Nie mieści się we współczesnych kanonach piękna – ma obfite piersi, okrągły brzuch i grube uda. Trudno sobie jednak wyobrazić jakikolwiek podręcznik do historii sztuki bez Wenus z Willendorfu. Dziesiątki podobnych figurek wykonanych z kości zwierzęcych, gliny, kamienia czy wulkanicznego tufu znaleziono na terenie Europy i Bliskiego Wschodu. Najstarsze liczą sobie aż 30 tys. lat, najmłodsze około 10 tys. lat.

Jaka była ich rola? Do czego służyły? Zdania naukowców są podzielone: jedni widzą w nich dzieła sztuki autorstwa paleolitycznych artystów, inni amulety albo pierwowzory „dziewczyn Playboya”. Kiedy jednak w 1864 r. w dolinie Wezery (południowo-zachodnia Francja) odkryto pierwszy wizerunek postaci z obnażonymi żeńskimi narządami płciowymi, wielu badaczy starożytnego świata nie miało wątpliwości: to była „wielka bogini”. Czy stanowiła symbol dawnego prymatu kobiet w społeczeństwie?

Pradawny matriarchat

Zaledwie trzy lata wcześniej szwajcarski etnolog i prawnik Johann Jakob Bachofen, analizując antyczne mity i literaturę, wysnuł teorię, że w czasach prehistorycznych istniał szeroko rozpowszechniony kult bogini płodności. Jego zdaniem stanowił pokłosie wysokiej pozycji, jaką cieszyły się wówczas kobiety: były kapłankami, przywódczyniami rodów i plemion. To im przypisał porzucenie przez ludzi zbieracko-łowieckiego trybu życia.

„Rolnictwo Bachofen uznał za dzieło kobiet. Był to pełny matriarchat, w którym mężczyźni zajmowali pozycję podrzędną” – przekonuje archeolog prof. Zygmunt Krzak w książce „Od matriarchatu do patriarchatu”. „Rodziny i stada zwierząt były podporządkowane kobietom. Potomstwo uznawano w linii kobiet, w linii matki. Tę matriarchalną kulturę miały cechować humanizm, duże znaczenie miłości i pokojowe stosunki”.

Teoria o pradawnych tolerancyjnych rządach kobiet ma obecnie wielu zagorzałych krytyków, aczkolwiek z punktu widzenia ewolucji matriarchat to wcale nie kuriozum. Pisze o nim izraelski historyk Yuval Noah Harari w bestsellerze „Sapiens. Od zwierząt do bogów”: „Skoro jest to możliwe u bonobo i słoni, to dlaczego nie u Homo sapiens? Homo sapiens to stosunkowo słabe zwierzęta, których przewagę konkurencyjną stanowi umiejętność współdziałania wielu osobników.

Skoro tak, to należałoby oczekiwać, że podległe kobiety, nawet jeśli zależą od mężczyzn, będą wykorzystywać swoje wyższe kompetencje społeczne i skłonność do współpracy do szachowania i manipulowania agresywnymi, samowystarczalnymi i skupionymi na sobie mężczyznami”. Badania pokazują, że na ową umiejętność „współpracy, szachowania i manipulowania” można znaleźć przykłady już w opowieściach starożytnych.

Amazonki znad Wisły

Na granicy faktów i legend funkcjonują Amazonki, o których pisali historycy z antycznej Grecji. Byli przekonani, że rządzą się one same, synów zabijają, a dla lepszego władania łukiem obcinają sobie jedną z piersi. Jak starożytni autorzy wpadli na ten koncept? „W wyobraźni Greków Amazonki funkcjonowały jako postaci, które istnieją wbrew naturze. I poza wygodą w korzystaniu z łuku, był to kolejny powód pozbawiania się piersi” – tłumaczy prof. Joanna Rostropowicz z Pracowni Cywilizacji Śródziemnomorskich i Archeologii Uniwersytetu UO.

Konkretne wzmianki o dziejach Amazonek znajdziemy m.in. w „Dziejach” Herodota (V w. p.n.e.), zwanego „ojcem historii”. Oto po porażce zadanej im przez Hellenów wojownicze kobiety osiadły na ziemi Scytów. Początkowo plądrowały i łupiły miejscową ludność, ale ostatecznie nawiązały „pokojowe” stosunki z młodymi mężczyznami.

