Wiele miast ma swoje dzielnice nędzy, ale tylko te w Rio zyskały własną, powszechnie znaną nazwę. Bo były największe i wyrastały tuż nad ociekającymi luksusem enklawami bogactwa. Nikt nie mógł ich nie zauważyć. I nikt nie odważał się przekraczać ich granic. Wisiały nad jednym z najpiękniej położonych miast świata, strasząc i fascynując jednocześnie. Wraz z karnawałem, sambą i piłką, fawe- le stały się wizytówką Brazylii. Najbardziej wstydliwą, którą przed zbliżającym się mundialem i igrzyskami olimpijskimi w 2016 r. władze próbują upiększyć, zlikwidować, a w ostateczności zasłonić. Czy to jednak możliwe?

Pesymiści, wśród nich wybitny piłkarz Romario, który po zakończeniu kariery został posłem, odpowiadają, że nie. Porównują fawele do rakowatej narośli, która wycięta odrasta w tym samym albo innym miejscu. Dziś w 12-milionowym Rio jest ich co najmniej sześćset. A zaczęło się nieco ponad sto lat temu od niewielkiego osiedla dla weteranów wojennych.

PROROK UKRYTEGO KRÓLA

W roku 1889 wojsko obaliło monarchię, zmusiło króla Pedra II do emigracji i ogłosiło republikę. Zmiana ustroju wywołała opór konserwatystów, najsilniejszy w roi niczym stanie Bahia. Tam osiadł wędrowny kaznodzieja Antonio Mendes Maciel zwany Conselheiro (Doradca), który przepowiadał rót legendarnego króla Sebastiana.

Sebastian to portugalski odpowiednik naszego Władysława Warneńczyka. Tak jak on wyprawił się na muzułmananów i w wieku 24 lat zginął w bitwie na terenie Maroka. Ciała nie odnaleziono, | więc po Portugalii i jej koloniach krążyły opowieści, że nadal żyje i pewnego dnia powróci na białym koniu, by pomóc sprawiedliwym w czarnej godzinie. Antonio Conselheiro ogłosił się doradcą „ukrytego króla”, jak nazywano Sebastiana, i wzywał do godnego przygotowania się na jego przybycie. Stworzył sekciarskie mini- państwo, które nie uznawało republikańskich władz. Około 8 tys. jego zwolenników osiedliło się w miasteczku Canudos.

Burmistrz pobliskiego Juazeiro przeraził się dobrze zorganizowanej rzeszy fanatyków i słał do Rio dramatyczne apele o pomoc. Rząd wyekspediował niewielki oddział wojska, który został wyrżnięty w pień przez ludzi Antonia. Tak zaczęła się trwająca dwa lata (1896-1897) najkrwawsza wojna domowa w dziejach Brazylii.

Rebelię w końcu stłumiono, pochłonęła 20-30 tys. ofiar. Przed decydującym atakiem wojsk rządowych prorok Antonio zapadł na dyzenterię i zmarł. Zwycięzcy wykopali jego zwłoki, obcięli głowę i obwozili po okolicy jako trofeum. Nie darowali też powstańcom; wziętym do niewoli mężczyznom podrzynali gardła, kobiety gwałcili. Rzeź przeżyło zaledwie 150 osób.

Po zakończeniu walk żołnierze wrócili do Rio de Janeiro. Władza nie wiedziała, co zrobić z kilkutysięczną armią weteranów, więc przymknęła oko, gdy zaczęli budować szopy na Wzgórzach Opatrzności (Providencia). Porastające je krzewiaste drzewa favela kojarzyły się im z Canudos, gdzie wśród podobnej roślinności toczyli ciężkie walki. Dlatego - jak sami mówili - nie mieszkają pod okiem Opatrzności, lecz w faweli.

BEZ ADRESU, BEZ PRACY, BEZ NADZIEI

Wraz ze zmianą ustroju zniesiono niewolnictwo. Dziesiątki tysięcy czarnych Brazylijczyków z plantacji trzciny cukrowej, tytoniu i kawy dostały wolność, ale nic poza nią. Część najęła się do pracy u dawnych panów, część ruszyła szukać szczęścia w miastach. Nikt tam na nich rzecz jasna nie czekał, więc podobnie jak bezrobotni weterani lądowali na przedmieściach, w kleconych z byle czego chatach.