Twardoch i Fury. Czy Lexus LC500 ma sens? Żadnego [FELIETON]

Nikt takiego nie potrzebuje, dlatego właśnie to taki wspaniały kawał fury, motoryzacja w stanie czystym, cały jej szlachetny bezsens.

Jaki to jest kawał fury, ten lex. Serio. Wsiadasz, siedzisz nisko, z tyłkiem prawie przy asfalcie, kokpit otacza kierowcę jak pilota X-winga i jest w tym piękna synteza nowoczesności z klasyką. Z jednej strony elektronika systemów wspomagających, które tylko z wrodzonej delikatności udają, że kierowca jest im jeszcze do czegokolwiek potrzebny, z drugiej elegancki jak dwurzędowy, granatowy garnitur układ napędowy, łączący wolnossące V8 z tylnym napędem, do tego wszystko w pięknym designie i materiałach, ta Alcantara, a jak klamki narysowane…

ZOBACZ WIDEO – SZCZEPAN TWARDOCH testuje LEXUSA LC500

Tutaj zrobię pauzę.

Tak, słusznie Państwo spostrzegli po tych pierwszych zdaniach, oto rubryczka, w której będę od czasu do czasu pisał o samochodach. Już słyszę te pytania.

Czy pisarzowi wypada?

Czyż nie powinien raczej zadumać się nad immanentnym tragizmem losu człowieka, nad grozą egzystencji?

Otóż czy wypada, to mam w dupie. Nad grozą egzystencji zadumać się mogę w godzinach pracy, pisanie o samochodach liczę sobie jako czas wolny.

W ogóle zaś – dlaczego? Hm, dlatego, że mogę. Dlatego, że lubię samochody i umiem pisać. Dlatego, że pisanie o samochodach jest dobrym pretekstem, by samochodami jeździć oraz by o samochodach rozmawiać, jedno i drugie zaś sprawia mi przyjemność. Mam też nadzieję, że Czytelnikom jakąś przyjemność sprawi obcowanie z wynikami przecięcia się jednej z wielu moich pasji, tzn. motoryzacji, z moim zawodem, literaturą.

Przy tym nie zamierzam odbierać roboty dziennikarzom motoryzacyjnym. Benzynowy boże uchowaj. Dziennikarz motoryzacyjny ma obowiązki, pisanie o samochodach to jego praca. Musi być rzetelny, musi informować, powinien być bezstronny. Testować co dają. Ja zaś nie będę rzetelny, bo zamierzam pisać tylko o tym, jakie emocje wzbudzają we mnie te stalowo-plastikowe ustrojstwa, więc nie znajdziecie tu Państwo tekstu o Oplu Astrze ani o Dacii Logan, ani o tym jakiego diesla wybrać. Czy to dlatego, bym takimi samochodami gardził? 

Bynajmniej.

Kiedy widzę człowieka w przestronnej Dacii Logan MCV, to widzę kogoś, kto racjonalnie gospodaruje pieniędzmi, zaś jego Dacia przewiezie go razem z piątką dzieci i ich umęczoną matką z punktu A do punktu B równie dobrze, jak mnie na tej trasie przewiezie wspomniany już Lexus, czy inne auto dla ludzi niespełna rozumu. Różnica jest taka, że Lexus kosztuje tyle co piętnaście dacii, spala trzy razy więcej paliwa, zmieści dwójkę dorosłych i odrobinkę bagażu.

Owszem, mocy ma tyle co siedem dacii razem wziętych, do setki przyspiesza  trzy razy szybciej i można nim grzać 270 km/h, dacią zaś o 120 km/h wolniej, ale co z tego, skoro i tak nie można? Nawet w Niemczech, na sławnych autobahnach, szybkim jak błyskawica Lexusem o ile szybciej przemieścimy się  niż poczciwą Dacią? Obstawiałbym, że niewiele, uwzględniając korki, ograniczenia, tankowanie i tak dalej.

Dlaczego więc pisać będę raczej o Lexusie, nie zaś o Dacii? 

A dlatego, że auta jako środek transportu interesują mnie w zasadzie najmniej. Owszem, lubię podróżować samochodami, szczególnie w dalekie trasy, zaś w miejscu w którym mieszkam, podobnie jak w prawie całej prowincjonalnej Polsce samochód jest koniecznością. W mieście jednak aut raczej unikam, są efektywniejsze środki miejskiego transportu. 

 

Skoro nie jako środek transportu, to w jakich kontekstach samochody mnie interesują?

