„Masz tu pięć stów. Zabaw się. Zobacz, co takiego jest w tym hazardzie, znajdź najfajniejsze zakłady i stawiaj. Możesz wszystko przegrać” – usłyszałem w redakcji. Oczami wyobraźni zobaczyłem siebie niedbale rzucającego żetony na zielone sukno i zgarniającego stosy banknotów. Nie dałem się prosić.

AUTOMAT GÓRĄ


Miałem się skupić na internecie – tam jest najwięcej gier, zakładów bukmacherskich, wirtualnych kasyn. Ale mała rozgrzewka na żywo na pewno dobrze mi zrobi. W końcu, jeśli mam na parę dni zostać porządnym utracjuszem, muszę rzecz zbadać z każdej strony.

Przy okazji imprezy firmowej w pewnym warszawskim hotelu wraz z koleżanką przekradamy się na piętro do tamtejszego kasyna. Wszędzie pełno stołów, automatów, w środku barek. Koleżanka, nieco bywała w tego typu miejscach, od razu ciągnie mnie do kontuaru. Okazuje się, że kasyna przeznaczają pewną pulę alkoholi na bezpłatne drinki dla obiecujących graczy. Ta wiadomość niezmiernie mnie cieszy. Ale uwaga – za barem pracują profesjonaliści; na kilometr wyczują, czy przyszedłeś grać, czy wysępić wódeczkę. Dobra pamięć do twarzy to podstawowa cecha tutejszych pracowników. Dwa metry od nas smutny pan bezskutecznie próbuje urobić barmankę. My odchodzimy z dwiema szklaneczkami.

Na początek wybieramy intrygujący, nietypowy stół do ruletki. Nie ma przy nim krupiera, wzdłuż krawędzi błyska osiem małych ekranów, a koło ukryte jest pod szkłem. To automat, ale zaskakująco sympatyczny i prosty w obsłudze. Budzi zaufanie, bo wszystko widać. Wsuwamy banknoty w szczelinę, oboje po pięć dych, i gramy. Czarne, czerwone, parzyste, nieparzyste, tuzin, jeden numer, cztery numery. Obstawiamy ostrożnie, najwyżej dziesięć złotych, ale to w końcu rozgrzewka. No i nie ma jakoś tych najważniejszych emocji. Po kwadransie jestem na zero, moja towarzyszka 50 zł do przodu. Postanawiamy zagrać przy normalnym stole.

W drugiej sali, klasycznym kasynie, musimy się już zarejestrować. Podajemy dowody osobiste, pozwalamy zrobić sobie zdjęcia i... odbieramy kwit na kolejnego darmowego drinka. Coraz bardziej mi się to podoba.

Przy stołach spory tłok. Wybieramy stolik, przy którym jest najluźniej – co okazuje się błędem. Nie zauważyliśmy, że to stół najdroższy – oznakowanie jest słabo widoczne – gdzie na kolor trzeba postawić minimum stówę, niższe stawki są dopuszczalne tylko przy typowaniu jednego bądź kilku numerów. Ryzyko spore a żetonów mało – szybko przegrywam następne 50 zł. Bogatsi o doświadczenie przenosimy się do najtańszego stołu. Przy kole miła i dowcipna krupierka. Znowu obstawiam i to z powodzeniem – po kilku rundach odzyskuję 50 zł. Na koniec wracamy do ruletki automatycznej – gdzie na czysto wygrywam jeszcze stówę. Odbieramy gotówkę i uciekamy.

Następnego dnia postanawiam sprawdzić, jak wygląda salon jednorękich bandytów – sól w oku rządu od czasu wybuchu afery hazardowej. Niewielka suterena w centrum Warszawy podzielona jest na kilka boksów.

W każdym stoją po trzy automaty. To sprytny sposób na obejście przepisów, które mówią, że w jednym miejscu mogą stać najwyżej trzy maszyny – każdy z boksów ma własny adres i sprawa załatwiona. Moja towarzyszka znów zdradza pewną praktykę – śmiało wrzuca 5 zł do automatu i naciska guziki.

