Śmieszne memy w internecie mogą pomóc w promocji brzydkich lub niepopularnych gatunków – to główny wniosek, jaki płynie z analizy opublikowanej w „Conservation Biology”. Autorzy artykułu przyjrzeli się memom przedstawiającym nosacza sundajskiego, a wyniki ich pracy okazały się tak popularne, że w ciągu zaledwie 6 dni artykuł stał się jednym z 10 najpopularniejszych w historii czasopisma.

 

Janusz i Grażyna

Pomysł na zbadanie przełożenia popularności memów na realne, bardziej wymierne wsparcie dla nosaczy, zrodził się przez obserwację tego polskiego fenomenu. Współautorka badania dr Magdalena Lenda, biolog z Instytutu Ochrony Przyrody PAN i Uniwersytetu w Queensland przyznaje, że początkowo sama zaśmiewała się z zabawnych obrazków, ale z czasem zauważyła, że coraz więcej internautów poszukuje informacji na temat nosaczy.

– Od dawna śledziłam profile WWF, Greenpeace, i po kilku tygodniach zauważyłam, że profile ze śmiesznymi memami z nosaczami sundajskimi zgromadziły więcej osób (followersów), które regularnie je śledziły, niż WWF oraz Greenpeace. Z ciekawości sprawdziłam popularność oryginalnych, indonezyjskich, malezyjskich i angielskich profili poświęconych ochronie tych małp. Tutaj przewaga stron „na wesoło” była ogromna – mówi w rozmowie z Focus.pl dr Lenda.

– WWF i Greenpeace, podobnie jak indonezyjskie i angielskie profile o ochronie nosaczy przedstawiały poważne treści. Co więcej, WWF i Greenpeace standardowo używają wizerunków charyzmatycznych lub „słodkich” zwierząt, aby przyciągnąć uwagę darczyńców. Jest to nic innego jak cel marketingowy. Tymczasem śmieszne memy z nosaczami, które nie są określane jako charyzmatyczne, a tym bardziej nie mają wyglądu słodkiego zwierzęcia, czyli wyglądającego jak ludzkie noworodki („infant like”: duża głowa w stosunku do reszty ciała, duże oczy, mały NOS!) miewały często więcej lub tyle samo polubień, co poważne z WWF z tygrysami, pandami, koalami, niedźwiadkami – podkreśla Lenda.

Od mema do Borneo

Z czasem zabawne memy zaczęły być motywacją do rozmów o nosaczach, które są gatunkiem zagrożonych. – Zaczęły pojawiać się dyskusje o tym, gdzie żyją nosacze, o tym, że ich „dom”, czyli lasy namorzynowe i deszczowe na Borneo są niszczone pod plantacje palmy olejowej. Ludzie dyskutowali o sprowadzeniu nosaczy do zoo w Polsce (oczywiście niemożliwe ze względu na dietę) oraz amatorsko zbierać drobne środki na ich ochronę na Borneo, czyli 10 tysięcy kilometrów od Polski – mówi Lenda.

Skala pomocy okazała się niewielka, jednak istotna jako oddolna inicjatywa, nieprowadzona przez jakąkolwiek dużą i znaną organizację działającą na rzecz ochrony przyrody i praw zwierząt. Autorzy odnotowali 6 amatorskich zbiórek pieniędzy, na które 218 osób wpłaciło środki, a uzbierano w sumie 2318 zł.

– Sam fakt, że kilkaset osób podjęło indywidualną decyzje o wsparciu takich zbiórek, podczas gdy mogliby wybrać inną, bardziej znaną akcję charytatywną, lub wydać pieniądze na bilet do kina, zasługuje na uwagę. Uzbierane 2318 zł (~610 USD) – w Indonezji to dwukrotność najniższej miesięcznej pensji z 2017 roku (246 USD czyli 3.5mln Rupii Indonezyjskich). To oznacza, że ta kwota być może pozwoli np. na opłacenie kosztów leczenia chorych osobników, odtwarzanie ich siedlisk lub pracę osób próbujących powstrzymać kłusownictwo na nosacze w celu pozyskania bezoarów – wylicza Lenda.

