Kiedy Bob Taylor pracował w Biurze Zaawansowanych Badań i Technologii NASA, w gabinecie nie miał komputera – bo w tym czasie nie istniały jeszcze komputery, które można by zmieścić w gabinecie. Trudne w obsłudze, drogie, ważące wiele ton maszyny obliczeniowe stały w specjalnych klimatyzowanych salach. Nieliczni tylko przewidywali, że nadchodzi komputerowa rewolucja. Jednym z tych wizjonerów był wynalazca, który w roku 1963 pojawił się w biurze Taylora.

DREWNIANY PRZYBYSZ Z PRZYSZŁOŚCI

Wynalazca nazywał się Doug Englebart. Zaproponował kilka rozwiązań, które miałyby ułatwić obsługę komputera, uczynić z niego maszynę dostępną nie tylko dla programistów, ale też dla zwykłych ludzi. Englebart uważał, że komputery przyszłości będą wyposażane w ekran. Przedstawił Taylorowi kilka pomysłów urządzeń, które pomogłyby komputer z ekranem obsługiwać. Taylor zdecydował, że NASA powinna wspomóc finansowo badania Englebarta.

Dzięki wsparciu agencji wynalazca wybudował wkrótce kanciaste drewniane pudełko z metalowymi kółkami. Z pudełka wystawał przewód, przypominający trochę ogon. To właśnie ze względu na ten przewód-ogon, pudełko zostało nazwane myszą.

W latach sześćdziesiątych mysz była jak przybysz z przyszłości – świat potrzebował kilkunastu lat, żeby do niej dorosnąć. Teraz nie może się bez niej obejść. Drewniane pudełko, zbudowane przez wynalazcę wizjonera dzięki pieniądzom NASA, dało początek niezliczonym zastępom komputerowych myszy, obecnych w milionach domów i biur.

 

DO BIBLIOTEKI ZAMIAST DO STOŁÓWKI

W roku 1970 Adam Kissiah, technik NASA zatrudniony w Centrum Kosmicznym Kennedy’ego, zaczął w zastraszającym tempie tracić słuch. Wkrótce nie słyszał już prawie nic. Postąpił wtedy, jak na inżyniera NASA przystało – zaczął obmyślać wynalazek, dzięki któremu będzie mógł słuch odzyskać.

Po czterech latach wpadł wreszcie na pomysł urządzenia. Pracował nad aparatem przez następne trzy lata, ślęcząc w bibliotece centrum po godzinach pracy i podczas przerw obiadowych. Praca szła mu ciężko, bo nie miał żadnego wykształcenia medycznego, był technikiem. Ale pomogło mu doświadczenie uzyskane podczas pracy nad programem Apollo (Kissiah zajmował się między innymi czujnikami wychwytującymi wibracje).

Wreszcie w roku 1977, dzięki pomocy prawnej NASA, uzyskał patent na implant ślimakowy swojego pomysłu, w którym elektrody zastępują uszkodzone nerwy w uchu, przekazując impulsy elektryczne.

Pomysł został potem bez pozwolenia wynalazcy skopiowany i dziś implant zaprojektowany przez Kissiah często wszczepia się pacjentom. Inżynier postanowił, że nie będzie wytaczał procesów firmom medycznym, bo zależało mu przede wszystkim na tym, by niesłyszący mogli korzystać z jego wynalazku. Dopiero po latach uzyskał pewną gratyfikację: NASA przyznała mu w 2003 roku nagrodę wysokości 21 tys. dolarów.

Z MORZA W KOSMICZNE PRZESTWORZA

Drogi rozwoju technologicznego przypominają czasem ścieżki biologicznej ewolucji. Życie na Ziemi wyszło z mórz, by zapełnić lądy i przestworza. A kosmiczny skafander NASA wyewoluował z gumowej tratwy. W roku 1947 firma International Latex Corporation Dover (ILC Dover) rozpoczęła produkcję gumowych łodzi dla armii amerykańskiej. Dzięki temu rozwinęła technologię produkcji bardzo wytrzymałych, nieprzepuszczających powietrza impregnowanych tkanin.

