Chciałbym, aby po śmierci w moją wygarbowaną skórę oprawiono książkę jako prezent dla mojej rodziny. (...) Czy ktoś wie, jak się do tego zabrać? (...) Jeszcze nie zdecydowałem dokładnie wokół czego się »owinąć«, jestem otwarty na sugestie. To pomysł długoterminowy”. To nie scena z kolejnej części „Milczenia owiec”, ale post z forum internetowego ask.metafilter.com. Autorem jest Matt Doar, mężczyzna w średnim wieku, pracujący w branży IT. „Dla mnie książka oprawiona w ludzką skórę nie różni się niczym od urny – tłumaczy swój pomysł Matt w rozmowie z „Focusem Historia”. – Jest nawet fajniejsza”.  Poza tym książki są przecież użyteczne – wyjaśniał na forum internetowym.

Spoczywaj w (moim) pokoju

Matt wciąż nie wybrał, jakiej książki chciałby być okładką... Takich wątpliwości nie miał James Allen alias George Walton. „Przez wiele lat był rozbójnikiem, któremu nikt nie śmiał się przeciwstawić. (...) [W więzieniu stanowym w Massachusetts] poprosił, aby jego wspomnienia opublikowano, a dwa egzemplarze oprawiono w jego skórę” – pisał w liście John A. Fenno, wnuk  Johna – osoby, przez którą Walton trafił do więzienia. To właśnie John otrzymał jeden z egzemplarzy książki zmarłego w 1837 roku przestępcy. Dziś pamiętniki znajdują się w bibliotece Boston Athenaeum. 

Pierwsze książki nie tyle oprawione, ile napisane na ludzkiej skórze, miały powstać w XIII wieku. Tak przynajmniej wynika z zapisek bibliotekarzy. Jean-Joseph Rive, XVIII-wieczny francuski duchowny i bibliotekarz, twierdził, że na Sorbonie znajdują się dwie wykonane w ten sposób biblie oraz dekretał z XIII wieku. „Ojciec Rieve uważał, że ten pergamin (jedna z biblii) został wykonany ze skóry kobiety, ale ja sądzę, że to skóra z płodu jagnięcia” – kwestionował słowa swego poprzednika inny bibliotekarz Gayet de Sansale w 1782 roku. Amendine Postec z działu Manuskryptów Francuskiej Biblioteki Narodowej, gdzie aktualnie znajdują się te dzieła, w rozmowie z „Focusem Historia” twierdzi, że „rozważania te są pozbawione jakichkolwiek podstaw naukowych”. Władze biblioteki nie sprawdzały, z czego zrobiono pergamin.

„Oprawa tej książki to wszystko, co pozostało z mojego drogiego przyjaciela Jonasa Wrighta, który został obdarty ze skóry przez Vawuma [afrykańskie plemię prawdopodobnie z terenu Zimbabwe – przyp. red.] czwartego dnia sierpnia 1632 roku. Król Btesa dał mi tę książkę, która była jednym z najbardziej wartościowych przedmiotów biednego Jonasa, razem z kawałkiem skóry, by ją oprawić. Niech odpoczywa w pokoju” – taka notatka znajduje się na ostatniej stronie „Practicarum Questionum Circa Leges Regias Hispaniae”. Ten traktat prawniczy ma najstarszą oprawę wykonaną z ludzkiej skóry, jaką udało się „Focusowi Historia” zlokalizować. Znajduje się w bibliotece na wydziale prawa Uniwersytetu Harvarda. „Nigdy nie udowodniono, że książka faktycznie została oprawiona w ludzką skórę” – tłumaczy Karen Beck z działu kolekcji specjalnych Harvard Law School. W 1992 roku przeprowadzono testy DNA, ale wynik nie był rozstrzygający. Proces garbowania uszkadza bowiem DNA. „Ze względu na uszkodzenia woluminu wątpliwe, abyśmy przeprowadzili jakiekolwiek dalsze testy” – dodaje Karen. 

