Nigdy nie lubiłem palić marihuany. Za młodu kopciłem jej bardzo dużo, ale robiłem to głównie ze względów towarzyskich; trawa nigdy nie była moją ulubioną trucizną. Owszem, zdarzały mi się po niej uczucie głębokiego, błogiego relaksu, histeryczne ataki śmiechu, czy spadające na mój mózg kaskady abstrakcyjnych asocjacji, ale dużo częściej trawa powodowała u mnie obezwładniające paranoje. Momentalnie, po paru pierwszych machach, robiło mi się sucho w ustach, kolana miękły mi pod ciężarem własnych myśli, które krążyły głównie wokół nadchodzącego końca świata i mojej własnej, osobniczej śmierci. W skrócie - nie było fajnie, i zamiast stawać się wyluzowanym rastamanem zamieniałem się bardziej w przerażonego, czerwonookiego ludka z anty-marihuanowego plakatu Lutczyna z lat osiemdziesiątych.

 

Jarałem jednak jak głupi, jakby na złość samemu sobie

Przy pisaniu swojej drugiej książki, "Radio Armageddon", paliłem codziennie, starając się dzięki niej wejść w stan, w którym rozgorączkowany język książki "będzie tworzył się sam na moich oczach". Proszę mi wybaczyć, pisarze poniżej 25 roku życia mają różne dziwne pomysły, zwłaszcza, jak sami naczytają się autorów typu William Burroughs czy Philip K. Dick. Efekt tych eksperymentów był taki, że krytycy uznali tę książkę za w dużej mierze niezredagowany bełkot, a ja sam, przyznając im częściowo rację, wydałem poprawioną i zredagowaną wersję powieści parę lat później. Z drugiej strony, gdy dzisiaj wracam do tej książki, to widzę, że pomimo tego, że trawa potrafiła nałożyć mi na łeb filcowy garnek lęku i sprawić, że czułem się jak więzień styropianowego reality show, pomogła mi też wpaść na parę naprawdę ciekawych pomysłów.

Dzisiaj mogę być tylko teoretykiem marihuany - od paru lat z używek pozostały mi tylko kawa i słodycze. Mój stosunek do samego palenia jest bardzo ambiwalentny. Wierzę w to, że różne przetwory z konopii, jak i samo THC może mieć zastosowanie medyczne przy okazji różnych chorób, przede wszystkim łagodzić ich symptomy. Z drugiej strony, wcale nie uważam marihuany i haszu za dobroczynne eliksiry zdrowia, życia i szczęścia. Owszem, trawa nie wywołuje takich spustoszeń w życiu konsumenta jak alkohol czy kokaina, ma zupełnie inny tzw. bilans strat oraz nawet  przy codziennym zażywaniu pozwala na w miarę normalne funkcjonowanie. Potrafi jednak bardzo mocno uzależnić psychicznie, zdewastować organizm, bardzo mocno poluzować związki zażywającego z rzeczywistością,  wpędzić w katatonię i depresję.

Reasumując - to, co myślę o trawie nie jest czarno-białe, wynika z doświadczeń moich i przyjaciół, oraz sprawia, że czuję się trochę samotny w przestrzeni publicznej, w której w kwestii narkotyków wypowiadają się albo średniowieczno-radiomaryjni ignoranci albo bezkrytyczni apologeci nieskrępowanej ćpurni.