Niewygodna prawda do szuflady. Dlaczego nie wszystkie odkrycia można opublikować?

W laboratorium wszystko wygląda czysto: hipoteza, eksperyment, dane, wnioski. Brud zaczyna się później – w mailach z redakcji, w recenzjach, w negocjacjach o słowa, o wykresy, o to, co “może zaszkodzić”, “jest zbyt ryzykowne” albo “nie wnosi nic nowego”. Bywają odkrycia, których nie blokuje żadna tajna policja nauki. Blokuje je system: ambicje, pieniądze, strach przed kompromitacją, paradygmaty i procedury bezpieczeństwa. A czasem po prostu cudza wygoda.
...

W popularnym wyobrażeniu naukę napędzają przełomy. W praktyce ogrom pracy to sprawdzanie, czy coś nie działa, czy hipoteza jest fałszywa, czy efekt z pierwszej publikacji da się powtórzyć. Tyle że wyniki negatywne mają słabą walutę. Redakcja chce cytowań, autor chce kariery, grantodawca chce “konkretu”. Negatywne dane nie pasują do tej ekonomii.

Czytaj też: Mikroroboty z bakterii? Najpierw trzeba było sprawdzić, czy ich kompas naprawdę daje radę

Klasyczny przykład z medycyny to problem selektywnego publikowania wyników badań nad lekami przeciwdepresyjnymi. Mechanizm jest prosty: jeśli część badań pokazuje niewielki efekt lub brak efektu, a część – efekt dodatni, to w obiegu naukowym i medialnym zostają przede wszystkim te “pozytywne”. Potem lekarz widzi metaanalizę złożoną z publikacji, które w ogóle ujrzały światło dzienne, i dostaje obraz skuteczności bardziej różowy, niż jest w rzeczywistości. To nie jest sensacja ani teoria spiskowa, tylko znany od lat problem metodologiczny, który próbują łatać rejestry badań klinicznych i obowiązek raportowania wyników.

Podobny motyw pojawia się w historii oseltamiwiru (Tamiflu) i sporów o pełny dostęp do danych z badań klinicznych. Przez lata w debacie publicznej istniało napięcie między tym, co wynikało z opublikowanych prac, a tym, co można było ocenić dopiero po wglądzie w bardziej kompletne dane. Wątek jest ważny nie dlatego, że dotyczy jednego leku, ale dlatego, że pokazuje wąskie gardło: jeśli pełne dane nie są w obiegu, to naukowa weryfikacja staje się mniej niezależna, a decyzje zdrowia publicznego – bardziej oparte na niepełnym obrazie.

W takim świecie “nie da się opublikować” nie znaczy: ktoś zabronił. Znaczy: redakcje odrzucają, bo “brak nowości”, a autorzy nie mają czasu przepychać “nudnego” wyniku przez kolejne czasopisma. I nagle cały system traci pamięć o tym, co nie zadziałało.

Wojna o interpretację

Czasem problemem nie jest sam eksperyment, tylko wniosek, który z niego wynika. Zwłaszcza gdy uderza w dominującą narrację: popularny mechanizm choroby, powszechną praktykę kliniczną, “pewnik” z podręczników.

Dobrym przykładem jest historia Helicobacter pylori i choroby wrzodowej. Przez dekady wrzody kojarzono z “nerwami”, kwasem i stylem życia. Gdy pojawiła się teza, że przyczyną może być bakteria, brzmiało to dla wielu jak herezja. Oczywiście nie chodziło o to, że nikt nie dopuszczał bakterii w ogóle – chodziło o to, że dominujący paradygmat nie miał na nią miejsca. Opór środowiska był po części racjonalny: niezwykłe twierdzenia wymagają mocnych dowodów. Ale praktyczny efekt był taki, że przejście od “dziwnej hipotezy” do “standardu leczenia antybiotykiem” trwało lata, a po drodze istniała realna bariera akceptacji – redakcyjnej, recenzenckiej, środowiskowej.