Trapiły je jednak wątpliwości co do stałych związków: „My byśmy nie mogły żyć z waszymi kobietami, bo nie mamy tych samych co one zwyczajów. My strzelamy z łuku, rzucamy pociski i jeździmy konno, wasze zaś kobiety nie czynią nic z tego, cośmy wymieniły, tylko wykonują roboty kobiece”.

Zgodziwszy się na małżeństwa, powędrowały z wybrańcami do innej krainy. Gdzie osiadły? Ciekawy trop pojawia się kilkanaście stuleci później w kronice Ibrahima Ibn Jakuba: „Na zachód od Burus [leży] Miasto Kobiet. Ma ono ziemie i niewolników, a one [tj. kobiety] zachodzą w ciążę za sprawą swych niewolników. Jeżeli [która] kobieta urodzi chłopca, zabija go. Jeżdżą konno i osobiście biorą udział w wojnie, a odznaczają się siłą i srogością. (..) Wieść o tym mieście [jest] prawdą; opowiedział mi o tym Hótto, król rzymski. Na zachód od tego miasta [mieszka] pewien szczep należący do Słowian, zwany ludem Weltaba”.

Potomkowie Scytów i Amazonek zamieszkujący nadwiślańskie ziemie u zarania państwa polskiego? Brzmi to jak pomysł na powieść fantastyczną. Ciekawy wydaje się fakt, że polska szlachta lubiła wywodzić swój rodowód od spokrewnionych ze Scytami Sarmatów. Są też dowody materialne, że w samym sercu wczesnośredniowiecznej Europy istniały plemiona, w których kobieta mogła stać się wojownikiem.

Świadczą o tym pochówki kobiece, jakie archeolodzy odnajdują na terenach scytyjskich grodzisk. Zmarłe zaopatrywano w oszczepy i kołczany ze strzałami; na dodatek kości pochowanych noszą ślady ran wojennych. Tyle że nie dowodzi to praktykowania matriarchatu, a raczej było – jak wyjaśniał historyk Aleksiej Smirnow w monografii „Scytowie” – specyfiką koczowniczego trybu życia, który w czasach wojny traktował „demokratycznie” członków plemion obojga płci.

Indiańskie równouprawnienie

Inne źródła utożsamiają Amazonki z plemionami indiańskimi żyjącymi w Ameryce Południowej. XVI-wieczni konkwistadorzy w poszukiwaniu Eldorado natknęli się na uzbrojone w łuki kobiety.

Relację jednego z nich spisał historyk Francisco Lopez de Gomara: „Utrzymywał, że na brzegu rzeki on i jego kompani walczyli z Amazonkami (…). Nie daję wiary, że niewiasty wypalają i odejmują sobie prawe piersi, aby móc strzelać z łuku, wszakże i bez tego mogą być znakomitymi łuczniczkami; że mordują lub wypędzają własnych synów; że żyją bez swoich mężów, będąc tak rozpustnymi”. Sceptycyzm świątobliwego dziejopisarza najwidoczniej na nikim nie zrobił wrażenia, bo rzekę nazwano „Amazonką”.

Kobiety u władzy Europejczycy znaleźli natomiast w drugiej z Ameryk – Północnej, wśród plemion w regionie Wielkich Jezior. Na początku XVIII w. pisał o tym francuski jezuita Joseph-Francois Lafitau. Krajanom misjonarza nie mogło pomieścić się w głowie, że kobiety mogą rozporządzać ziemią i inwentarzem, które na dodatek po prostu do nich należą. Co więcej, wprawdzie ani Irokezki, ani Huronki nie zajmowały się wojaczką, jednak miały decydujący głos w sprawie wypowiadania wojen. De facto stały na czele swoich rodów.

„Kobiety określają narodowość, szlachetność pochodzenia, porządek pokoleń i ustrój rodzinny. W ich rękach leży cała istotna władza: ziemia, pola i cały urodzaj do nich należy. One są duszą rad plemienia, decydują o kwestiach wojny i pokoju. One opiekują się społecznym skarbem, one władają niewolnikami, one zawierają małżeństwa, dzieci do nich należą, na ich krwi opiera się porządek dziedziczenia” – pisał Lafitau.