Po pierwsze, jako biżuteria. No przepraszam, ale co się będziemy oszukiwać. Mężczyzna często wsiada do auta aby się ozdobić. Kobiety chyba też, ale będę tutaj pisał o mężczyznach, bo nie byłem nigdy kobietą i tak z pierwszej ręki to nie wiem. Można się z tego śmiać, że przedłużenie penisa i tak dalej, bo w ogóle z wszystkiego można się śmiać, ale co w tym zdrożnego, że samiec homo sapiens, stworzenie tak niepozorne, mikre, blade i pozbawione pancerza  pragnie w mocy, strojności czy objętości dorównać dumnym nosorożcom, potężnym słoniom, czy kolorowym papugom?

Po drugie, lubię auta jako arcydzieła inżynierii. Jest coś niezwykle satysfakcjonującego w podziwianiu elegancji technicznych rozwiązań, tego jak jedne powracają po latach (kto by się spodziewał wielkiego powrotu rzędowych szóstek, nie tylko w BMW?), inne zaś przechodzą do lamusa, jak chociażby dziwaczna, jak z Triumpha pochodząca, saabowska przechylona rzędowa czwórka, na dodatek zamontowana wzdłużnie, z wyjściem wału napędowego do przodu, ze skrzynią biegów pod silnikiem, i tak dalej.

Po trzecie, samochód to źródło przyjemności z jazdy. Czy będzie to frajda z latania bokami po torze, czy przedzierania się przez błoto z reduktorem i blokadą mostów, czy też medytacja w dalekiej, spokojnej podróży.

Po czwarte zaś i może najważniejsze, u źródeł mojej motoryzacyjnej pasji leży jakaś infantylna, chłopięca, niedookreślona fascynacja, która zaczęła się dla mnie jakieś trzydzieści lat temu od obrazków z samochodami dołączanych do gum Turbo, których miałem dwa grube komplety.

Zaglądanie przez szybę do rzadkich wtedy, zachodnich aut, żeby sprawdzić “ile ma na blacie”. Kolega szpanujący tym, że jego tata ma malucha bisa, więc oprócz przedniego, ma też tylny bagażnik. I w zasadzie wcale od tego czasu nie stała się dojrzalsza.

Lexus LC500, do którego właśnie po tym wstępie mogę powrócić, jest interesujący na wszystkie te cztery sposoby.

Jako biżuteria, symbol statusu LC500 sprawdza się wspaniale. Norwesko-amerykański socjolog Thorstein Veblen sformułował pojęcie klasy próżniaczej, która swój wysoki status utrzymuje dzięki ostentacyjnej, zbytecznej konsumpcji i cóż lepiej może świadczyć o statusie nabywcy niż piękny, wspaniale narysowany i zaprojektowany, a jednocześnie zupełnie niepraktyczny samochód? Paw roztaczając swój piękny ogon pokazuje potencjalnej partnerce, iż geny ma tak dobre, że przetrwał mimo wydatku energii potrzebnego na utrzymanie tego ogoniska, nie służącego przecież do niczego, tylko zawadzającego. Tak samo samiec gatunku homo sapiens nabywając LC500 pokazuje samicy swoje geny, tak? No dobrze, tłumaczenie zjawisk tak skomplikowanych prymitywną wersją psychologii ewolucyjnej to raczej idiotyczny pomysł, poza tym, czyż pawiego ogona przy pomocy tego lexa nie może prezentować również samica? Może.

 

Zostawmy więc pawie i samolubne geny. Porozmawiajmy poważniej. Jaki to w ogóle jest samochód? Producent pozycjonuje LC 500 jako Gran Tourismo i jest to chyba klasyfikacja trafna, chociaż nie bez zastrzeżenia.

Po pierwsze, kategoria samochodów GT nie ma dziś zupełnie sensu. Miała sens sześćdziesiąt lat temu, kiedy drogi były szybsze od samochodów. O co mi chodzi? Proszę spojrzeć. Powiedzmy, że mamy rok 1963 i mały samochód rodzinny, Opel Kadett A, odpowiednik dzisiejszego Opla Astry. Ów niewielki i bardzo lekki samochodzik ma litrowy silnik o mocy 40 KM i prędkość maksymalną 120 km/h, czyli realnie da się nim jeździć może 100 km/h, nie szybciej. Niemieckie Autobahny już wtedy pozwalają na podróże z prędkościami o wiele większymi – dlatego produkowany jeszcze w 1963 roku Mercedes 300 SL (znany jako Gullwing, od rozkładanych do góry drzwi na kształt mewich skrzydeł) jako dysponujący 220 końmi i Vmax 250 km/h ma oczywistą przewagę nad racjonalnym, rozsądnym opelkiem. Cieszący się posiadaniem Gullwinga dyrektor dojedzie ze Sttutgartu do Hamburga o wiele szybciej, niż jego ogrodnik, poruszający się kadettem.