Nowoczesny automat różni się od oryginalnych „jednorękich bandytów”, które znamy ze starych filmów. Przede wszystkim nie ma słynnej wajchy, która uruchamiała bębny z symbolami. Dziś te bębny są wirtualne – w miejsce szyby został zamontowany płaski ekran. Obrazki niby przelatują przed oczami jak dawniej, ale są wyświetlane przez komputer. Za każdym naciśnięciem guzika pojawia się jakaś niezbyt czytelna kombinacja. Za każdym pudłem z konta ubywa albo nań przybywa parę groszy (oczywiście można ustawić wysokość zakładu). Co gracz trochę straci, automat zachęca do dalszych prób, pozwalając uzupełnić stan konta albo lekko go przekroczyć. Po trzech minutach gapienia się w ekran zaczynam odczuwać znużenie. To nie dla mnie.

Spoglądam na dwie smutne panie przy sąsiednim automacie. One nawet niczego nie naciskają. Ustawiły automat na „automat”. Paląc papierosy, siedzą tu najwyraźniej od dawna, tępo patrząc w ekran. Prawdę mówiąc, wygląda to nieciekawie. Zwłaszcza że automat kompletnie nie budzi zaufania. Wedle jakich reguł działa, kto i jak zaprogramował trafienia? Jak można mieć zaufanie do czegoś, na czego pracę nie mamy żadnego wpływu? Szybko zaczyna mi się kręcić w głowie. Koleżanka, w ciągu 20 minut zakręciwszy sto razy „bębnami”, wygrywa pięć złotych; niemal siłą wyciągam ją na zewnątrz.

 

Niektórzy lubią wykrwawiać się powoli


Antropolog Natasha Dow Schüll, autorka książki „Addiction by design: Machine Gambling in Las Vegas”, od lat 90. badała zachowania ludzi grających na automatach w rodzaju „jednorękich bandytów”. Zauważyła, że gracze, koncentrując się tylko na mrugającym ekranie, wpadają w rodzaj transu, tracąc poczucie czasu i przestrzeni. Automat nie wymaga kontaktu z drugim człowiekiem (np. krupierem) i pozwala zatopić się w zniewalającym, hipnotycznym skupieniu. Zdaniem Schüll, graczom nie chodzi o to, by wygrać – szybko orientują się, że szanse na zbicie majątku są nikłe. Nie mogą natomiast wydostać się z tej swoistej hipnozy, czują, że wciąż chce im się grać. Potrafią nawet zareagować poirytowaniem, gdy trafią jackpota, ponieważ wtedy maszyna przerywa kręcenie bębnami czy wyświetlanie kart, co wybija gracza z ulubionego stanu. Do tego, jeśli długo się nie wygrywa, rośnie kumulacja, u części graczy nadzieja na dużą wygraną. Jednak najbardziej wciągające, i tym samym przynoszące największy dochód kasynom, są ciągłe małe wygrane. Jak powiedział Schüll jeden z producentów automatów, „niektórzy lubią wykrwawiać się powoli”.

By utrzymać gracza przy automacie, nie trzeba już trafiać na kombinację symboli w jednej linii – wygrywają też symbole ustawione po przekątnej, zygzakiem czy specyficznie rozrzucone po ekranie. Zwycięskich kombinacji jest tak dużo, że niemal za każdym razem gracz coś wygrywa, choć z reguły są to jakieś grosze i nie pokrywają poniesionych nakładów. W świadomości gracza zostaje jednak przyjemne wrażenie, że coś wygrał. Wirtualne gry karciane są dla niektórych jeszcze bardziej wciągające, bo podczas doboru kart dochodzi wrażenie wpływu gracza na przebieg gry.



STAWIAJ NA MISS


Dość żartów. Odpalam komputer, zasiadam do poważnego hazardu. We wrześniu tego roku gracz z Polski zdobył ponad milion dolarów, stawiając niecałą złotówkę w internetowym kasynie. Ja też chcę.

