Niezgodę na zasady rządzące światem można wyrażać w różny sposób. Od konformistycznego szeptania po kątach przez zaszycie się w jakiejś głuszy do gwałtownych protestów na ulicach. Najbardziej spektakularne efekty osiągają jednak ci, którzy do kontestowania rzeczywistości wykorzystują rządzące nią zasady.

 

Pacyfista z US Army

Pod koniec lat 60. minionego wieku w kanadyjskim Vancouver spotkało się troje ludzi, którzy w pełnym tego słowa znaczeniu nie potrafili znaleźć swego miejsca na Ziemi. Jim Bohlen wkroczył w dorosłe życie jako radiooperator na okręcie amerykańskiej marynarki wojennej. Pływał u wybrzeży Alaski i archipelagu Aleutów. Po zakończeniu służby zdobył dyplom inżyniera, podjął pracę w firmie uczestniczącej w programach budowy pierwszych międzykontynentalnych pocisków balistycznych. Przez 12 lat z pełnym zaangażowaniem współtworzył amerykański potencjał nuklearny. Gdy jednak podczas kubańskiego kryzysu rakietowego (1961 r.) świat stanął na krawędzi konfliktu atomowego, zwątpił w sens tego, co robi. Nie chciał dłużej przykładać ręki do – jak mówił – zagłady planety. Rzucił pracę, przeprowadził się z żoną do Kanady, kupił dom na niemal bezludnej wyspie Denman, gdzie zamierzał żyć w pełnej symbiozie z naturą.

W tym samym 1961 r. z USA wyjechali Irving i Dorothy Stowe’owie. Też w poszukiwaniu miejsca bardziej odpowiedniego dla siebie. Dotarli aż do Nowej Zelandii, lecz przemieszczali się nie tylko w przestrzeni. On ukończył ekonomię na renomowanym Brown University i prawo na Yale, ale uznał, że przyszłość należy do Chin, i zamiast praktyką adwokacką zajął się nauką chińskiego. Ją wciągnęła walka z dyskryminacją rasową. Oboje pochodzili z rodzin żydowskich, jednak odcięli się od korzeni. Na cześć Harriet Beecher Stowe, abolicjonistki i autorki słynnej powieści „Chata wuja Toma”, przybrali jej nazwisko. Potem zmienili wyznanie i zostali kwakrami.

W Nowej Zelandii też jednak nie zaznali spokoju, gdyż Francja na miejsce przeprowadzania swoich prób z bronią jądrową wybrała Polinezję. Stowe’owie uznali, że bezpiecznie nie jest już nigdzie i wrócili do Ameryki. Ostatecznie osiedli w Vancouver. W 1967 r. wybrali się na marsz antywojenny, na którym spotkali Jima Bohlena. Wspólnie pomachali plakatami z hasłami wzywającymi do zakończenia wojny w Wietnamie, pokrzyczeli przeciw imperialistom i zaczęli się zastanawiać co dalej. Z braku lepszego pomysłu postanowili energiczniej włączyć się w działalność ekologicznej organizacji Sierra Club.

Do tego momentu szli utartą drogą tysięcy kontestatorów w wielu zakątkach globu. Nawet w komunistycznej Polsce, gdzie odcinano się od systemu, wyjeżdżając w Bieszczady. Na rządzących ta wewnętrzna emigracja nie robiła wrażenia. Ani u nas, ani za Oceanem. Dlatego Stowe’owie i Bohlen intensywnie myśleli, co zrobić, by protest okazał się skuteczniejszy. Rozwiązanie podsunęła im sama władza.

 

Będzie gorąco

Amerykanie testowali broń jądrową, przeprowadzając próbne podziemne wybuchy na bezludnych wyspach Aleutów. Termin kolejnego wyznaczono na 4 listopada 1971 r. Krzykliwe grupy pacyfistów i ekologów jak zwykle zorganizowały demonstarcje w centrach miast i nie trzeba było proroka, by przewidzieć dalszy bieg wydarzeń. Zbuntowana młodzież pohałasuje, lewicowa prasa ją poprze, prawicowa potępi, bomba wybuchnie, protesty stopniowo wygasną i rozgorzeją na nowo przed kolejną atomową eksplozją.