A dziś? Byle kompakty z dwulitrowym silnikami z turbo przyspieszają do 100 km/h w czasie zarezerwowanym kiedyś dla samochodów sportowych. Skoro więc, abstrahując od ograniczeń prawnych, nawet w Niemczech ze względu na natężenie ruchu i tak rzadko da się podróżować szybciej niż 180-190 km/h, do czego jest zdolne prawie każde rodzinne auto, to czy kategoria Gran Tourismo, samochodów przeznaczonych do szybkiego podróżowania na dalekie dystanse ma jeszcze jakikolwiek sens? Skoro równie szybko pojedziemy rodzinnym kombi?

Żadnego. Dlatego są to samochody tak cudowne i Lexus LC500 świetnie do tej kategorii pasuje, może poza jednym. Porządne Gran Tourismo powinno mieć jednak, moim zdaniem, większy bagażnik. Nikt rozsądny nie oczekuje od tego rodzaju samochodów praktyczności kombiaka, ale płaski i płytki bagażnik LC500 może wymagać od podróżującej nim pary z klasy próżniaczej wrzucenia części bagaży na tylne siedzenia (i tak nie nadają się do niczego innego), a to jest jakieś takie, no, nie wiem… Nieeleganckie? Poza tym, że niebezpieczne.

Drugim powodem mojego zainteresowania motoryzacją jest satysfakcja z obcowaniem z myślą techniczną i dobry benzynowy boże, jak to wszystko tutaj się pięknie składa. Od wolnossącej V8 z przodu, a jednak przesuniętej daleko do tyłu, za przednią oś, dla dobrego rozłożenia masy, przez dziesięciobiegowy (sic) automat, szperę i system skrętnych tylnych kół. Tylko proszę, szczęśliwi właściciele LC500, przestawiajcie go od razu po odpaleniu w tryb Sport+, bo jest to tryb cywilizowany na tyle, by poruszać się w nim na co dzień, a jednocześnie dopiero w tym trybie samochód ten jeździ tak, jak jeździć powinien.

A jak jeździ, dochodząc do trzeciego powodu mojej motoryzacyjnej pasji? No jeździ jak zły. Jasne, to nie jest sportowe auto na tor, na to jest po prostu za gruby, dwie tony to nie w kij dmuchał. Ale tak, jest to rasowe GT, więc można się nim wybrać w długą, daleką podróż autostradą w miłym towarzystwie, które w razie potrzeby można też zagłuszyć świetnie grającym systemem audio Mark Levinson, ale jeśli chcemy mieć frajdę z zakrętów, to tak, frajda też jest. Jak cholera. Proszę w tym celu zamawiać szczególnie wersje ze skrętnymi tylnymi kołami i szperą. Użyczonym mi LC500 jeździłem w aurze zimowej, asfalt był mokry, często było ślisko i nawet przy włączonej elektronicznej kontroli trakcji w zakręcie wystarczyło musnąć gaz, a tył zaraz uciekał w pięknej nadsterowności, nie wymykając się jednocześnie spod kontroli.

 

A jak to przy tym ryczy! To jednak wspaniałe w silnikach bez turbodoładowania, cała ta diabelska orkiestra pod butem. Bardzo przyjemna jest swoją drogą czułość ESP, które pozwala na trochę zabawy, pozwala bokiem polatać, dbając jednocześnie o to, by niedzielni mistrzowie kierownicy nie zakończyli swojej przygody z motoryzacją i życiem na jakimś drzewie. Bo jeśli ktoś chce jeździć LC500 jak cywilizowany człowiek, to elektronika umożliwi mu to nawet w kiepską pogodę, mimo 477 koni mechanicznych i tylnego napędu.

Tylko po co komu taki samochód, ze szperą i RWD, żeby przynajmniej dwóch zakrętów tygodniowo bokiem nie przejechać, to naprawdę nie wiem. Ale nawet jeśli ktoś jest idiotą i spróbuje wygrzebać się z zaspy wciskając gaz do dechy, ESP uśmiechnie się z politowaniem, stłumi silnik, nie odda mocy na koła i możemy sobie wbijać nogę w podłogę jak ostatni gamoń, a lex powoli, powolutku się ze śniegu wygrzebie. Można ESP oczywiście trochę wyłączyć, a tak naprawdę tylko przygłuszyć, bo przy zbyt dużym poślizgu i tak się odezwie, ściągnie cugle. To może uwierać kilku mistrzów torowej jazdy, ale znowu – to nie jest samochód na tor, to Gran Tourismo dające frajdę w zakrętach, a kupujący go klienci bardziej niż dziki drift na Silesia Ring docenią raczej nierozpierdolenie się o drzewo. Co bez ESP, z tylnym napędem i prawie pięcioma setkami koni nie byłoby perspektywą nie do wyobrażenia, więc proszę nie ględzić mi tutaj, że prawdziwy i tru kierowca obywa się bez ABS, ESP i nawet bez wycieraczek elektrycznych, a benzynę sam pędzi na strychu.