Ponieważ gra nie może obyć się bez kobiet i alkoholu, umawiam się z koleżanką i nalewam drinki. Po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła „zakłady bukmacherskie” wyskakują setki adresów. Pierwsze w kolejności pojawiają się witryny pośredników – kierują do właściwych stron, a przy okazji mogą posłużyć jako przewodnik po internetowym hazardzie. Bukmacherom zależy na klientach – na stronach aż roi się od zachęt, obietnic bonusów; większość ma wersje polskojęzyczne.

Metodą na chybił trafił wybieram serwis sportingbet. Pierwsze rzucają się w oczy zakłady sportowe, ale na początek klikam w „zakłady specjalne”, licząc na jakieś ciekawostki. Można spróbować wytypować zwycięzcę czeskiego „Idola”, hit świąteczny w brytyjskiej telewizji albo Miss Świata (na razie najlepiej płacą za kandydatki z Zambii, Ugandy, Suazi i Zimbabwe – nawet 251 do jednego; najsłabiej za Portorykankę – ledwie 2,5, co w tym wypadku jest oczywiście wyszukanym komplementem). Jednak na rozstrzygnięcie tych zakładów trzeba jeszcze czekać parę tygodni, nie zdążę z artykułem. Zaglądam więc do kasyna.

Rejestruję się szybko, bez problemu wpłacam pieniądze kartą kredytową (ostrożnie, 50 złotych). Zabieram się do gry, gdy w mojej skrzynce mailowej pojawia się podejrzana „wspaniała oferta” – najwyraźniej spamerzy liczą na hazardzistów i skutecznie wyławiają ich adresy.

Znowu ruletka. Stawiamy jak w prawdziwym kasynie: trochę na numery, trochę na tuziny, trochę na kolory. Wirtualne koło też nie budzi specjalnego zaufania – skąd mam wiedzieć, co za ręka nim kieruje? Ale stawiamy. Znów ze zmiennym szczęściem – co wygramy, zaraz przegrywamy. Przesiadamy się na pokera, nieco innego od typowej rozgrywki przy stoliku. Gra polega na próbie odgadnięcia, co „przyjdzie” po wymianie kart. Celujemy więc w strita, fula, dwie pary. Historia się powtarza, co wygramy, to zaraz przegramy. Przy ustawionej stawce kilkuzłotowej gra przeciąga się w nieskończoność. Po godzinie takiej przepychanki odczuwam znużenie. Nie tylko nie sposób niczego wygrać – to jest zrozumiałe – ale nie da się też szybko przegrać. Chyba już wiem, czym kierują się właściciele kasyn. Całość działa tak, że nie odbiera do końca nadziei. Jeśli na koncie zostały jakieś grosze, kasyno pozwala trochę wygrać, gracz wtedy łatwiej decyduje się dopłacić, przecież zaraz się odegra. Widzę, że tu nie ma sensu grać na małe stawki. W końcu szaleńczo ryzykujemy i stawiamy całą pozostałą sumę na beznadziejny zakład. Udaje się wszystko przegrać.

NIECH ŻYJE LIVE

 


Kolej na piłkę nożną. Specjalnie czekam do 18 listopada na ostatnie mecze w eliminacjach mistrzostw świata. Dla urozmaicenia zmieniam bukmachera – tym razem wybieram witrynę bet&win. Wszystko odbywa się jak poprzednio, loguję się, wpłacam pieniądze kartą kredytową, za chwilę dostaję e-maile ze spamem (jakiś majątek do odzyskania w Nigerii).

Tu najważniejsza uwaga: witryny internetowe umożliwiają zawarcie zakładu nawet w trakcie trwania meczu! Wszystko dzięki współczesnej prędkości połączeń; korzystam pełną gębą z nowoczesnej technologii. W miarę jak zmienia się sytuacja na boisku, zmieniają się kursy wygranych. Do dziś mam w pamięci opowieść o pewnym podpitym kibicu, który w maju 2005 roku w połowie finału Ligi Mistrzów postawił na wygraną Liverpoolu, mimo że AC Milan prowadził już 3:0. Zainwestował sto złotych, wygrał prawie dwadzieścia tysięcy, bo Jerzy Dudek w rzutach karnych upokorzył Andrieja Szewczenkę.

