Od pełnego wyrzeczeń poświęcenia po wrogość i odrzucenie. Zwierzęce matki bywają… wyrodne

W świecie przyrody macierzyństwo rządzi się swoimi prawami. Wybory, jakich dokonują wychowujące potomstwo mamy, znacząco odbiegają od akceptowanych przez nas standardów. Na pierwszy rzut oka może się nawet wydawać, że w królestwie zwierząt roi się od wyrodnych matek. Przykład? Pandzie wielkiej – międzynarodowemu symbolowi ochrony gatunków – zdarza się przypadkowo usiąść na swoim maleństwie i je zgnieść!

(Warto przy tym pamiętać, że w porównaniu z ponadstukilową mamą pandzie noworodki są malusieńkie: ważą średnio 120 g, czyli tyle co chomik). Pandy rodzą czasem bliźnięta, ale rzadko zajmują się obydwoma potomkami. Matka wybiera silniejszego i to na nim skupia uwagę, a słabszego ignoruje (co niestety kończy się jego śmiercią).

Oddajmy jednak mamie pandzie sprawiedliwość: żywi się ubogim w wartości odżywcze bambusem, a więc trudno byłoby jej wyprodukować wystarczającą ilość mleka dla dwójki małych. Dlatego bardziej opłaca jej się zainwestować w jedno młode niż stracić oba. Pandy żyjące w ogrodach zoologicznych padają ofiarami sprytnego fortelu. Zaraz po tym, jak na świat przyjdą bliźniaki, ludzie zabierają samicy jedno młode. Robią to oczywiście w trosce o przetrwanie pand: mama panda myśli, że wychowuje jedynaka, a w rzeczywistości opiekunowie kilka razy w ciągu dnia podmieniają jej niedźwiadki. Dzięki temu oba maluchy dostają mleko matki i są dokarmiane przez ludzi. Przeciwną strategię do pandziej polityki jednego dziecka obierają amerykańskie niedźwiedzie czarne – baribale. Samica rodzi zwykle dwa albo trzy niedźwiadki. Kiedy na świat przychodzi jedynak, decyduje, że wychowanie jednego malucha nie jest warte zachodu i go porzuca.

 

TRUPY ZAMIAST ZUPY

A co powiecie na mamusię, która karmi dzieci zwłokami? Chrząszcze z rodziny omarlicowatych wynajdują truchła kręgowców, np. zdechłych myszy, po to, żeby złożyć w ich pobliżu jaja i zapewnić potomstwu smakowity start w życiu. Niektóre gatunki, takie jak grabarz żółtoczarny, zabezpieczają padlinę wydzielanymi przez siebie substancjami przeciwmikrobowymi, zamieniając ją w zakonserwowany posiłek. Następnie mamy grabarze same go spożywają i aby ułatwić już wyklutym larwom trawienie, karmią je zwracanym przez siebie pokarmem. Larwy muszą mieć się jednak na baczności. Te, które najbardziej nachalnie domagają się jedzenia, są surowo karane: zostają przez własną mamę zjedzone!

Wyjaśnieniem tego zjawiska zajęła się Clare Andrews z Uniwersytetu w Edynburgu. Andrews odkryła, że dzięki tej strategii larwy są bardziej „prawdomówne” – nękają matkę tylko wtedy, gdy są naprawdę głodne. Skoro można nakarmić potomstwo zwróconym trupem, to dlaczego nie podsunąć mu kawałeczka kupy? Decydują się na to koale, a także inne zwierzęta roślinożerne, w tym np. hipopotamy. Małe koale od urodzenia przyzwyczajają się do kloacznych zapachów, bo w odróżnieniu od większości torbaczy te nie czyszczą swoich toreb. Dzięki posiłkowi skomponowanemu z kupy własnej matki młode nabywają florę bakteryjną potrzebną im do trawienia pokarmów roślinnych.

