Po jakimś czasie wiele osób pamiętających tamten okres zaczęło publikować swoje wspomnienia, które często koncentrowały się na nieudanych przedsięwzięciach, na rządowej opresji i na osobach, które oszalały. W mojej pamięci te czasy wyglądały nieco inaczej, więc postanowiłem w końcu napisać powieść, którą zatytułowałem The Other Side of Haight. Zrobiłem to częściowo dlatego, aby sprostować niektóre informacje. Akcja książki toczy się w dzielnicy Haight-Ashbury w San Francisco i opowiada o tym, że banda radosnych i eksperymentujących z narkotykami hipisów przejmuje finansowany przez CIA burdel, w którym mężczyznom podawane jest LSD, a ich spotkania z prostytutkami są obserwowane przez weneckie lustro. Postacie hipisów są fikcyjne, ale eksperyment CIA naprawdę miał miejsce. Napisałem tę powieść, żeby przypomnieć o pozytywnym etosie nowo powstałej społeczności psychodelicznej i przy okazji przedstawić opis udanego doświadczenia wywołanego przez wysoką dawkę substancji psychodelicznej. Nie byłem pierwowzorem żadnej z postaci zaprezentowanych w tej książce, ale mogłem zamieścić w niej wiele wspomnień dotyczących wydarzeń i ludzi z tamtego okresu.

Udało mi się pozostać na Uniwersytecie Stanforda na tyle długo, że napisałem pierwszy doktorat z psychologii poświęcony efektywności terapii z użyciem LSD. Wszystkie ówczesne badania zostały jednak niespodziewanie wstrzymane, więc dopiero w zeszłym roku opublikowałem najważniejsze wnioski wyciągnięte z naszych badań. Przedstawiłem je w kilku rozdziałach mojej książki Przewodnik psychodelicznego podróżnika.

Z jednej strony brał pan udział w akademickich badaniach nad psychodelikami, a z drugiej spędzał dużo czasu z Kenem Keseyem i Merry Pranksters. Czy trudno było panu żyć w tych dwóch światach jednocześnie?

- Zdążyłem już wspomnieć, że tak naprawdę prowadziłem trzy życia, ponieważ za dnia studiowałem konwencjonalną psychologię, nocami pochłaniałem wszelkie możliwe informacje dotyczące odmiennych stanów świadomości, a niektóre weekendy spędzałem w środowiskach skupionych wokół Kena Keseya. Na całym Uniwersytecie Stanforda byłem chyba jedynym studentem, który nosił marynarkę i krawat. Nigdy nie uważano mnie za zagrożenie albo za osobę spoza systemu. Udawało mi się to dzięki temu, że w każdej sytuacji byłem przyjaźnie nastawiony i uprzejmy, w szczególności wobec pracujących na moim wydziale sekretarek, które stanowią prawdziwą władzę w każdym systemie akademickim. Po prostu nie wyróżniałem się pod żadnym względem i sumiennie wypełniałem swoje obowiązki. Wyglądałem jak student zarządzania, więc niewielu wykładowców w ogóle zwracało na mnie uwagę.

Moja praca z psychodelikami i desperackie próby zrozumienia światów ukazywanych przez te substancje w znacznym stopniu były moją prywatną sprawą. Gdybym miał trochę większy pokój, miałbym w nim dwa duże regały. Na jednym znajdowałyby się książki poświęcone psychologii głównego nurtu, a na drugim książki poświęcone świadomości. Inni badacze zainteresowani umysłem mieli dla mnie oczywiście ogromne znaczenie, ale byłem od nich znacznie młodszy. Akceptowali mnie, lecz tak naprawdę nigdy nie należeliśmy do tego samego kręgu towarzyskiego. Niewątpliwie byłem przez nich postrzegany jako uczeń.

Ludzie skupieni wokół Kena Keseya zawsze cieszyli się na mój widok, ale nigdy nie dopuścili mnie do wewnętrznego kręgu. Spędzali ze mną czas głównie dlatego, że prowadziłem legalne badania nad psychodelikami. Oni natomiast w szalony i radosny sposób prowadzili eksperymenty społeczne polegające między innymi na tym, że entuzjastycznie zażywali i rozdawali psychodeliki oraz marihuanę. Myślę, że byłem przez nich raczej tolerowany niż lubiany. Ich otwartość na absolutnie każdego była dla mnie prawdopodobnie zbyt przerażająca. Nigdy nie wniknąłem głębiej w ich świat, ponieważ prawdopodobnie nie byłbym w stanie znieść ich stylu życia. Uwielbiali całonocne imprezy i byli w stanie po prostu wstać, a następnie bez żadnego konkretnego powodu pojechać w miejsce oddalone o kilkaset kilometrów. Ich zachowania wydawały mi się zbyt irracjonalne.