NASZYJNIK Z NOSÓW

Po bitwie pod Badr Mahomet i skupiona wokół niego wspólnota stała się lokalną potęgą. Pałający żądzą zemsty Kurajszyci zdawali sobie sprawę, że jeśli nie zniszczą jej szybko, nie zrobią tego już nigdy. Dokładnie rok później, w marcu 625 r., zorganizowali olbrzymią armię (według kronikarzy liczącą 10 tys. żołnierzy) i wyruszyli na Medynę. Podeszli do niej od zachodu, zatrzymali się u stóp góry Uhud. Obrona dobrze ufortyfikowanego miasta-oazy mogła trwać bardzo długo. Co bardziej doświadczeni wodzowie radzili, by nie wychylać się zza murów i czekać, aż napastnicy ugrzęzną pod nimi w plątaninie gajów palmowych, ogrodów i kanałów nawadniających. Radykałom spieszno było jednak do raju i parli do bitwy na otwartej przestrzeni. Mahomet opowiedział się po ich stronie. Potem nie mógł się już wycofać. „Prorokowi, który nałożył pancerz, nie przystoi zdejmowanie go, jeśli wcześniej nie wziął udziału w bit-wie” – oświadczył i poprowadził swą armię w stronę Uhud.Nie miał żadnych szans, dysponował zaledwie tysiącem ludzi. Nawet jeśli kronikarze przesadzili w szacowaniu sił Kurajszytów, na pewno mieli co najmniej 5–7-krotną przewagę liczebną. Bitwa skończyła się klęską muzułmanów. Mahomet z grupą około 15 wiernych towarzyszy ukrył się w jaskini na zboczu góry.

O panujących wówczas obyczajach wymownie świadczą opisy tego, co działo się po bitwie. Kurajszyci dobili rannych i na pobojowisko weszły kobiety. Obcinały poległym uszy i nosy, nawlekały te „trofea” na sznurki i, wznosząc radosne okrzyki, wymachiwały ociekającymi krwią naszyjnikami. Jedna z nich, mszcząc się za śmierć poległego pod Badr ojca, rozpruła brzuch Hamzy – stryja Mahometa, wyrwała mu wątrobę i z wściekłością ją gryzła.

DAJCIE MI GŁOWY BLUŹNIERCÓW

Mimo zwycięstwa Kurajszyci ponieśli tak duże straty, że nie odważyli się zaatakować Medyny. Wycofali się i wrócili po roku. Obrońcy nie powtórzyli błędu, tym razem odpierali ataki zza murów. Po kilku tygodniach dowódcy armii Mekki zrezygnowali. Mahomet odetchnął. Teraz to on przeszedł do ofensywy. Zaczął od porządków na własnym podwórku.

„Czy nikt nie uwolni mnie od córki Marwana?” – zapytał wiernych zgromadzonych na dziedzińcu pierwszego meczetu. Córka Marwana, kobieta o imieniu Asma, pisała wiersze, w których kpiła z Mahometa i ulegających mu mieszkańców Medyny. Wytykała im, że zapomnieli, co to męstwo i duma, bo interesuje ich jedynie „tłusty rosół na stole” i podporządkują się każdemu, kto go zapewni, nawet obcemu.

W tłumie słuchającym Mahometa znajdował się krewniak Asmy. Dotąd nie błysnął odwagą, unikał udziału w bitwach, więc wykorzystał okazję do wykazania się gorliwością w mniej ryzykowny sposób. Zakradł się nocą do domu kuzynki i śpiącą pomiędzy dziećmi przebił mieczem. „Posłańcu Boga, zabiłem córkę Marwana. Czy z tego powodu poniosę jakieś konsekwencje?” – następnego ranka padł na kolana przed Prorokiem.

„Z jej powodu nawet dwie kozy nie trykną się rogami” – usłyszał w odpowiedzi. Osobistych zniewag, kpin z islamu i bluźnierstw wobec Allaha Mahomet nie darowywał nikomu. Przed zemstą nie chroniła ani płeć, ani wiek, ani pochodzenie społeczne. Kilkanaście wieków później 14 lutego 1989 r. ajatollah Chomeini ogłosił oficjalnie, że za bluźnierstwo „przeciwko islamowi, Prorokowi i Koranowi” autor powieści „Szatańskie wersety” Salman Rushdie „i wszyscy, którzy są uwikłani w jej publikowanie i są świadomi jej zawartości, zostają skazani na śmierć”. W naszym kręgu cywilizacyjnym uznano fatwę Chomeiniego za zamach na podstawowe prawa człowieka, z punktu widzenia radykalnych muzułmanów ajatollah naśladował Proroka, więc zrobił to, co powinien. Równolegle z likwidowaniem opozycji w Medynie Mahomet umacniał swą pozycję wśród okolicznych plemion. Gdy dostał informacje, że klan Banu Lihjan zamierza go zaatakować, wysłał do wodza swego podwładnego Ibn Unajsa. Polecił, by przedstawił się jako zdrajca, złorzeczył Prorokowi i w ten sposób zdobył zaufanie wroga. Unajs spisał się perfekcyjnie. Wódz z taką lubością wysłuchiwał jego drwin, że pozwolił mu spędzić noc w swoim namiocie. Gdy zasnął, stracił głowę, która już następnego ranka leżała u stóp Mahometa.

Wydarzenie to miało dużo większą wagę niż likwidacja drugorzędnego kacyka. Pokazało, że w imię wyższych celów i dla uśpienia czujności niewiernych muzułmanin może pozornie wyrzec się swej wiary. Z biografii terrorystów, którzy dokonali zamachu na wieże WTC, wiemy, jak to wygląda współcześnie. Większość z nich bawiła się w nocnych lokalach, piła alkohol…

Mahometa trudno jednak oskarżać o wyjątkową perfidię. Czas i miejsce, w którym działał, rządziły się właśnie takimi prawami.