Motoryzacja w stanie czystym, cały jej szlachetny bezsens

Został jeszcze czwarty powód mojej motoryzacyjnej pasji. Autentyczna, dziecięca fascynacja. W tym celu postanowiłem zasięgnąć opinii prawdziwych dzieci, do tego moich własnych, bo trochę razem LC500 pojeździliśmy, ja za kierownicą, oni na przesuniętym mocno siedzeniu pasażera z przodu i za pasażerem z tyłu, bo w takiej konfiguracji w LC500 zmieszczą się trzy samczyki homo sapiens, jeden pełnowymiarowy, dwa raczej kompaktowe:

Franek, lat 12

Nie podoba mi się z zewnątrz design, bo ma tę atrapę jak wielki pysk wieloryba i w środku też mi się nie podoba, bo ma mnóstwo załamań i zakamarków, a ja lubię jak auta mają wszystko płaskie. Ale ma fajną elektronikę i ekrany i super wygodne fotele.

Jasiek, lat 8

Podoba mi się, bo jest wyścigowy i ma super klamki w środku takie dziwne i na zewnątrz takie wysuwane i spojler też i ekstra silnik ryczy i ten wyświetlacz się przesuwa i w ogóle jest ekstra, łaaaaaaaa.

Tyle chłopcy. Odpowiadając zaś na pytania nieco starszych chłopców – czy Lexus LC500 ma sens?

Żadnego. To niepraktyczny, niepotrzebnie mocny, paliwożerny samochód. Nikt takiego nie potrzebuje, dlatego właśnie to taki wspaniały kawał fury, motoryzacja w stanie czystym, cały jej szlachetny bezsens. O takich autach wyłącznie będę tu pisał.

Teraz parę wskazówek dla zainteresowanych zakupem:

Proszę nie zamawiać czarnych, to raz, bo żółty albo czerwony wyglądają o wiele bardziej spektakularnie, a nie jest to samochód, który ma służyć do bycia niezauważonym.

 

Dwa, jeśli już musi być czarny albo granatowy, bo ktoś tak ma, to proszę brać beżowe wnętrze, bo z beżowym wygląda na trzy razy droższe niż jest. 

Szpera i skrętne tylne koła koniecznie. W komplecie w wersji Superturismo jest też dach z włókna węglowego, skoro jest to jest, ale gdyby trzeba zań dopłacać, to lepiej byłoby wydać te pieniądze na karnet na siłownię, oszczędność ciężaru będzie większa. W ogóle nie rozumiem tej karbonowej manii w samochodach bez wyścigowej klatki i bocznych szyb z pleksi, serio.

Co mi się nie podoba?

Wielu ludzi skarży się na infotaiment w Lexusach, a ja zaprawdę powiadam wam, widziałem gorsze w droższych autach. Widziałem najlepszych kierowców mojej generacji wydających komendy głosowe, które ich samochody ignorowały z pasywną agresją właściwą długotrwałym, toksycznym związkom, w Lexusie zaś komendy głosowe działają nieźle, zaś do obsługującego infotainemt gładzika można się przyzwyczaić. Źle nie jest.

Co jest złe, to podgrzewanie i wentylacja foteli ukryte głęboko w menu systemu. Nie, serio, tak się nie robi. To ma być na guzik, może być fizyczny, może być gdzieś na wyświetlaczu, ale po ręką, nie żeby trzeba było szperać w menu jak w poszukiwaniu ustawień sterownika drukarki. To więc raz.

Dwa, to o bagażniku już mówiłem. Powinien być trochę większy.

Trzy – nie ma.

Nie ma, nie powiem nic złego o tym, że tylne siedzenia są dla picu, bo to jak skarżyć się, że zimą w Alpach palmy były raczej niepozorne. Tak samo jest z tym, że pali LC500 tyle, ile się do niego wleje i to szybko – jeśli ktoś chce oszczędne auto, to nie kupuje pięciolitrowego V8, tylko coś z silniczkiem od kosiarki, a następnie porusza się z prędkością 60 km/h (byle nie lewym pasem), wtedy jest oszczędnie.

Tyle ode mnie. Jak już mówiłem: kawał fury. Jeździłbym, ale mam dzieci, które raczej nie ucieszyłyby się z konieczności amputacji nóżek celem bycia wożnymi na tylnych siedzeniach LC500. Na drugi samochód – z rozkoszą.

Więcej:motoryzacja