W lipcu tego roku popularne czasopismo naukowe “Lancet” opublikowały prognozy dotyczące zaludnienia świata, według których dzietność na świecie będzie regularnie spadać. Autorzy badania oszacowali podstawowy scenariusz, z którego wynika, że liczba ludności świata osiągnie swoje maksimum w 2064 r. (9,7 mld ludzi), a następnie zacznie stopniowo maleć do 8,8 mld w 2100 r. I chociaż zmiany w poszczególnych krajach będą dość zróżnicowane (eksperci przewidują wzrost populacji Afryki, Argentyny, Meksyku, Peru i kilku innych krajów), to dane wskazują jasno – spadek liczby ludności odnotuje większość krajów, a problem najbardziej dotknie obszary rozwinięte ekonomicznie. Dotyczy to również Polski – zgodnie z przewidywaniami naukowców do 20100 roku liczba mieszkańców naszego kraju zmniejszy się z obecnych niemal 38 milionów do 15 milionów. W obliczu takiego kryzysu populacyjnego migracje staną się koniecznością.
 
 
Co na to polscy naukowcy? Demografka z Instytutu Statystyki i Demografii SGH, członkini Komitetu Nauk Demograficznych PAN prof. Irena E. Kotowska uważa, że przewidywania opublikowane w czasopiśmie są ciekawym ćwiczeniem prognostycznym, ale trzeba podchodzić do nich z ostrożnością, ponieważ nie są jedynymi i wykazują rozbieżności z prognozami przygotowanymi na przykład przez ONZ. Według szacunków ONZ bowiem liczba ludzi na świecie będzie regularnie rosnąć, choć coraz wolniej i w 2100 roku osiągnie 10,9 mld. Według tych wyliczeń Polskę czeka nieco bardziej optymistyczny scenariusz – w 2100 roku teren naszego kraju ma zamieszkiwać około 23 mln, czyli o 8 mln więcej, niż sugerują prognozy czasopisma “Lancet”. Skąd wynikają takie różnice w prognozach? Głównie z odmiennych założeń dotyczących zmianami w dzietności.
 
 
Jest jednak jeden obszar, w którym prognozy różnych instytucji się pokrywają – szybkość starzenia się społeczeństw i regularne kurczenie się liczby osób w wieku produkcyjnym. "To bardzo trudne wyzwanie – zarówno dla systemu ekonomicznego, jak i dla systemu zabezpieczenia społecznego" – mówi Kotowska.


  
Jakie przełożenie mają te prognozy na nasze życie? 

Eksperci szacują, że pokolenie dzisiejszych millenialsów może dożywać wieku nawet 100 lat, ale według Kotowskiej nie powinno być to zbyt wczesnym powodem do radości, ale motywacją do przygotowania się na długie życie. Bo długie życie wcale nie musi oznaczać życia w dobrym zdrowiu. “Musimy pamiętać, że to, w jakiej kondycji zdrowotnej przeżyjemy swoje życie, zwłaszcza po siedemdziesiątce, zależy nie tylko od czynników zewnętrznych, ale i od naszych zachowań przez całe życie. Warto pomyśleć o swojej odpowiedzialności za przebieg życia" – podkreśla.
 
Czy perspektywa długiego życia w starzejącym się społeczeństwie oznacza, że dzisiejsi 30-latkowie nie powinni liczyć na godną emeryturę od państwa? 
"Ogromnie ważne jest to, by pracować i pozyskiwać dochody, póki można. Musimy zakładać, że konieczne będzie uzupełnianie istniejących rozwiązań zabezpieczenia emerytalnego, bowiem one nie zagwarantują wystarczających dochodów w coraz dłuższym okresie życia po osiągnięciu wieku emerytalnego. Trzeba się do tego przygotować" – mówi demografka.