W podobnym duchu można czytać historię Semmelweisa i mycia rąk. Dziś to brzmi jak żart: lekarze odrzucali prostą interwencję, która zmniejsza śmiertelność położniczą. Wówczas jednak brakowało teorii drobnoustrojów jako fundamentu. Semmelweis miał obserwację i statystykę, ale nie miał “mechanizmu”, który satysfakcjonowałby ówczesną medycynę. Wniosek był zbyt wyprzedzający ramy wyjaśniania świata. Tak rodzi się blokada: nie z cenzury, tylko z potrzeby spójności intelektualnej, która czasem staje się klatką.

Recenzja jako narzędzie sporu

W nauce często mówi się, że recenzja ratuje przed błędami. To prawda. Ale recenzja potrafi też zamienić się w narzędzie opóźniania, szczególnie w wąskich dziedzinach, gdzie wszyscy znają wszystkich, a rywalizacja o pierwszeństwo ma realną cenę: granty, patenty, pozycję w konsorcjach.

Czytaj też: Psylocybina dobra nie tylko dla ducha, ale i ciała! Zaskakujące wyniki badań

Wyobraź sobie sytuację: zespół A ma nową metodę, zespół B pracuje nad podobną. Praca A trafia do czasopisma. Recenzentem jest ktoś z kręgu B. Formalnie anonimowy, w praktyce łatwy do odgadnięcia po stylu uwag albo po tym, na co kładzie nacisk. Recenzja nie musi zawierać nic jawnie nieetycznego. Wystarczy, że wymaga “dla pewności” dodatkowego modelu zwierzęcego, kolejnej serii na innych liniach komórkowych, eksperymentu w warunkach, których autorzy nie mają jak szybko spełnić. Manuskrypt miesiącami stoi. Efekt? Zespół B publikuje pierwszy, bo w międzyczasie zdążył.

To jest ten rodzaj blokady, który trudno udowodnić i łatwo zracjonalizować. “Dodatkowe eksperymenty podniosą jakość” – brzmi świetnie. Tyle że czasem nie chodzi o jakość, tylko o przeciągnięcie liny.

Pieniądze i prawo

W badaniach klinicznych stawką są często miliardy. Wyniki mogą wpływać na wycenę spółki, decyzje regulatorów, przyszłe refundacje, a czasem na pozwy zbiorowe. Nic dziwnego, że publikacja przestaje być czystą nauką, a zaczyna być również decyzją biznesową i prawną.

Wystarczy przypomnieć historię Vioxx (rofekoksyb) i sporu o ryzyko sercowo-naczyniowe, który w pewnym momencie przerodził się w ogromny kryzys z udziałem regulatorów, producenta i świata nauki. Ten przypadek – niezależnie od szczegółów – pokazuje, jak bardzo wrażliwe są dane o bezpieczeństwie. Gdy w grę wchodzi ryzyko zawałów, udarów czy zgonów, spór o interpretację nie jest akademicki. Ma konsekwencje kliniczne i finansowe, a to z kolei wpływa na to, jak szybko i w jakiej formie wyniki trafiają do obiegu.

Inny, bardziej “codzienny” scenariusz to konflikt o prawo do publikacji między zespołem akademickim a sponsorem przemysłowym. Umowy badawcze potrafią zawierać zapisy o czasie embarga, o konieczności autoryzacji tekstu przez sponsorów, o własności danych. W idealnym świecie to tylko ochrona tajemnicy handlowej przed publikacją patentową. W gorszym świecie to narzędzie, by przeciągać publikację aż do momentu, gdy przestanie być niewygodna.

Przypadek, gdy “nie da się” z powodów etycznych i bezpieczeństwa

Tu dochodzimy do sytuacji, w której blokada bywa realna i czasem uzasadniona: badania, które mogą zostać wykorzystane do szkodzenia. To tzw. dual use.

Najgłośniejszym przykładem ostatnich dekad była debata wokół eksperymentów nad wirusem grypy H5N1, które miały pokazywać, jak niewielkie zmiany mogą zwiększać zdolność transmisji. Spór dotyczył tego, czy pełne metody i wyniki powinny być publikowane, skoro mogłyby posłużyć do odtworzenia niebezpiecznego patogenu. W tej historii kluczowe jest to, że nie było prostej odpowiedzi. Z jednej strony otwarta publikacja umożliwia innym naukowcom lepsze przygotowanie się na zagrożenia i rozwój szczepionek. Z drugiej – ujawnia instrukcję, która w złych rękach może być groźna.

