1 kwietnia w ręce urzędników Białego Domu trafił raport narodowej akademii nauk Stanów Zjednoczonych (NASEM) wskazujący na możliwość przenoszenie się nowego koronawirusa w aerozolach. Raport bazuje na odkryciu dokonanym przez uniwersyteckie centrum medyczne uczelni stanowej w Nebrasce. Niedługo później amerykańskie Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom (CDC) zaczęło rekomendować Amerykanom zakrywanie twarzy, gdy przebywają poza domem.

 

 

Naukowcy odkryli “niezliczone dowody występowania wirusowego RNA w izolatkach chorych na COVID-19” w próbkach z powietrza i z mało dostępnych powierzchni. Ślady wirusa odnajdywano nawet w kolektorach powietrza oddalonych od łóżek pacjentów o 2 metry, powszechnie przyjmowany dystans, który powinno zachowywać się od innych ludzi w celu uniknięcia infekcji.

Teoria głosi, że kaszlący chory wyrzuca z siebie duże drobinki wody z groźnym patogenem. Są one na tyle ciężkie, że pod wpływem grawitacji opadają na powierzchnie oddalone od kaszlącego o 100 – 150 cm. Dwa metry powinny wystarczyć, by te kropelki nie trafiły bezpośrednio na nasze twarze. Inna sprawa, że można przenieść je nieświadomie do śluzówki nosa, oka czy ust dłonią którą wcześniej dotknięto skażonej powierzchni. Stąd ciągłe mówienie o konieczności mycia rąk.

Teraz jednak pojawiło się ryzyko, że wirus może podróżować w bardzo małych kropelkach wody wielkości 5 mikrometrów. Są tak lekkie, że mogą unosić się w powietrzu nawet 3 godziny. Wyobraźcie sobie, że możecie wejść do pokoju czy windy, w której jechał ktoś chory. Nie musiał kaszleć, wystarczy, że oddychał. Chwilowo znaleziono jedynie ślady RNA wirusa, a nie ”żywą” cząsteczkę zdolną zarażać.

 

 

- Ludzie stojący za tymi badaniami nie mają jednak żadnych wątpliwości, że wirus roznosi się w powietrzu. To oczywiste – tłumaczy w czasopiśmie ”Nature” Lidia Morawska, ekspertka od aerozoli z australijskiego Queensland University of Technology.

Służby sanitarne w Azji, Europie i Ameryce Północnej do tej pory zgodnie utrzymywały, że większe krople wydzielane przez chorą osobę w czasie kaszlu lub kichania są głównym źródłem transmisji koronawirusa, zauważa magazyn ”Science”. Jeżeli ostatecznie udowodni się rozsiewanie wirusa SARS-CoV-2 w tych najdrobniejszych cząsteczkach wody, konieczna może być globalna zmiana podejścia do publicznego noszenia masek przez wszystkich, czytamy na serwisie pisma ”The Scientist”.

Nie poddane jeszcze wzajemnej ocenie eksperckiej (ang. peer review) badanie z Hongkongu udowadnia, że rinowirusy, wirus grypy oraz ludzkie koronawirusy (nie wliczając jednak SARS-CoV-2) rozsiewane są w kropelkach wody i aerozolach. Także to, że stosowanie w obecności patogenu maseczek chirurgicznych przez pacjentów zmniejsza obecność śladów RNA wirusów z obu źródeł transmisji. 

Na swoją weryfikację przez niezależnych badaczy czeka raport z badania przeprowadzonego w szpitalach w Wuhan. Pokazano w nim, jak poprzez ruch osób po korytarzach placówek, sprzątanie powierzchni oraz w czasie zdejmowania ochronnego wyposażenia zawieszone w aerozolach wirusy ponownie wznoszą się w powietrze.

Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) powietrzna transmisja patogenu może być możliwa podczas niektórych procedur medycznych, jak np. intubacja pacjenta. Oenzetowska agencja uczula jednak przed zbyt pochopnym ufaniem w wyniki badań wskazujących na transmisję w aerozolach. Jako wątpliwy przykład wskazuje się m.in. publikację z połowy marca.

W doświadczeniach opisanych w czasopiśmie ”New England Journal of Medicine” naukowcy użyli nebulizatora (urządzenia do zamiany roztworu w aerozol) wysokiej mocy, którego działania nie da się zestawić z sytuacjami ”z życia”, jak kaszlący człowiek. – Dalsze badania konieczną są by potwierdzić czy można wykryć wirusa odpowiedzialnego za COVID-19 w powietrzu z próbek pobranych z pokojów pacjentów, gdzie nie przeprowadzano żadnych zabiegów w czasie których powstają aerozole – przekonuje WHO.

 

 

Choć pewności możemy nie uzyskać jeszcze długo, zmiana w podejściu do nakazu noszenia masek ochronnych w miejscach publicznych jest coraz bardziej widoczna. W Chinach, Japonii, Korei Południowej czy na Tajwanie i w Singapurze było to normą. W Europie niemal od razu taki obowiązek narzucono na Czechów i Słowaków, właśnie wprowadzono w Austrii i planuje się powszechny obowiązek w Niemczech.