– Takie indywidualne decyzje mogą wydawać się „kroplą w morzu” potrzeb, a jednak skuteczna ochrona przyrody po części na nich się opiera. To my codziennie podejmujemy indywidualne decyzje, czy kupować produkty z olejem palmowym – dodaje.

Nosacze są zagrożone wymarciem z powodu działalności człowieka. Podobnie jak w przypadku orangutanów najbardziej szkodzą im wielkoobszarowe plantacje palm olejowych, pod które wycinane są lasy deszczowe, naturalne środowisko życia tych małp.

 

 

Stracona okazja

Dr Lenda zauważa, że popularność memów z nosaczami, która swój szczyt miała w latach 2017-2018, nie została wykorzystana przez duże organizacje. To być może jedna ze straconych szans na realną pomoc dla tych zwierząt.

– W naszej pracy sugerujemy, żeby osoby odpowiedzialne za marketing na rzecz przyrody spróbowały być na bieżąco z „oddolnymi akcjami” powstającymi w społecznościach internetowych. W skrócie, mogą sprawdzać jakie gatunki, akcje, znane regiony są obiektem zainteresowania. Po czym podłapywać ich popularność przez tworzenie zbiórek lub kreowanie zmian codziennych zachowań (np. zakupów produktów z olejem palmowym), które pomogą w ochronie tego, co właśnie cieszy się sympatią. Wydaje mi się, że gdyby WWF podchwyciło akcje charytatywne na rzecz nosaczy kiedy ten gatunek był na szczycie popularności, mógłby zebrać o wiele więcej środków niż zrobili to amatorzy – podsumowuje współautorka badań.

Nosacze nie są jedynym gatunkiem, który zyskał na internetowej „memowej” popularności. Dane z Google Trends (narzędzia pokazującego popularność danych zapytań w wyszukiwarce Google) pokazują, że znacznie wzrosła liczba osób, które interesowały się też innymi gatunkami małp np. Roxelana i Uakari. Te małpy pojawiały się w memach obok nosaczy.

Swoje pięć minut miał także myszojeleń. Amatorska piosenka o myszojeleniu w ciągu kilku dni na YouTube została wyświetlona ponad 4,6 mln razy. W sieci pojawiły się kubki, koszulki i inne gadżety z myszojeleniem.

Bawiąc uczyć, uczyć bawiąc

Dr Lenda zauważa, że humor może być dobrym sposobem na dotarcie do odbiorców, którzy na co dzień nie interesują się tematyką ochrony przyrody i zagrożonych gatunków. Standardowe akcje marketingowe na rzecz ochrony zwierząt mogą też wydawać się mało atrakcyjne dla szerszej grupy odbiorców i dość schematyczne, przez podobieństwo z innymi.

Mimo to, organizacje takie jak WWF czy Greenpeace niekoniecznie powinny próbować samodzielnie kreować tego typu akcje marketingowe. Zjawisko memów i internetowe virale rządzą się własnymi prawami, a to co w zamierzeniu marketingowców miało być zabawne, może nie spotkać się z właściwą reakcją odbiorców.

Moją największą obawą jest to, że ci sami ludzie na co dzień kreujący nieśmieszne, poważne treści, zaczną robić śmieszne memy i za pół roku wszyscy stwierdzą że to nie działa. Trudno racjonalnie przewidzieć, co stanie się internetowym hitem i zostanie rozprzestrzenione niczym wirus. Inspirowanie się oddolnie wykreowaną popularnością gatunków powinno się sprawdzić, ale nie tylko. Wydaje mi się, że do kampanii w ochronie przyrody opierających się na humorze powinno się poszukać doświadczonych osób, które umieją tworzyć taki przekaz dodaje Lenda.

Publikacja ukazała się w „Conservation Biology”. Autorzy: Magdalena Lenda i Piotr Skórka (Instytut Ochrony Przyrody PAN), Dawid Moroń (Instytut Systematyki i Ewolucji Zwierząt PAN), Błażej Mazur (Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie), Piotr Tryjanowski (Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu), William Sutherland (Uniwersytet w Cambridge), Erik Meijaard, Hugh Possingham i Kerrie Wilson (Uniwersytet w Queensland).