Mężczyźni z tych plemion nie byli jednak marginalizowani – uczestniczyli w życiu wspólnoty jako wodzowie plemienia albo członkowie rady starszych. Czyżby więc równość płci nie była wynalazkiem XX wieku?

Mężczyźni zakrywają twarze

Idea równouprawnienia nie jest też obca Tuaregom. Ten lud zamieszkujący Saharę ma najbardziej liberalny pogląd na prawa kobiet spośród wszystkich wyznawców Mahometa. Ba, niektóre z obyczajów wydają się szokujące nawet dla liberalnego człowieka z Zachodu.

Tryb życia Tuaregów odbiega od przepisów Koranu, co widać na pierwszy rzut oka, bo to mężczyźni zasłaniają twarz. Kobiet nie krępują też zasady moralne: przed ślubem mają przyzwolenie na to, aby zmieniać kochanków. Kiedy przychodzi do zawarcia małżeństwa, same wybierają partnera. I to niekoniecznie na całe życie. W razie rozwodu wystawiają mężowskie mienie za namiot i zachowują przy sobie dzieci oraz cały dobytek.

Potomstwo dziedziczy w linii matki (to tzw. matrylinearny system pokrewieństwa), więc rozsądny mężczyzna prędzej przekaże majątek siostrzeńcowi niż własnemu synowi. W szczęśliwym związku małżonkowie wspólnie podejmują decyzje – byle nie przy obiedzie, bo kiedy z niezapowiedzianą wizytą wpada teściowa, mężczyzna musi przerwać posiłek i opuścić towarzystwo.

Skąd ta wysoka pozycja Tuareżek? Zawdzięczają ją legendarnej królowej Tin Hinan, która miała władać pustynnymi plemionami w IV stuleciu. Może kryć się za tym więcej niż mit, bo na terenie Algierii w liczącej 11 pomieszczeń komorze grobowej archeolodzy odnaleźli kobiecy szkielet. A wśród skarbów – takich jak bransolety, pierścionki i perły – znajdował się złoty arkusz z odciśniętym wizerunkiem rzymskiej monety, wyemitowanej właśnie w IV w.

Bunt kobiet

Ifi Amadiume, antropolog i badacz ludu Igbo z południowo-wschodniej Nigerii, twierdzi, że także w jego ojczystym regionie Afryki nie brakło pań u władzy. W okresie przedkolonialnym, kiedy w Europie żona bez zgody męża nie mogła dysponować własnym majątkiem, kobiety Igbo cieszyły się nie tylko wolnością i swobodami, ale przede wszystkim siłą sprawczą.

Te najbardziej charyzmatyczne zrzeszały się w radzie, na której czele stała przywódczyni zwana Agba Ekwe. Uważano ją za ziemską manifestację Idemili, bogini domowego ogniska i opiekunki kobiet, dlatego była jedną z najważniejszych osób w plemieniu.

Agba Ekwe wydawała wyroki za plotki, kradzieże i bijatyki, a sprawcy przemocy wobec kobiet musieli nieraz zapłacić głową za swoje wybryki. Mężczyźni najbardziej obawiali się tego, że żony bez ceregieli wyproszą ich z sypialni i podniosą bunt.

Jak Amadiume przekonuje w książce „Male Daughters, Female Husbands: Gender and Sex in an African Society”, nie były to przelewki: „Kiedy zarządzano strajki, kobiety odmawiały wypełniania swoich obowiązków, włączywszy w to wszystkie usługi domowe, seksualne i macierzyńskie. Opuszczały wtedy miasto, zabierając ze sobą tylko ssące niemowlęta. Jeśli były rozgniewane, atakowały każdego napotkanego na drodze mężczyznę. Nic, co nie spełniało ich żądań, nie mogło przywieść ich z powrotem”. Dopiero w XIX w. kres kobiecej władzy zadali kolonizatorzy – biali mężczyźni.

Klan Mosuo

Jeden z najciekawszych przykładów „rzeczpospolitej babskiej” można spotkać w Azji. Dwie dekady temu amerykańskie tabloidy rozpisywały się na temat rozwiązłości, jaka panuje w „Egzotycznym Królestwie Kobiet”. Sprawczynią tego zamieszania była Yang Erche Namu, chińska emigrantka. Chcąc zarobić trochę grosza, postanowiła zdradzić sekrety swojej społeczności – grupy Mosuo, której tradycja liczy co najmniej półtora tysiąca lat.

