W domu handlowym el Corte Ingles w Sewilli stoją buty Maasai wyszywane koralikami. Każda para jest niepowtarzalna, ręcznie robiona dla koncernu Pikolinos przez kenijskie kobiety. Ceny zaczynają się od 109 euro. Premierę kolekcji uświetniło hiszpańskie tournée Williama Kikanae Ole Pere – wodza jednego z plemion masajskich żyjących na terenie Masai Mara w Kenii. „Nie chcemy zależeć od ludzi Zachodu. Chcę, by moi ludzie umieli czytać i pisać, by zdobyli wykształcenie. Chcę, żeby wśród nas pracowali medycy masajscy i byśmy nie musieli być uzależnieni od białych medyków” – mówi w jednym z wywiadów. To marzenie ma szansę się spełnić. Kobiety z plemienia Kikanae zaczęły więcej zarabiać, a Pikolinos i organizacja ADACAM z pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży kolekcji ufundowały już szkołę, w tym roku do użytku zostanie oddany także internat. Następne pokolenie Masajów może wyrwać się z pułapki analfabetyzmu, która od wieków nie pozwala krajom Trzeciego Świata na prawdziwy rozwój.

Inwestycja w kobiety

Wódz Kikanae najpierw musiał stawić czoła głęboko zakorzenionym uprzedzeniom. Niełatwo było przekonać mężczyzn, by zezwolili swym córkom i żonom na pracę – choć było to wyszywanie obuwia w ten sam sposób, w jaki wyszywają ozdoby, które i tak sprzedają później za bezcen turystom. „Wodzowie innych plemion myśleli, że jestem szalony. Uważali, że daję za dużo władzy kobietom” – wspomina Kikanae. Rodzice w biednych krajach Afryki czy Azji niechętnie posyłają dziewczynki do szkoły. Skutek – dwie trzecie analfabetów na świecie stanowią kobiety.

Tymczasem dane UNESCO wskazują, że właśnie w nie najbardziej warto inwestować. Jeśli matka ukończyła 4–6 klas szkoły, jej dziecko ma aż o 20 proc. większe szanse na przeżycie najbardziej niebezpiecznego wieku niemowlęcego. Gdy liczba wyedukowanych kobiet wzrasta w jakimś kraju o 1 proc., umiera trzykrotnie mniej dzieci, niż gdyby przybyło równie wielu lekarzy. „Niestety, mężczyźni traktują nas jak swoją własność” – mówi Margaret Atim Oola z Sudanu. Jej się udało. Mąż nie widzi problemu w tym, że Margaret robi karierę, i to pracując w sąsiednim mieście. „Codziennie, kiedy wracam do domu, niepiśmienni członkowie naszej rodziny powtarzają mojemu mężowi, że popełnił wielki błąd, puszczając mnie do pracy. W wielu krajach afrykańskich panuje bowiem przekonanie, że wykształcenie zmienia porządne dziewczyny w prostytutki” – wyjaśnia Margaret.

 

Adopcja edukacyjna

Tymczasem „tradycyjne” modele społeczne tylko utrwalają biedę, która idzie w parze z analfabetyzmem. Widać to np. w Kamerunie. Kobiety rodzą tam dzieci, które potem są przerzucane do dziadków czy wujków; ojcowie w ogóle się do nich nie przyznają. Śmiertelne żniwo zbiera AIDS – Kameruńczycy wierzą, że to tylko zrządzenie losu, a uratować kogoś z tego może szaman. „Trudno tu mówić o rodzinach patologicznych, bo bardzo często rodzin w ogóle nie ma” – mówi Tadeusz Makulski z Ruchu Maitri. Dzieci wychowywane w takich warunkach nigdy nie pójdą do szkoły, bo nikt im nie da na mundurek ani buty, które w Kamerunie są równie ważne jak opłacanie czesnego. Nie zdobędą lepszej pracy, więc ich dzieci też nie będą mogły się uczyć – i błędne koło nędzy się zamyka.

Wystarczy jednak równowartość 50–70 złotych miesięcznie, by z niego uciec. Tyle przekazują darczyńcy w Polsce poprzez Ruch Maitri w ramach tak zwanej adopcji serca. Pieniądze są przeznaczane na naukę i utrzymanie konkretnego dziecka. W 1997 roku, kiedy program startował w Rwandzie, obejmował kilkuset uczniów, dziś już 3,8 tysięcy. Poza Ruchem Maitri adopcje serca prowadzą również salezjanie – pod ich opieką znajduje się obecnie 14 tysięcy dzieci i młodzieży.

Na pomoc czekają również podopieczni pallotynów czy Stowarzyszenia Matki Teresy. System edukacji afrykańskiej rodzi się w wielkich bólach. Jednak bez pomocy z zewnątrz jeszcze przez kilka pokoleń dzieci ze wsi oddalonych od najbliższej drogi o kilkanaście kilometrów, pozbawionych prądu, kanalizacji czy dostępu do sieci telefonii komórkowej, nigdy nie podejmą nauki. W najlepszym razie będą skazane na szkoły, w których zajęcia odbywają się raz w miesiącu. Resztę czasu nauczyciel spędza bowiem w podróży do stolicy po wypłatę i z powrotem. Dopóki się to nie zmieni, adopcje serca będą dla dzieci jedyną nadzieją.