Wyroby antropodermicznego introligatorstwa, bo tak naukowo nazywa się sporządzanie opraw z ludzkiej skóry, miały na dobre zagościć na półkach bibliofilów podczas rewolucji francuskiej. Wtedy nie brakowało ani materiału (kaci nie nadążali obsługiwać gilotyn), ani ludzi oswojonych z okrucieństwem i makabrą. W Meudon podobno istniała specjalna garbarnia zajmująca się wyprawianiem ludzkiej skóry – przede wszystkim na elementy garderoby (miały powstawać m.in. kamizelki czy bryczesy). Jednak naukowcy do dziś spierają się o historyczność tego miejsca, a opisy, które przetrwały, to prawdopodobnie echo antyrewolucyjnej propagandy. A jednak coś w tej plotce jest. „Niewielu z nas, którzy odbyli grand tour, pominęło muzeum Carnavalet i nie widziało kopii francuskiej konstytucji z 1793 roku [oprawionej w ludzką skórę]” – pisał Amerykanin Lawrence S. Thompson w powojennym (1949) artykule o antropodermicznym introligatorstwie. Thompson grand tour niewątpliwie odbył i w artykule opisał nawet kolor oprawy (lekko zielony). Niestety przedstawiciel muzeum nie chciał odpowiedzieć, czy ten egzemplarz nadal się tam znajduje. W kolejnych latach antropodermiczne introligatorstwo zadomowiło się po drugiej stronie kanału La Manche. 

Morderca w bibliotece

„Uznaję cię za winnego i skazuję na śmierć przez powieszenie, a twoje ciało ma zostać przekazane anatomom” – podobnie brzmiące wyroki wydawali brytyjscy sę dziowie na początku XIX wieku. Lekarze skwapliwie przyjmowali takie prezenty od wymiaru sprawiedliwości, gdyż jedyną alternatywą, by przeprowadzić lekcję anatomii, było otwieranie grobów w poszukiwaniu ciał nadających się do sekcji. Przy okazji publiczne sekcje zwłok przestępców zaspokajały żądzę zemsty oraz ciekawość tłumów gapiów. Skazańców zaś taka kara dodatkowo hańbiła.

Niekiedy lekarze, dokonujący sekcji, zachowywali skórę denata na później. Tak stało się m.in. w przypadku 18-letniego Johna Horwooda, który zakochał się w dziewczynie, nieodwzajemniającej jego uczuć. W kwietniu 1821 r. odtrącony młodzieniec rzucił kamieniem w kierunku dziewczyny, trafiając ją w głowę. Po kilku dniach jego luba zmarła w miejscowym szpitalu po trepanacji czaszki. Horwooda skazano na śmierć. John Smith, lekarz, który przeprowadził operację, zeznawał następnie przeciwko chłopakowi, a później przeprowadzał jego sekcję. Był wyjątkowo zainteresowany tą sprawą (może czuł, że operacja poszła nie do końca zgodnie z regułami sztuki?), gdyż zebrał wszystkie dokumenty, a następnie oprawił je... w skórę wisielca. 

 

To nie jedyny taki przypadek. Podobny los 7 lat później spotkał skazanego na śmierć mordercę z hrabstwa Suffolk George’a Creeda – chirurg osobiście zdjął i wygarbował jego skórę, by następnie oprawić w nią historię słynnego w całym kraju przestępstwa. To nie jedyne podobieństwo obydwu spraw. Szkielety przestępców służyły studentom jako pomoc w nauce anatomii, a książki do dziś można oglądać w brytyjskich muzeach...

Skórę przestępców wykorzystywano nie tylko, by upamiętnić ich własne czyny. Niejaki James Johnson z Norwich w 1818 r. został okładką słownika języka angielskiego pióra Samuela Johnsona (mężczyźni nie byli spokrewnieni). Z kolei skóra George’a Cudmore’a, powieszonego w 1830 roku, ponad 20 lat później została zużyta do oprawy utworów poetyckich Miltona. Dziś książka znajduje się w Westcountry Library w Devon.

Co ciekawe, spokoju po śmierci (1813) nie miał zaznać wybitny poeta francuski Jacques Delille, który przetłumaczył „Raj utracony” Johna Miltona. Do pokoju, gdzie wystawiono jego zwłoki, wkradł się student prawa Aimé Leroy. Wyciął dwa płaty skóry – jeden z klatki piersiowej, drugi z nogi. „Kiedy wpadłem na pomysł wykradzenia tych fragmentów, tak kruchych, lecz tak cennych, opanował mnie on całkowicie i poczułem, jak napędza mnie szacunek dla tego wybitnego zmarłego człowieka. I popełniłem to bluźnierstwo jako akt czci” – wyjaśniał później swą motywację. W skórę poety oprawiono „Georgiki” Wergiliusza, które również przetłumaczył. Nie wiadomo, co się później z nimi stało. 