Praktykuje się tam tzw. małżeństwa chodzone – tzn. kobieta i mężczyzna mieszkają osobno, ale pod osłoną nocy spotykają się w domu „oblubienicy”. Oboje mogą równocześnie zawierać podobne związki z innymi partnerami. Namu nie wspomniała jednak, że większość jej rodaków decyduje się na monogamię, a małżonków, oprócz wzajemnego pociągu seksualnego, łączą też uczucia.

Z czego wynika taka praktyka? „Część antropologów twierdzi, że w społeczeństwach prehistorycznych kobiety zawdzięczały swoją dominującą pozycję brakowi świadomości reprodukcyjnej roli mężczyzn, którzy nie łączyli aktu seksualnego z aktem poczęcia. Ten pogląd potwierdzały badania prowadzone przez antropologów na początku XX wieku wśród niezaawansowanych społeczeństw Australii i Melanezji. Niewykluczone, że tak właśnie było również u Mosuo” – wyjaśnia dr Jolanta Piechnik Borusowska z Zakładu Metodologii i Badań Edukacyjno-Kulturowych UO.

Jak podkreśla, „rodzina rozumiana jako ojciec, matka i ich dzieci nie jest wcale wytworem natury. Wytworzyła ją dopiero kultura, w toku bardzo długiego procesu”.

Dlatego wnioski o rozwiązłości i rozpasaniu Mosuo są błędne. Ich społecznością rządzą ściśle określone reguły: każdy, stosownie do swojego wieku i umiejętności, wnosi wkład w funkcjonowanie klanu. Dzieci wychowywane są w domu kobiety przez członków jej rodziny: siostry, braci, ciotki, a przede wszystkim babki.

To właśnie one stoją na czele rodu i podejmują najważniejsze decyzje dotyczące finansów czy uprawy roli. Z kolei do zadań męskich członków rodziny należą najcięższe prace na polu i zarabianie pieniędzy. Budżet jest wspólny, dzięki temu osoby starsze czy niedołężne mają zapewnioną opiekę.

Bunt mężczyzn

Podział ról jest natomiast solą w oku mężczyzn Khasi, grupy etnicznej zamieszkującej Indie, która praktykuje zarówno matrylinearny system pokrewieństwa, jak i matryfokalność (to matka jest głową rodziny i odpowiada za zaspokojenie jej potrzeb). W 1990 r. założyli swoisty ruch wyzwolenia spod władzy kobiet Syngkhong Rympei Thymai („klin podtrzymujący chwiejny stół”).

O co konkretnie zabiegają? Od stuleci jedynym obowiązkiem mężczyzn Khasi jest płodzenie dzieci, co tylko z zewnątrz wygląda na sielankę. Po ślubie mężczyzna przenosi się do domu żony, gdzie rządy twardej ręki sprawuje jej matka. Dzieci przejmują nazwisko teściowej, a cały majątek dziedziczy córka. Jeśli więc małżeństwo dorobi się samych synów, musi adoptować dziewczynkę. Chłopcy szybko rzucają szkołę i nie podejmują pracy – po co, skoro i tak trzeba będzie oddać całą wypłatę...

W przeszłości taki układ był jeszcze do zaakceptowania, ponieważ mężczyźni zajmowali się polowaniami, lecz dziś potomkowie myśliwych popadają w bezczynność i nałogi. Kobiety nie zamierzają jednak oddać korony, dlatego mężczyźni zaczęli batalię od pozornie symbolicznego gestu: chcą, aby potomstwo nosiło ich nazwiska.

Co to zmieni? Mężowie argumentują, że jeśli dzieci staną się częścią ich klanu, im samym będzie bardziej zależało na dobrym imieniu rodziny. Wezmą się w garść. Przestaną zbijać bąki, znajdą pracę i będą zachęcać synów do kontynuowania edukacji. Kobiety nie chcą jednak stracić swoich przywilejów. W tym więc przypadku „rządy kobiet” wyglądają jak lustrzane odbicie patriarchatu.