Następnym krokiem było opracowanie skafandrów i hełmów dla pilotów amerykańskich samolotów szpiegowskich U-2, maszyn latających na bardzo dużych wysokościach. Wreszcie w 1965 roku ILC Dover wygrała przetarg na produkcję skafandrów kosmicznych dla śmiałków, wyruszających w kosmos w ramach misji Apollo.

Najważniejszą cechą tych skafandrów, złożonych z wielu warstw impregnowanego gumą nylonu, była ich absolutna hermetyczność. Firma Latex użyła potem podobnej technologii do wytwarzania masek przeciwgazowych i opracowania nowoczesnej, sterylnej metody opakowywania leków.

 

ZIMNE UBRANIE

Jeżeli astronauta wybiera się na kosmiczny spacer, musi pod skafander włożyć specjalną, chłodzoną płynem bieliznę. Ta bielizna, opracowana na potrzeby lotów kosmicznych, jest teraz wykorzystywana również na Ziemi – np. przez kierowców samochodów wyścigowych, techników obsługujących reaktory jądrowe, strażaków. Kosmiczna bielizna pomaga również pacjentom – chorym na stwardnienie rozsiane. W chorobie tej nawet nieznaczne podwyższenie temperatury ciała prowadzi do nasilenia się symptomów. A temperatura ciała rośnie w sposób naturalny w ciągu dnia, by osiągnąć maksimum wczesnym wieczorem. Dlatego około godziny 18.00 wielu pacjentów szuka chłodu.

Klimatyzowana bielizna może się też przydać chorym na hipohydrotyczną dysplazję ektodermalną (HED) – chorobę genetyczną, która powoduje, że człowiek nie poci się w stopniu wystarczającym do ochłodzenia organizmu, co prowadzić może do udaru.

Korporacja ILC Dover produkuje chłodzone odzienie pod nazwą Cool Vest. Inna współpracująca z NASA firma, Life Support Systems Inc. (LSSI), wytwarza podobną konfekcję, znaną jako Cooling Suit.

Ten drugi produkt wytwarzany jest w wersji przeznaczonej specjalnie dla dzieci chorych na HED. Składa się z czepka i wygodnej kamizelki, którą można nosić pod ubraniem. Specjalny płyn oziębiany jest przez malutką, zasilaną baterią lodóweczkę i pompowany do rurek przebiegających poprzez kamizelkę i czepek, gdzie cyrkuluje, chłodząc głowę i korpus dziecka. Jak zapewnia producent: Cooling Suit jest w stanie wychwycić 40–60 proc. ciepła nagromadzonego w rozgrzanym organizmie.

OZON I NACZYNIA KRWIONOŚNE

Kiedy w latach 80. zaobserwowano nad Antarktydą dziurę ozonową, NASA natychmiast zajęła się tym problemem. Inżynierowie ze słynnego Laboratorium Napędu Odrzutowego w Pasadenie opracowali metodę badania powłoki ozonowej na odległość za pomocą tzw. lasera ekscymerowego. Stworzyli urządzenie, które kontroluje czas trwania wysyłanego impulsu świetlnego. Można za jego pomocą emitować błyski krótsze niż milionowa część sekundy.

Firma Advanced Interventional Systems zastosowała wynalazek NASA w kardiologii. W urządzeniu Dymer 200+ laser przepycha zatkane tętnice. Ponieważ impulsy światła są krótkie (200 miliardowych części sekundy), ściany naczyń krwionośnych nie nagrzewają się w stopniu, który mógłby im zagrażać.

Światło dociera do zatkanego miejsca poprzez cewnik wypełniony włóknami optycznymi. Angioplastyka z użyciem lasera jest bezpieczniejsza niż operacja wszczepienia bypasów i wygodniejsza niż poszerzanie tętnic za pomocą baloników.