Miłość po grobowej desce

Niecałe 150 lat temu podarek z własnej skóry mógł wyrażać nie tylko szacunek, ale i miłość. Pewna umierająca na gruźlicę dwudziestoośmioletnia hrabina poprosiła leczącego ją doktora Revauda o niezwykłą przysługę. Od lat kochała się platonicznie we francuskim astronomie Camille Flammarionie i pragnęła, aby medyk przekazał mu dowód jej miłości: fragment skóry z pleców, w który mężczyzna oprawiłby swe najnowsze dzieło. „Taki pomysł jest absolutnie dziwaczny – wyjaśniał astronom w liście do historyka i lekarza dr. Augustina Cabanesa. – Ale fragment tego pięknego ciała to wszystko, co z niego dziś przetrwało, i może przetrwać kolejne wieki w stanie pełnej szacunku konserwacji”. Astronom spełnił życzenie hrabiny i oprawił w jej skórę „Terres du ciel”, które ukazało się w 1877 roku. Książka znajdowała się w obserwatorium w Juvisy w latach dwudziestych XX wieku. Flammarion nigdy nie poznał nazwiska darczyńcy, a romantyczna historia stała się minisensacją po obydwu stronach Atlantyku.

Anonimowy pozostaje też rosyjski poeta, który – po upadku z konia – miał zlecić wygarbowanie skóry z amputowanej nogi, by oprawić w nią kolekcję swoich sonetów. Następnie zadedykował je swojej ukochanej. Tak przynajmniej twierdził Percy Fitzgerald w książce „Book Fancier” wydanej w 1887 roku. 

Książki tego typu – dla upamiętnienia ukochanych – powstawały też na życzenie kobiet. Na początku XX wieku do zakładu Elberta Hubbarda w Nowym Jorku, w którym pracował młody introligator Dard Hunter, przyszła wdowa, prosząc, by oprawić listy jej męża. Przyniosła własny materiał – skórę z pleców nieboszczyka. Gdy jakiś czas później Hunter dowiedział się, że kobieta ponownie wyszła za mąż, zastanawiał się, czy jej mąż, spoglądając na półkę z tomikiem, nie rozważa, jak wyglądałby jako tom II. „Miejmy nadzieję, że była to edycja limitowana” – zakończył tę anegdotę w swych wspomnieniach „My life with paper”.

Zedrzeć z pacjenta skórę

Bakcyl introligatorstwa antropodermicznego przekroczył Atlantyk w drugiej połowie XIX wieku. Od początku złapali go lekarze, zwłaszcza ci ze szkoły medycznej w Pennsylwanii. „Skóra, w którą oprawiono tę książkę, została wygarbowana ze skóry z uda Mary L., (…) zmarłej na gruźlicę w Filadelfii w 1869 roku” – taką notkę mogli przeczytać czytelnicy książki „Spekulacje na temat zapłodnienia u ludzkiej samicy”, której właścicielem był dr John Stockton-Hough. W filadelfijskim College of Physicians znajdują się cztery książki z jego kolekcji – trzy (o dolegliwościach kobiecych) zostały oprawione w Mary L. Dr Stockton miał słabość do tej pacjentki – to u niej (pośmiertnie) zdiagnozował pierwsze w Filadelfii cysty nicieni, zyskując rozgłos. Być może w ten nietypowy sposób chciał ją uhonorować.

W skórę pacjenta (oczywiście bez jego zgody) oprawił też swój własny traktat anatomiczny słynny anatom Joseph Leidy. Amerykanie wykorzystywali skórę pacjentów również w inny sposób. „Wielu lekarzy używa torebek z ludzkiej skóry do przechowywania co bardziej delikatnych narzędzi i twierdzą, że to najlepszy materiał, z którego można je wykonać” – taki wycinek z „St. Louis Post-Dispatch” znaleźli archiwiści College of Physicians w jednej z książek Stocktona...

Nie tylko amerykańscy lekarze wykorzystywali w ten sposób szczątki pacjentów. „Wydawało mi się, że ta ciekawa niewielka książeczka o dziewictwie i rozrodczych funkcjach kobiet zyska na ponownej oprawie w coś nawiązującego do tematu; została więc oprawiona w kobiecą skórę wygarbowaną dla mnie przy użyciu sumaku” – zanotował dr Ludovic Bouland w swoim egzemplarzu XVII-wiecznego traktatu o dziewictwie „De integritatis & corruptionis virginum notis”. Skórę zdobył jako lekarz w Metz ok. 1865 roku.