Wakacyjni nauczyciele

W pierwszej dziesiątce państw o najwyższym wskaźniku analfabetyzmu bezapelacyjnie dominują kraje afrykańskie. Jednak to w Azji żyje największa liczba osób niepiśmiennych. W Nepalu przeciętny uczeń kończy swą przygodę z edukacją w wieku 11 lat. Często zmuszają go do tego rodzice oczekujący, że dziecko zacznie pracować. Co czwarty Hindus nie potrafi napisać swojego imienia. Znalezienie pieniędzy na szkolnictwo w krajach azjatyckich jest praktycznie niemożliwe. Organizacje pozarządowe próbują więc rozwiązań alternatywnych. Jednym z nich jest oferta dla wolontariuszy – połączenie wakacyjnej przygody z działalnością charytatywną. „W tym roku na wolontariat długoterminowy wyjedzie dziewięć osób, na krótkoterminowy ok. 30” – mówi ks. Maciej Makuła, salezjanin. Są to zazwyczaj studenci lub osoby świeżo po studiach. Wolontariusze przed wyjazdem odbywają roczne spotkania w centrum misyjnym. Najczęściej pracują w szkołach, sierocińcach i internatach. Swoim podopiecznym stwarzają warunki, których nie mieliby w domach rodzinnych. Uczą nie tylko czytania i pisania, ale zasad higieny, zdrowego odżywiania.

Ochotnicy pracują też w tzw. szkołach życia, które świetnie się sprawdzają nie tylko w krajach Trzeciego Świata. Mają one przygotować kursantów do konkretnego zawodu. Mężczyźni uczą się stolarstwa czy naprawy samochodów, kobiety – krawiectwa. Po zakończeniu kursu absolwenci w prezencie otrzymują „wyprawkę”, czyli narzędzia niezbędne do tego, by zacząć samodzielną pracę.

 

Problem analfabetyzmu nie ogranicza się do państw Trzeciego Świata. Mieszkańcy krajów zachodnich mają co prawda zapewnioną edukację podstawową, zatem teoretycznie szkoły opuszczają ze znajomością liter. Często jednak nie są w stanie nic więcej z tą wiedzą zrobić. W amerykańskim Detroit u 47 proc. mieszkańców zdiagnozowano wtórny analfabetyzm. Oznacza to, że choć składają litery, nie są w stanie zrozumieć sensu słów. Nie potrafią również wypełnić formularzy czy napisać poprawnie wiadomości.

Dla takich osób organizowane są kursy czytania przy bibliotekach. „Tutaj mogę pracować w swoim tempie, nie czuję się zakłopotany, że czegoś nie wiem” – mówi jeden z kursantów w Springfield, który 30 lat temu skończył szkołę średnią. „Przedtem w sklepach musiałem o wszystko pytać, dziś mogę przeczytać napisy i sam znaleźć to, co chcę” – dodaje inny. Kolejna uczestniczka kursu nareszcie może czytać swoim wnukom bajki. „Nasi kursanci na początku są bardzo zamknięci. Ale z czasem dociera do nich, że w grupie wszyscy są mniej więcej na tym samym poziomie. Powtarzamy im: nie bójcie się, że nie wszystko rozumiecie. Niedługo będziecie zaskoczeni, ile jesteście w stanie pojąć” – opowiada nauczycielka.

Sytuacja w Unii Europejskiej jest niewiele lepsza. Tutaj problemy z czytaniem, pisaniem, matematyką i naukami przyrodniczymi ma średnio 30 proc. młodzieży szkolnej. Najgorzej sytuacja wygląda w Rumunii i Bułgarii. Tam wtórny analfabetyzm zagraża 40 proc. uczniów. Polska na tym tle prezentuje się całkiem dobrze – 15 proc. naszych uczniów to potencjalni wtórni analfabeci. Sytuacja wygląda gorzej wśród dorosłych. Badania przeprowadzone w 1994 r. wykazały, że zaledwie 16 proc. Polaków z wyższym wykształceniem nie ma problemów ze zrozumieniem i analizą czytanej treści oraz formułowaniem własnych wypowiedzi.

Natomiast do grupy o największym nasileniu analfabetyzmu wtórnego zaliczono aż 64 proc. urzędników! Trudno w tej sytuacji dziwić się, że nasze państwo funkcjonuje tak, a nie inaczej....Odsetek analfabetów nieustannie maleje – przynajmniej według statystyk UNESCO. Między 1990 a 2000 r. spadek wyniósł 6 proc. w skali świata. Afryka poprawiła swój wynik o 9 proc., Azja zaś o 8 proc. Najlepiej radzą sobie mieszkańcy krajów arabskich – odnotowano w nich rekordowy wzrost liczby osób piśmiennych z 58 do 72 proc. W czołówce są również kraje południowej i zachodniej Azji. Tam w 1990 r. piśmienni obywatele stanowili 48 proc. ludności, a w 2008 r. już 62 proc. Najgorzej radzi sobie Afryka Subsaharyjska, gdzie co prawda również przybyło osób, które potrafią czytać, ale jedynie o 5 proc. Poza tym warto pamiętać, że procenty mogą być złudne. W ciągu ostatnich 10 lat bezwzględna liczba osób niepiśmiennych w krajach rozwijających się wzrosła aż o 25 mln.

Nauczyciel, który nie potrafił czytać

Amerykanin John Corcoran był przez 17 lat nauczycielem w liceum, chociaż nie potrafił czytać ani pisać.  Szkoły ukończył dzięki temu, że oszukiwał na egzaminach. Podczas pracy korzystał z pomocy asystentów, lekcje prowadził ustnie. „W świecie, który stworzyłem nie było w ogóle słowa pisanego. Tylko mowa i obraz”  – zdradził  Corcoran w autobiografii „The Teacher Who Couldn’t Read”. W wieku 48 lat został przedsiębiorcą  i w końcu nauczył się czytać w Carlsbad Literacy Center, instytucji pomagającej dorosłym analfabetom.