 

MATKA NA POŻARCIE

Wiele zwierzęcych matek wykazuje się poświęceniem i skłonnością do skrajnych wyrzeczeń. Samice odkrytego zaledwie siedem lat temu gatunku marszczelca Microcaecilia dermatophaga karmią swoje młode własną skórą! (stąd ich nazwa gatunkowa: z greckiego derma to skóra, a fagia jedzenie). Mimo że ich skóra co kilka dni odrasta, marszczelcze mamy nikną w oczach i dopiero po odchowaniu potomstwa wracają do normalnych rozmiarów.

 

Ofiarność tych beznogich tropikalnych płazów blednie jednak w porównaniu z niektórymi bezkręgowcami. Zaleszczotki (malutkie pajęczaki podobne do skorpionów) z brazylijskiego gatunku Paratemnoides nidificator mieszkają i polują w koloniach liczących nawet 175 osobników. Wspólne polowania zwiększają szansę na zdobycie pokaźniejszej ofiary – pszczoły lub mrówki – i nakarmienie nią potomstwa. Kiedy jednak grupa wraca z łowów z pustymi szczypcami, mama zaleszczotkowa decyduje się na desperacki krok. Staje między potomstwem z rozwartymi szczypcami i zaczyna drgać – w ten sposób informuje dzieci, żeby ją zjadły.

Młode (jest ich zazwyczaj około dziesiątki) nie dają się długo prosić – otaczają ją, przybliżają swoje narządy ssące do jej stawów, gdzie szkielet zewnętrzny jest najcieńszy i dosłownie wysysają z niej soki. Zjawisko to – zwane matrifagią, czyli matkożerstwem – zapobiega wzajemnemu zjadaniu się młodych i pozwala im przeżyć.

 

NIE MA JAK DOBRE PLECY

Wśród zwierzęcych matek, które dają sobie wejść na głowę – a bardziej precyzyjnie na plecy – są samice pająków z rodziny pogońcowatych. Tarantula włoska mocuje zawierający ponad setkę dzieci kokon jajowy do własnego odwłoka. Choć dzięki temu ma nad swoim potomstwem kontrolę, to dźwiganie go w zamkniętym kokonie jest dla niej obciążeniem – musi być on bowiem stale trzymany
w odpowiedniej pozycji, aby milusińscy nie obijali się o podłoże. Po wykluciu się z jaj małe pajączki nie dają mamie odpocząć – od razu wsiadają na jej grzbiet i podróżują na nim aż do osiągnięcia samodzielności.

Grzbietorody amerykańskie wyglądem przypominające spłaszczone żaby poszły o krok dalej i jak nazwa wskazuje, rodzą grzbietem. Złożone przez samicę jaja podczas kopulacji przyklejają się do jej pleców (tatuś grzbietoród ma w tym swój udział – para wykonuje fikuśne salta i wygibasy, a „momenty” mogą trwać nawet 12 godzin!). Skóra na grzbiecie samicy nabrzmiewa, jaja zagłębiają się w ciało i po kilku dniach tworzą się specjalne kieszenie lęgowe. Plecki grzbietoroda zaczynają przypominać plaster miodu, w którym rozwija się ponad setka żabek. Po kilkunastu tygodniach od zapłodnienia przeobrażone żabki wygrzebują się z maminego grzbietu – a samica zrzuca starą skórę razem z resztkami jamek lęgowych.

 

KTO PIERWSZY TEN LEPSZY

Wychowanie dzieci to jednak nie tylko ich wykarmienie, ale również zadbanie o relacje między rodzeństwem. Przy czym kłótnie i bitwy między braćmi i siostrami to bynajmniej nie domena ludzkiego gatunku. Wśród głuptaków maskowych istnieje na nie odgórne przyzwolenie. Ptaki te składają jednorazowo dwa jaja, przy czym pierwsze pisklę wykluwa się na kilka dni przed drugim i jest od niego o wiele większe. Kiedy później silniejszy potomek znęca się nad słabszym, głuptasia mama nie interweniuje. Przy tym nie mówimy tu o niewinnych braterskich szturchańcach – u głuptaków zachodzi zjawisko zwane kainizmem: starszy pisklak zabija młodszego. Co ciekawe, nie robi tego np. z głodu – zjawisko to jest niezależne od dostępnych zasobów pokarmowych.