 

Jednak nie zawsze zdobywanie czy – jak nazwalibyśmy to dziś – kradzież skóry uchodziły lekarzom płazem. W 1866 roku medycy z Clamart zostali wyrzuceni z pracy – jak w pamiętnikach twierdzili bracia de Goncourt – za sprzedaż skóry z piersi kobiet introligatorowi z Faubourg Saint-Germain. Ów ekspert od opraw miał słynąć z przygotowywania książek dla fetyszystów. W podobny sposób były też podobno oprawione egzemplarz „Justine et Juliette” markiza de Sade’a oraz „Éloge du sein des femmes” Merciera de Compiegne. Niestety nie sposób tego sprawdzić. Nie ma bowiem po nich śladu w bibliotekach – jedynie notki w przedi powojennych artykułach o antropodermicznym introligatorstwie, których autorzy, jak Lawrence S. Thompson, byli wyraźnie zażenowani, że muszą o nich wspominać.

Wstydliwa przeszłość

„Zwykłe” antropodermiczne oprawy również zaczęły wzbudzać wśród czytelników coraz większe kontrowersje. „Między modą na oprawy w ludzką skórę a dniem dzisiejszym wydarzyła się II wojna światowa, obozy koncentracyjne, Holocaust – tłumaczy tę zmianę zachowania w rozmowie z „Focusem Historia” dr Joanna Heidtman, psycholog i socjolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – Horror, jakiego doświadczył świat, spowodował, że jakiekolwiek instrumentalne potraktowanie ciała zmarłego, wykorzystanie zwłok lub ich części wzbudzają nasz wewnętrzny protest. Druga wojna zmieniła nasz system wartości i społecznych norm”. Podziela tę opinię Paul R. Wolpe, bioetyk z Emory University. „Nasza wrażliwość w tym temacie wiąże się niewątpliwie częściowo z Holocaustem, gdy wykorzystywano ciała ofiar, by tworzyć produkty, łącznie z ich skórą” – mówi „FH”. 

Mimo to takie książki nadal powstawały. „Focusowi Historia” udało się zlokalizować przynajmniej jedną. W bibliotece Slippery Rock University znajduje się tomik południowoamerykańskiej poezji erotycznej „El largo viaje” Tere Medina z 1972 roku. „Plemę Aguadilla z regionu Mayaguez  zachowuje skórę z torsu zmarłych członków – głosi notatka na pierwszej stronie. – (...) mała część trafia na wolny rynek, gdzie jest niewielki, ale stały popyt. Ta okładka odzwierciedla ten popyt”. Nie wiadomo, w jaki sposób ani kiedy książka trafiła na uniwersytet. Podczas zmiany systemu katalogowego przepadły wszelkie informacje na ten temat. „Mam przeczucie, że książka została zakupiona ze względu na treść, a nie oprawę – mówi „Focusowi Historia” Judy Silca, archiwistka ze Slippery Rock. – Książka nie cieszy się zbyt wielką popularnością wśród studentów. Od czasu do czasu odkrywają ją na nowo i wtedy narasta podekscytowanie” – dodaje. Wtedy też zaczynają się pielgrzymki do biblioteki oraz zabarwione sensacją teksty w studenckiej prasie. 

Wbrew temu bowiem, czego moglibyśmy się spodziewać, książki z antropodermiczną oprawą są dostępne dla czytelników. „Książkę można obejrzeć w pokoju ze zbiorami specjalnymi. Jednak ponieważ wystawialiśmy ją od lat, konserwator zadecydował, że nie można jej dotykać” – opowiada „FH” Mary Warnement z Boston Athenaeum, gdzie znajdują się wspomnienia Jamesa Allena. W niemal wszystkich bibliotekach, które mają w zbiorach antropodermiczne książki, wystarczy wypełnić odpowiedni wniosek i egzemplarz trafi na nasze biurko. Niektóre z nich (m.in. książki Stocktona) są eksponatami w muzeach. „Większość ludzi jest zszokowana samym pomysłem, że ktoś wykonał taką oprawę, ale gdy już się otrząsną, stają się bardzo ciekawi” – opisuje „FH” zachowanie zwiedzających kurator Gail Boyle z muzeum M Shed w Bristolu, gdzie w gablocie można oglądać akta z procesu Johna Horwooda. Co więcej, niektórzy chętnie zdobyliby taką książkę do własnej kolekcji.

