętach. „Ostrzę jak najbardziej się da. Jeśli okaże się, że z jakiegoś powodu potrzebujemy nieco stępionych nart, bo na przykład podczas zawodów świeci słońce, które topi śnieg, już przed zawodami przecieram je specjalną gumką” – mówi Witowski.

Potrafi odróżnić poszczególne odmiany śniegu. „Są śniegi zimne i ciepłe. Są suche, jak śniegi skandynawskie, kanadyjskie i amerykańskie, i śniegi bardziej wilgotne, czyli te europejskie. Są też śniegi firne, inaczej wiosenne. Powstają, kiedy w ciągu dnia temperatura jest dodatnia, a w nocy ujemna. Na śniegu tworzą się wówczas grudki lodowe, które nie ułatwiają jazdy. Najczęściej na profesjonalnych zawodach mamy do czynienia ze sztucznym śniegiem lub sztucznym wymieszanym z naturalnym. Taki jest najbardziej przewidywalny” – opowiada serwismen. Jeśli na trasie jest śnieg agresywny – praca serwismena zostaje zniweczona już po jednym przejeździe. Narty trzeba smarować i ostrzyć na nowo.

Szybkość na progu

Najmniej pracy mają serwismeni skoczków narciarskich. Najważniejsze zadanie – to tak przygotować narty, żeby zawodnik mógł osiągnąć jak największą prędkość w momencie odbicia na progu. Dlatego w skokach kluczowe jest smarowanie. Technika jest taka sama jak w przypadku innych dyscyplin narciarskich – kilka warstw odpowiednio dobranych parafin, smarów i fluorów nakładanych kolejno na siebie. „W skokach wielkiej różnorodności nie ma. Na wszystkich zawodach pucharu świata tory na skoczni są lodowe. Tak zwany cool system schładza je, nawet jeśli temperatura jest dodatnia” – mówi Maciej Maciusiak, serwismen Adama Małysza. Zazwyczaj nie ma dylematu i bierze zestaw smarów na lód. Jednak jak każdy profesjonalny serwismen ma swoje sposoby na zmiany pogody. „Jest na przykład zero stopni, a po chwili zaczyna padać deszcz. Wtedy szybko nakładamy dodatkowy fluor czy mydełko. To walka o każdy ułamek kilometra na godzinę” – zdradza. Maciusiak rodzaje śniegu na skoczni porównuje do smaku. „Tak jak jest gorzki i słodki smak, tak śnieg jest bardziej suchy i bardziej wilgotny” – mówi. I tak jak w przypadku innych dyscyplin – ten mokry może okiełznać wysokofluorowy specyfik.

Serwismeni skoczków mają jeszcze jeden sekret – zaokrąglanie nart. „Nowe narty mają zwykłe boki z kątem prostym. Każde narty lekko zaokrąglam. Ręcznie, żyletką. Chodzi o to, żeby szły gładko w torach, nie hamowały” – mówi. Większość serwismenów nie lubi mówić, że zwycięstwa i sukcesy zawodników to ich zasługa. „Adam Małysz ostatnio zaczął jeździć szybciej. Ale to nie moja zasługa, tylko Adama, który wciąż doskonali technikę” – mówi skromnie Maciusiak.