Nie wiadomo dokładnie, kto wpadł na pomysł rozerwania tego błędnego koła. Jim Bohlen tak wspominał ów przełomowy moment: „Zadzwonił telefon. Reporter miejscowej gazety chciał się dowiedzieć, czy Sierra Club zamierza jakoś zareagować na zapowiedź kolejnej próby nuklearnej. Odpowiedziałem, że właśnie rozmawiamy z żoną i wpadł nam do głowy pomysł popłynięcia łodzią na Aleuty, by tam zaprotestować”. Następnego dnia w „The Vancouver Sun” ukazał się artykuł pod tytułem „Sierra Club przygotowuje blokadę prób z bronią atomową”. Problem w tym, że kierownictwo klubu nic o tym pomyśle nie wiedziało, a gdy się dowiedziało, nie poparło go, uznając za zbyt niebezpieczny. Jednak Bohlen i małżonkowie Stowe właśnie w ryzyku, na jakie się wystawią, widzieli największy atut przedsięwzięcia. Nie kierowali się przekorą ani przeczuciami, lecz teorią kanadyjskiego medioznawcy Marshalla McLuhana o wkraczaniu ludzkości w wiek informacji i powstawaniu „globalnej wioski”. Jako jedni z pierwszych perfekcyjnie wykorzystali tę ideę do własnych celów.

McLuhan twierdził, że w odróżnieniu od wymagających skupienia, a więc „zimnych” gazet, zyskujące gwałtownie na znaczeniu media elektroniczne są „gorące”, gdyż oddziałują przede wszystkim na emocje. Kto chce w nich zaistnieć, musi sprawić, by także informacje o nim były „gorące”. Dziś to już banał, ale pół wieku temu brzmiało to rewolucyjnie.

 

Zielony pokój

Wpłynięcie do strefy, w której miało dojść do wybuchu bomby atomowej, bez wątpienia było informacją gorącą. A Bohlen i Stowe’owie umiejętnie podsycali ogień. Ponieważ kierownictwo Sierra Club odmówiło im wsparcia, założyli komitet pod nazwą „Don`t Make a Wave” (Nie róbcie fali). Nawiązywali w ten sposób do obaw, że podziemna eksplozja jądrowa może wywołać trzęsienie ziemi i zabójczą falę tsunami.

Strach to silna emocja, więc od razu przyciągnęli uwagę opinii publicznej i przekonali kanadyjskich rockmanów do występu na koncercie, z którego dochód przeznaczyli na sfinansowanie wyprawy. Zebrali 15 tys. dolarów, co pozwoliło na wynajęcie kutra „Phyllis Cormack”, tak starego i zniszczonego, że nikt nie chciał go ubezpieczyć. 15 września dwunastu śmiałków wypłynęło w stronę wyspy Amchitka, gdzie znajdował się poligon atomowy. Nie dotarli do celu; zostali zatrzymani przez amerykańską marynarkę. Ale usłyszał o nich cały świat i wywołali takie poruszenie, że USA zrezygnowały z dalszych prób na Aleutach. Amchitkę zamieniono w rezerwat ptaków.

Po tym sukcesie Bohlen stał się tak znaczącą postacią w światku pacyfistów i ekologów, że mógł go przeobrazić zgodnie z własną wizją. Skorzystał z doświadczeń zdobytych w instytucjach, których szczerze nienawidził – armii i korporacji zbrojeniowej. Jeśli ruch wyrastający z komitetu „Don’t Make a Wave” miał nadal zwyciężać, nie mógł pozostać pospolitym ruszeniem skrzykujących się ad hoc aktywistów. Musiał mieć sztab, regulamin i strukturę organizacyjną. Zmiany wymagała też nazwa, zbyt trudna do zapamiętania przez osoby nieznające angielskiego. Wybrano zbitkę słów, która powstała jeszcze podczas spotkań grupy w 1970 r. Ktoś pokazał palcami znak V symbolizujący zwycięstwo, ktoś odpowiedział „pokój”, ktoś przypomniał sobie, że jest ekologiem, i dodał „zielony”. Razem zabrzmiało to jak Greenpeace! Pod takim hasłem aktywiści wypłynęli na swoją pierwszą akcję i tak postanowili teraz nazwać całą organizację.

Gdy inni spali...Identyczna jak w ponadnarodowych korporacjach strategia oparta na efektywnym zarządzaniu, marketingu i reklamie szybko przekształciła ruch Greenpeace z marginalnej grupki kontestatorów w organizację o zasięgu globalnym. Bohlen zadbał, by nie tylko strukturą, lecz również działalnością przypominała armię. Tyle że walczącą o zielony ekologiczny pokój.

Jej znakiem firmowym stały się akcje w stylu komandosów – wpływanie pontonami między statki wielorybnicze, by osłaniać zwierzęta przed harpunami; wspinanie się na wysokie kominy zatruwających powietrze fabryk; blokowanie pociągów przewożących substancje toksyczne i radioaktywne. Spektakularne wyczyny przyciągały uwagę mediów, co zgodnie z teorią McLuhana ułatwiało przekazanie idei ruchu w taki sposób, by z jednej strony zainteresowały polityków, a z drugiej stawały się zrozumiałe dla zwykłych ludzi.