Podobne napięcie dotyczyło też syntetycznej biologii: już dawno temu pokazano, że można zrekonstruować wirusy na podstawie informacji genetycznej, a z czasem dyskusja przesunęła się od pytania “czy to możliwe” do pytania “jak ograniczać ryzyko”. W takich obszarach czasopisma, komisje bioetyczne i instytucje państwowe czasem naciskają na redakcję treści, ograniczenie szczegółów metodycznych albo opóźnienie publikacji.

To jeden z niewielu przypadków, gdy “blokada” bywa otwarcie deklarowana: nie dlatego, że wynik jest niewygodny, tylko dlatego, że może być niebezpieczny.

Polityka i kultura sporu

Są tematy, które wchodzą na pole minowe zanim ktokolwiek przeczyta metody. Szczepienia, zdrowie reprodukcyjne, epidemie, klimat, zanieczyszczenia środowiska, skutki uboczne nowych technologii medycznych. Tu “nie da się opublikować” czasem oznacza: redakcje boją się, że artykuł zostanie użyty jako amunicja w wojnie informacyjnej.

Zdjęcie ilustracyjne z laboratorium

To zresztą działa w dwie strony. Zdarzają się prace słabe metodologicznie, które mimo to przechodzą przez sito – bo temat jest gorący, bo będzie zasięg. A potem przychodzi fala krytyki, sprostowań, a czasem retrakcja. Najgłośniejszym symbolem jest publikacja Wakefielda łącząca szczepionkę MMR z autyzmem: artykuł opublikowano, a dopiero później – po latach – został wycofany. To nie jest przykład “blokady”, raczej przykład katastrofy systemu, który raz przepuszcza coś, czego nie powinien, a innym razem blokuje rzeczy rzetelne, bo są “zbyt ryzykowne komunikacyjnie”.

W tle jest jeszcze jedna, cicha siła: strach autorów. Jeśli wiesz, że publikacja – nawet poprawna – ściągnie na ciebie kampanię nienawiści, groźby, nękanie, to zaczynasz ważyć: czy warto? Tak rodzi się autocenzura. Nie formalna, lecz psychologiczna.

Co z tym zrobić, żeby odkrycia nie trafiały do szuflady?

Tu wchodzą rozwiązania, które częściowo już zmieniają praktykę. Preprinty pozwalają “wypuścić” wynik do obiegu bez czekania miesiącami na recenzję. Rejestracja protokołów badań i analiza planu statystycznego przed poznaniem wyników (pre-registration, registered reports) ogranicza pokusę dopasowywania narracji do danych. Otwarte dane i otwarty kod utrudniają chowanie niewygodnych szczegółów w aneksie albo w ogóle poza publikacją. Coraz częściej mówi się też o tym, by premiować replikacje i wyniki negatywne, bo bez nich nauka jest jak mapa z zaznaczonymi tylko udanymi wyprawami.

Czytaj też: Polacy odkryli nową metodę szyfrowania danych. Wykorzystali 200-letnie zjawisko optyczne

Ale nawet najlepsze procedury nie usuną ludzkiego czynnika. Nauka pozostanie systemem społecznym: z ambicjami, rywalizacją, strachem przed porażką i naciskiem instytucji. Dlatego pytanie “dlaczego niektórych odkryć nie da się opublikować?” nie ma jednej odpowiedzi.

Najuczciwsza brzmi tak: czasem się da, tylko koszt jest ogromny. Czas, nerwy, reputacja, spór z recenzentami, konflikt z interesariuszami. A czasem naprawdę się nie da – bo gra toczy się o bezpieczeństwo publiczne albo o prawo do danych, których autor nie kontroluje. W obu przypadkach efekt dla czytelnika jest podobny: ważna informacja nie pojawia się tam, gdzie powinna – w przejrzystym, recenzowanym obiegu.