 

KSIĘŻYCOWE NARZĘDZIA

Innym wynalazkiem, który z laboratoriów NASA trafił do klinik kardiologicznych, jest urządzenie wspomagające lewą komorę serca znane jako LVAD (Left Ventricular Assist Device). Stosuje się je u pacjentów oczekujących na przeszczep serca lub podczas rekonwalescencji po operacji kardiologicznej. Ostatnio lekarze próbują też wszczepiać LVAD na stałe – zamiast przeszczepiać serce. Aparat został opracowany przez Davida Sauciera z NASA (specjalistę od napędów rakietowych) oraz lekarza Michaela DeBakeya i jest owocem mariażu wiedzy medycznej i kosmicznej techniki.Najpopularniejszym chyba sprzętem medycznym, który powstał dzięki NASA, jest termometr na podczerwień. Używany dziś nie tylko w szpitalach i przychodniach, ale też coraz częściej w domach prywatnych, instrument ten w przeciągu sekundy dokonuje kilkuset pomiarów temperatury ciała i wyciąga z nich średnią. Wystarczy na moment włożyć termometr do ucha lub przytknąć do czoła. Można na przykład zmierzyć temperaturę dziecku, kiedy śpi.

Termometr na podczerwień powstał dzięki opracowanej przez NASA technologii mierzenia temperatury odległych gwiazd.Przywożenie pamiątek jest jedną z podstawowych potrzeb podróżnika. Wiedzą o tym mieszkańcy wszystkich miejscowości wypoczynkowych i zbijają niemałe pieniądze na produkcji souvenirów.Są jednak takie miejsca, gdzie straganów z pamiątkami nie ma. Na przykład Księżyc. Dlatego astronauci wyruszający na Srebrny Glob musieli o pamiątki zatroszczyć się sami. W tym celu NASA zamówiła w firmie Black & Decker specjalną wiertarkę, za pomocą której można było pobrać próbki księżycowych skał.

Musiała być lekka, żeby astronauta mógł ją nieść. Musiała łatwo wwiercać się w księżycową skałę. A przede wszystkim musiała mieć własne źródło zasilania, aby zdobywcy Księżyca mogli jej używać z dala od miejsca lądowania. Firma Black & Decker wywiązała się z zadania i jej wiertarka w 1969 roku wwierciła się w Księżyc. Po tym sukcesie Black and Decker rozpoczął seryjną produkcję bezprzewodowych wiertarek.Kiedy więc następnym razem weźmiesz do ręki akumulatorowy wkrętak, pomyśl o tym, że to narzędzie rodem z Księżyca. Możesz też wyobrazić sobie, że rozklekotana komoda, którą chcesz zreperować, to statek kosmiczny. Nie powtarzaj tylko w kółko „Houston, mamy problem”, bo żona się zaniepokoi i przybiegnie z termometrem na podczerwień sprawdzić, czy aby nie masz gorączki.

CZY Z NASA JEST KASA?

Amerykańska agencja kosmiczna powstała w 1958 roku, w czasach zimnej wojny. Nikt wtedy w USA nie zastanawiał się, czy warto latać w kosmos. Wyprawy na orbitę i na Księżyc miały przede wszystkim wartość propagandową, chodziło o udowodnienie technologicznej i cywilizacyjnej wyższości nad Związkiem Radzieckim. Dziś ideologiczne znaczenie eksploracji kosmosu zmniejszyło się, poza tym ludzie stali się bardziej świadomi olbrzymich problemów, z jakimi boryka się ludzkość na Ziemi. Coraz częściej słychać pytanie: czy loty kosmiczne to nie fanaberia? Czy nie możnaby tych kilkunastu miliardów dolarów, które co roku otrzymuje NASA, wydać w sposób bardziej pożyteczny?

Na ten zarzut przedstawiciele NASA odpowiadają, że pieniądze wydawane na loty kosmiczne są świetną inwestycją. Głoszą, że – dzięki technologiom, które powstają na użytek podboju kosmosu – każdy dolar wydany przez NASA przynosi co najmniej siedem dolarów gospodarce USA. Jednak niezależni eksperci (np. Niemiec dr Ulrich Schmoch) nie potwierdzają tych wyników. Twierdzą raczej, że każdy wydany przez NASA dolar przynosi gospodarce 10 centów. Faktem jest, że niejedna kosmiczna technologia trafiła w końcu do zwykłych ludzi, ale było ich tak naprawdę mało, jeśli zważyć olbrzymie wydatki ponoszone przez NASA.