Zaczynam delikatnie, od meczu towarzyskiego Polska–Kanada. Kwadrans do końca, prowadzimy 1:0. Myślę sobie: chłopaki powinni coś jeszcze strzelić. Stawiam dwie dychy, że padnie jeszcze jakaś bramka. Kurs wynosi 2,55, czyli w razie wygranej dostanę 51 zł. Jednym okiem patrzę, jak zmieniają się kursy na ekranie, drugim śledzę transmisję w telewizji. W ostatniej minucie meczu Patryk Małecki zostaje sam na sam z bramkarzem. Strzela... i trafia w słupek. Mnie trafia szlag. Wynik się nie zmienia, zmarnowałem 20 zł.

No, ale za chwilę zaczynają się najważniejsze mecze. Lista zakładów jest imponująca, można zagrać o cokolwiek: kto strzeli gola, która drużyna pierwsza dostanie czerwoną kartkę, od jakiej akcji zacznie się druga połowa, jak zostanie strzelona następna bramka. W miarę upływu czasu, w zależności od wyniku gry, kursy płynnie się zmieniają. Typuję, że w pierwszej połowie meczu Egipt–Algieria będzie remis. Tak samo w trzech innych meczach – tu zawieram zakład kombi, w którym kursy mnoży się przez siebie, dlatego za postawione 50 zł mogę wygrać ponad tysiąc. Kłopot tylko taki, że aby wygrać, muszę trafić wyniki wszystkich wybranych zdarzeń. Remisy prawie zawsze są dobrze płatne. Niestety, nie trafiam w dwóch z trzech przypadków.

Gdy Słoweńcy prowadzą z Rosją 1:0, na pół godziny przed końcem meczu stawiam, że do końca nie padnie już żaden gol. Kurs: cztery do jednego.

Zwlekam parę sekund; zanim wypełnię wirtualny kupon, kurs spadnie do 3,55. Ale to i tak wciąż nieźle – kwadrans przed końcem meczu wynosił już tylko 1,85. Nareszcie coś wygrywam – z 20 zł robi się 71!

Dalej mecz Francja–Irlandia, dogrywka. Kombinuję, że Francuzi, nie mogąc poradzić sobie z Irlandczykami, spróbują sprowokować ich do faulu: typuję, że następny gol będzie strzelony z karnego. Takie nietypowe zdarzenie jest zawsze dobrze płatne, w tym wypadku 12 do 1. Stawiam dychę i przegrywam. Ale zaraz się rehabilituję, typując, że w dogrywce padnie tylko jeden gol. Kurs niewielki, tylko 1,68, ale stawiam 40 zł, więc moje konto rośnie o 67 zł.

JAK W RADIU


Dopadają mnie prawdziwe emocje. Nawet nie mając telewizji satelitarnej, wiem na bieżąco, co się dzieje na boisku. Serwisy, takie jak livescore.com, minuta po minucie podają istotne informacje ze stadionu. W bet&win to samo: mogę obstawiać, jednocześnie nie tracąc z oczu przebiegu gry. Widzę wszystkie statystyki, kto za kogo wszedł na boisko, ile kartek dostała każda z drużyn, ile było rzutów rożnych, jaką akcją rozpoczęła się druga połowa. Przypomina to trochę słuchanie transmisji radiowej, tyle że wszystkie szczegóły mam stale na ekranie. Gdy dzieje się coś ważnego – pada gol, kończy się mecz, ktoś dostaje kartkę – z głośników komputera dochodzi odgłos wrzawy albo dźwięk gwizdka sędziego.

Zostawiam na chwilę piłkę nożną i z ciekawości klikam w rzutki (czyli darts) i tenisa. Mimo późnej pory wciąż można stawiać – dzięki strefom czasowym na świecie stale się coś dzieje – jak nie walczy druga liga paragwajska, to Koreańczycy grają w golfa itd.

W rzutkach stawiam na faworytów, choć ich nazwiska nic mi nie mówią. Znowu sklejam zakłady kombinowane, mieszam na jednym kuponie mecz tenisowy, w rzutki i dwa mecze piłki nożnej. Kurs całkowity wychodzi ponad cztery do jednego. Niestety, Urugwaj remisuje z Kostaryką, kupon ląduje w koszu.