W 1999 r. biolodzy Lynn Lougheed i David Anderson przeprowadzili eksperyment: podmienili pisklęta głuptaków maskowych i mniej agresywnych głuptaków niebieskonogich. Maluchy maskowe wychowywane przez niebieskonogich rodziców były mniej agresywne. Z kolei niebieskonogie pisklaki na wychowaniu u głuptaków maskowych częściej zabijały się wzajemnie. Co więcej, dorosłe głuptaki maskowe czasem same biorą udział w uśmierceniu młodszego potomka – w końcu starszy „sprawdza się w boju”, jest wyraźnie silniejszy, więc ma większe szanse na przeżycie. Słabszy pisklak, którego przeżycie stoi pod znakiem zapytania, jest dla rodziny obciążeniem i do niczego nie jest jej potrzebny.

 

DWA RAZY WIĘCEJ MAMY

Bycie samotną matką w warunkach arktycznych to nie lada wyzwanie. Niedźwiedzica polarna na ogół rodzi bliźniaki, z których każde waży nieco ponad pół kilograma. Co ciekawe, poród następuje podczas hibernacji, a więc samica często go po prostu przesypia. Aby się jednak do niego i do tego co po nim przygotować, niedźwiedzice polarne muszą podwoić masę ciała, czyli przytyć o ponad 200 kg. Jest to konieczne, ponieważ przez kilka miesięcy po porodzie są do tego stopnia pochłonięte opieką nad młodymi i karmieniem ich wysokokalorycznym mlekiem, że same nie jedzą nic i nie wyściubiają nawet nosa z nory.

Wiosną chuda jak szczapa niedźwiedzica wraz ze swoimi dorodnymi piętnastokilogramowymi niedźwiadkami wygrzebuje się z zimowego legowiska i znów zaczyna polować. Nie tylko dla siebie – niedźwiadki zostają przy niej przez ponad dwa lata. Chociaż jak na świat zwierząt może się to wydawać bardzo długo, to nic w porównaniu z „urlopem macierzyńskim” mamy orangutanicy. Jej małe nie oddalają się od niej na więcej niż dwa metry przez pierwsze osiem lat swojego życia.

 

RAZ A DOBRZE

Powyższe trudności bledną wobec poświęcenia, do jakiego zdolna jest ośmiornica olbrzymia. Jest to gatunek semelparyczny, czyli taki, który rozmnaża się tylko raz w życiu. Ośmiornica składa nawet kilkaset tysięcy jaj i przez pół roku, aż do wyklucia młodych, nie opuszcza ich ani na krok, nawet po to, żeby coś zjeść. Poświęca się swojemu potomstwu całkowicie – chroni jaja przed drapieżnikami,
czyści je z alg, wachluje je, żeby zapewnić dostateczny przepływ tlenu, a po wylęgnięciu się potomstwa – umiera. Kalifornijscy naukowcy Bruce Robison, Brad Seibel i Jeffrey Drazen opisali przypadek ośmiorniczej mamy z gatunku Graneledone boreopacifica, którą zaobserwowali w 2007 r. na głębokości 1400 metrów. Podczas pierwszego spotkania naukowcy zauważyli, że samica
dopiero co złożyła ok. 150 jaj (ten gatunek nie jest tak płodny jak ośmiornice olbrzymie).

Podczas kolejnych 18 wizyt, które naukowcy jej złożyli – wciąż tkwiła w tym samym miejscu. Warowała przy swoich jajach ponad cztery i pół roku! Podczas tego rekordowo długiego wylęgu najprawdopodobniej pościła: kamery zarejestrowały jej zainteresowanie krabami i krewetkami (smacznym kąskiem dla głodnej ośmiornicy) tylko w kontekście odganiania ich od swoich cennych jajeczek. Taka mama mięczakiem jest tylko z nazwy!

Joanna Bagniewska – doktor zoologii, związana z Uniwersytetem Oksfordzkim oraz z Brunel University London