EWELINA JAMKA: „Ponad 10 mld złotych do końca 2018 roku przeznaczy rząd na poszerzenie programu 500+ – zapowiedziała wicepremier Beata Szydło
podczas wizyty w mieszkaniu Niny i Macieja, pary 30-latków z Poznania. Wsparcie w wysokości 500 zł dostanie każdy, kto tak jak Nina, boryka się z
samotnym wychowywaniem swojego partnera…” – czytam jeden z „niusów” na aszdzienniku i chichoczę. Jak się narodził pomysł na informacyjny serwis satyryczny?

RAFAŁ MADAJCZAK: Nie byłoby aszdziennika, gdybym nie pracował jako redaktor w portalu 02.pl. W 2009 roku przewalałem tony depesz i newsów, pracowicie tworząc portalowe treści i nagłówki. W takiej pracy nie da się uciec od powtarzalności sformułowań, w kółko tych samych chwytów stylistycznych. Zna to każdy pracujący w newsowych mediach. Żeby nie zwariować albo po prostu podzielić się czymś, co mnie rozśmieszyło, wrzucałem na swojego Twittera satyryczne wpisy dotyczące bieżących wydarzeń, a czytali mnie znajomi głównie ze środowiska mediowego. Więc aszdziennik – choć wtedy tej nazwy jeszcze
nie było, występowałem jako Ojciec Redaktor – zrodził się z ciężkiej pracy i krwawej rzeczywistości portalowej. Były i pot, i łzy, ale dotyczyły mojej codziennej pracy, natomiast wpisy były moimi wentylami bezpieczeństwa.

Czyli Ojciec Redaktor odreagowywał codziennie frustracje, nabijając się z dziennikarsko-redaktorskich paradoksów, i tak to sobie hulało aż...

- Aż wpadło mi do głowy, że fajnie byłoby mieć rubrykę humorystyczną w jakimś poważnym tygodniku. Zrobiłem próbną makietę, przy okazji tej próby powstała nazwa. Przypomniałem sobie o Naszym Dzienniku, potem ze ktoś używał określenia "asze" na określenie plemiennej własności i  tak powstał „asz dziennik”. Jednak żaden tygodnik nie bił się o publikowanie. Postawiłem więc stronę w wordpressie, potem załżyłem konto na Twitterze i Faceboku. Nadal zarabiałem na życie w portalu internetowym, a asz dziennik istniał dla mojej przyjemności. I to były piękne czasy swobodnej kreacji w blogosferze.

Czyli bez ciśnienia i bez zarabiania, aż przyszedł inwestor i zrobiło się na poważnie?

- Nie przyszedł inwestor, tylko ja zacząłem pracę w natemat.pl, ale niezwiązaną z aszdziennikiem. Jakoś rok temu padł pomysł,  żeby zrobić z aszdziennika regularny serwis. Powstała spółka ASZ dziennik - ja dałem pomysł, a Grupa naTemat za to zapłaciła. Założyłem, że jeśli to nie wyjdzie, to wrócę do pracy, którą wykonywałem wcześniej, a aszdziennik znów będzie działał nieformalnie. 

Ale wyszło - zasięg aszdziennika to od 700 tys. do 1,4 mln Unikalnych Użytkowników, 49 tys. obserwujących na Twitterze i 249 tys. na Facebooku. Nadal robisz to sam?

- Na szczęście już nie. Od roku ASZ to Łukasz Jadaś, Mariusz Ciechoński i ja. Szukając ludzi do zespołu szukałem zwracałem przede wszystkim uwagę na ich sposób myślenia, rozumienia konwencji. No ale poza poczuciem humoru potrzebna też jest znajomość specyfiki mediów, bo używając parodii i pastiszu, trzeba znać chwyty stosowane w tym, co chce się sparodiować.

Jak wygląda wasza codzienna praca jako redaktorów serwisu rozśmieszającego ludzi? Pijecie kawę i radośnie przerzucacie się żartami?

- Nic byśmy tak nie zrobili. Robimy ciągle research tak  jak w innych redakcjach, musimy mieć rękę na pulsie i wiedzieć, co się dzieje. I jak już wiemy, co się dzieje, to musimy się do tego odnieść - z wyjątkowym nagłówkiem, i śmiesznym, przykuwającym uwagę i generującym kliknięcia, i z pointą też oczywiście superśmieszną.