Ten ostatni mecz piłkarskich eliminacji obstawiam na kilka sposobów. Liczę, że zdenerwowani Kostarykańczycy będą faulować i zarobią czerwoną kartkę. Nie trafiam, ale odgaduję, że pierwszą akcją meczu będzie rzut z autu (kurs 1,60). W drugiej połowie stawiam na rzut wolny, ale znów pudło.

Przez cały wieczór zawarłem 10 pojedynczych zakładów i sześć kombinowanych. Wygrałem tylko w trzech, co w żadnym razie nie pokryło strat. Przegrałem 250 zł, ale, w odróżnieniu od pokera czy ruletki, tym razem zabawa była przednia. Bardzo pomaga możliwość śledzenia meczów na żywo; typując wynik, wiem, że nie zależy on od ślepego losu, lecz konkretnych osób. W końcu są ludzie, którzy wręcz utrzymują się z hazardu w zakładach sportowych.

RACHUNEK SUMIENIA


Zostały mi jeszcze dwie stówy. Na koniec, po piłkarskim amoku, wracam na ruletkę. Zagram grubo. Kto wie, czy jeszcze w życiu będę miał taką okazję? Wpłacam całą sumę i uruchamiam grę. Stawiam na kolory, maszyna wyraźnie preferuje czerwony; nie będę się z nią kłócił. Po kwadransie wzlotów i upadków moje konto rośnie do 900 zł! Gdyby to były moje pieniądze, już bym je zabrał. Ale raz się żyje. Stawiam wysoko, 100, 150, 200 zł. Gdy zaczynam przegrywać, obniżam stawkę do 50 zł. Ale i tak przegrywam wszystko. Żegnajcie marzenia o milionach! Mogę jednak mówić, że przegrałem dziewięć stów w ruletkę. Niezły tekst do szpanowania.

Zdaje się, że zdążyłem się zabawić w ostatniej chwili. Czy ułożona w pośpiechu ustawa antyhazardowa rzeczywiście zablokuje internetowe kasyna? Wygląda na to, że tak. W serwisie betsson.com w zakładce „Polska polityka” obok typów na prezydenta (najlepiej płacą za Ędwarda Ąckiego – aż 500 do 1) i szans Zbigniewa Ziobro na stanowisko nowego przewodniczącego PiS (1,40 do jednego, że nie dostanie fotela) można było też obstawiać, czy prezydent zawetuje ustawę hazardową. W korzystny obrót spraw nie wierzyła nawet sama branża – kilka dni przed podpisaniem ustawy, kurs „nie" dla weta wynosił ledwie 1,03. Jak się okazało, nie bez przyczyny.

Krzysztof Tylski, pedagog, kierownik warszawskiego ośrodka uzależnień „Polana”

Dlaczego ludzi pociąga gra z maszyną?


Gra z komputerem daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Tak jak w kasynie gramy przecież nie pieniędzmi, ale żetonami, tak i tu klikamy w klawiaturę, nie wrzucając za każdym razem fizycznie pieniędzy. Do tego gra z maszyną daje poczucie anonimowości. Podając w kolekturze totolotka kupon za parę tysięcy, trudno przecież nie zwrócić na siebie uwagi. Grając w internecie, gracz ma świadomość, że może przegrać, ale nikt tego nie zobaczy. To jak z giełdą – tam też przecież nic nie widać, operacje rozgrywane są gdzieś daleko. Dopiero po pewnym czasie człowiek budzi się z ręką w nocniku, bez domu i żony. Tymczasem anonimowość nie wyklucza przeżywania silnych emocji. Jest złość po przegranej, ale jest i nadzieja na wygraną. Właśnie ta nadzieja trzyma ludzi przy grze. Nawet jeśli wiadomo, że wygrywa tylko nieznaczny procent grających. A tak naprawdę anonimowość wygląda tak: przegrałem, nikt o mnie nie wie, nikt po mnie nie zapłacze, jestem tylko mięsem armatnim.