W 2007 roku Dom Aukcyjny Wilkinson’s Auctioneers sprzedał za 5400 funtów zbiór dokumentów dotyczący spisku prochowego z 1605 roku, rzekomo oprawiony w skórę jezuity Henry’ego Garneta. Nabywcą był anonimowy kupiec. Ta sprawa ma akurat jeszcze bardziej makabryczny odcień: niektórzy twierdzą, że na okładce widać twarz ojca, który za zdradę został powieszony, ciągnięty końmi i poćwiartowany... W 2006 roku inną książkę z antropodermiczną oprawą znaleziono na jednej z ulic w Leeds. Spisany po francusku rejestr z końca XVIII wieku został prawdopodobnie upuszczony przez uciekającego rabusia. Jak poinformował „FH” oficer biura prasowego West Yorkshire Police, po „intensywnych poszukiwaniach odnaleziono właściciela. Był nim mieszkaniec Leeds”.

„Chęć posiadania książki oprawionej w ludzką skórę może być motywowana poczuciem wyjątkowości (ludzie definiują swoje „ja” także poprzez to, co posiadają), potrzebą łamania tabu, które mogłoby świadczyć o szczególnej indywidualnej odwadze – tłumaczy ten fenomen dr Heidtman. – Inni jeszcze mogą odnajdywać w tym wątki »romantyczne« – związane z pozostałością fizycznej, »realnej« obecności niebanalnych postaci – dawnych rabusiów, poetów itp.”.

Pogrzeb książki

„Egzemplarze książek o antropodermicznych oprawach, które mają wartość historyczną, powinny zostać zachowane dla nauki, chyba że są trywialne – uważa Paul Wolpe.  – W takim wypadku powinny zostać pochowane. (…) Nie sprzeciwiałbym się, jeśli jakaś biblioteka naukowa chciałaby wystawiać książkę o takiej oprawie, traktując to jako przedsięwzięcie edukacyjne, ale tylko wtedy, gdy zostanie udowodnione, że dawca skóry zrobił to świadomie i z własnej woli”. Idąc tym tropem, zarówno Mutter Museum, jak i M Shed w Bristolu powinny zdjąć książki z wystawy: ani Mary L., ani John Horwood nie chcieli rozstawać się ze swoją skórą...

Świadomie i z własnej woli o to, by w jego skórę oprawić tomik poezji jego autorstwa, poprosił w testamencie Donald Eugene Russell ze stanu Oregon. „Donald bardzo lubił swą skórę. Uważał, że to jeden z jego większych atutów” – tłumaczyła wdowa Rachel Barton Russell jego ostatnią wolę w rozmowie z „The Free Lance Star”. Russell zmarł 3 lutego 1994 r. Wykonaniu testamentu sprzeciwił się Oregon State Mortuary and Cemetary Board. Urzędnicy argumentowali, że takie postępowanie naruszyłoby stanowe przepisy, dotyczące postępowania ze zwłokami. Sprawa trafiła do sądu. Wdowa zdecydowała się odstąpić od wykonania testamentu, a ciało skremowano. 

Dużych szans na realizację swego pomysłu nie ma też Matt Doar. Tu w grę nie wchodzą na razie ograniczenia prawne. W jego wypadku problemem są przede wszystkim potencjalni obdarowani. „Wciąż chciałbym to zrobić, ale ten pomysł jakoś nie trafia do mojej żony i dzieci – tłumaczy „FH”. – Ich pierwszą reakcją było krótkie: »Nie!«”.

 

„Etyka związana z poszanowaniem martwego ciała ma pierwszeństwo przed wolą jednostki, która chciałaby, aby jej ciało wykorzystano w ten sposób – komentuje perypetie Russella i Doara Paul Wolpe. – W przypadku Body Worlds i innych tego typu wystaw wykorzystujących ludzkie szczątki można argumentować, że mają misję edukacyjną – poznanie ciała”. „W przypadku opraw ze skór ludzi nie można znaleźć nawet takiego »edukacyjnego« uzasadnienia, stąd działanie tego typu postrzegamy właśnie wyłącznie jako perwersyjne, naruszające – względną, ale jednak normę społeczną – dodaje Heidtman. – Społecznie akceptujemy te życzenia dotyczące pośmiertnych losów własnych szczątków, których realizacja ma pomóc innym, jak donacja organów do przeszczepu, ofiarowanie zwłok do celów naukowych. Pobrzmiewa w tym nasze oparte na empatii, postreligijne podejście »eko«, które mówi, że życie innych ludzi jest ważniejsze niż symbolika i rytualizm związane z ciałem zmarłego. Ale do tego potrzebujemy właśnie uzasadnienia humanistycznego. Narcystyczne fantazje nie tyle o tym, by »być na okładce«, ile po prostu »być okładką«, nie znajdują społecznej akceptacji”. Nie ma więc obaw, że w przyszłości ktoś odłoży nas na półkę. Nawet jeśli będziemy tego chcieli.