Był słoneczny poranek. Śnieg sypał całą noc. W Alpach taki dzień nazywają Big Day, z powodu puchu na stoku i błękitnego nieba. Zdarza się to tylko kilka razy w sezonie. Przygotowałem narty i ruszyłem z grupą freeriderów – oczywiście poza wytyczoną trasę. Jechaliśmy po pas w białym puchu, roztrącając go na boki. Ostrożnie, żeby nie władować się na skały. W pewnej chwili skierowałem dzioby nart za bardzo w dół. Jeden nieuważny skręt i zanurkowałem pod sypki śnieg. Oblepił mnie szczelnie, zatkał usta, na moment pozbawił tchu. Nie mogłem wyciągnąć nogi uwięzionej gdzieś głęboko. Wygrzebanie się zajęło mi kilkanaście minut. Wtedy zdałem sobie sprawę, co może czuć człowiek zasypany przez lawinę. I obiecałem sobie, że nigdy nie wyruszę w wysokie góry bez sprzętu, który pozwala lawinę przeżyć.

Oddychać pod śniegiem

Uduszenie to najczęstsza przyczyna śmierci w lawinie. Urazy spowodowane upadkiem ze znacznej wysokości i zmielenie ciała przez zwały śniegu i kamieni są na drugim miejscu. Dopiero na trzecim znajduje się wychłodzenie organizmu. Nawet jeśli drogi oddechowe nie zostały zasypane pyłem śnieżnym, to i tak bardzo szybko do zabójczego poziomu wzrasta stężenie trującego dwutlenku węgla wokół ust i nosa. Ta upiorna sytuacja przypomina nałożenie na głowę plastikowego worka – bardzo szybko prowadzi do zatrzymania oddychania i akcji serca. Skoro uduszenie pod śniegiem zbiera największe żniwo wśród ofiar lawin, specjaliści z firmy Black Diamond postanowili opracować urządzenie o nazwie AvaLung do pobierania powietrza z niewielkiej przestrzeni wokół zasypanego. Jest to opatentowany system rurek, który pozwala na czerpanie czystego powietrza ze śniegu wokół ciała. Równocześnie AvaLung odprowadza toksyczny dwutlenek węgla jak najdalej od twarzy. W momencie wdechu następuje przestawienie zaworu i powietrze czerpie się z przodu ciała za pomocą porowatej struktury, zaprojektowanej specjalnie do pobierania powietrza ze śniegu. W momencie wydechu AvaLung odprowadza ciepły dwutlenek węgla na sam koniec rurki i uwalnia go po stronie pleców. Ciało działa więc jak bariera odgradzająca „dobre”, czyste pokłady powietrza, od tych „złych”, skażonych CO2. Rurkę oddechową zintegrowano z uprzężą piersiową, którą nakłada się na kurtkę lub plecak. W przypadku porwania przez lawinę wystarczy chwycić w zęby ustnik, a przed twarzą stworzyć rękami chociażby minimalną przestrzeń wolną od śniegu. „Zawsze na kursach lawinowych pokazujemy, jak działa AvaLung, i na kilka minut zasypujemy jedną z osób śniegiem. System sprawdza się doskonale” – mówi „Focusowi” Andrzej Lesiewski, instruktor narciarstwa i doświadczony freerider.

Samo urządzenie jednak nie wystarczy. Aby zastosować AvaLung w ekstremalnych sytuacjach, trzeba zachować zimną krew. „Strach przed lawiną działa jak paraliż. Człowiek chce tylko uciec jak najszybciej i może nie zdążyć albo nie być w stanie włożyć sobie rurki do ust, zanim porwie go lawina”. Dlatego instruktor radzi, aby ruszając w góry, wysunąć rurkę z plecaka i potrenować jej szybkie umieszczanie w ustach podczas zjazdu. Sam do jazdy w puchu używa dwóch systemów ratujących życie: AvaLunga i opisanego niżej ABS.

Balony zawsze na wierzchu

Najbardziej skutecznym gadżetem chroniącym narciarzy i snowboardzistów przed lawinami okazują są... balony. Brzmi to zabawnie, ale w sukurs zasypanym przyszła fizyka i zastosowanie systemów wypornościowych. ABS (Avalanche Airbag System) opracowany przez firmę Mountain Safety Systems to dziś najbardziej rozpowszechniona wśród freeriderów metoda pozwalająca na wyjście cało z lawiny. Plecak ABS w bocznych komorach kryje dwa balony w kształcie poduszek, które po pociągnięciu za zawleczkę wypełniają się sprężonym powietrzem uwięzionym w naboju. Balony unoszą ciało na powierzchni lawiny jak w spienionej, rwącej rzece. System wyniesie cię na powierzchnię, nawet jeśli odpalisz balony po porwaniu przez lawinę i częściowym zasypaniu. Czy to działa? Okazuje się, że od 1985 roku na 180 udokumentowanych przypadków porwania przez lawinę i użycia ABS przeżyło 177 osób. Okoliczności śmierci tych trzech ofiar wymagają jednak komentarza: zginął narciarz, który nie uzupełnił naboju sprężonym powietrzem; kolejny został zasypany przez drugą lawinę, kiedy zwinął poduszki powietrzne; trzeci zaś spadł ze skały ze znacznej wysokości.

Zamiast naboju

 

Konstruktorzy cały czas unowocześniają system, a ich najnowsze dziecko to wersja ABS Wireless Activator. Teraz instruktor lub przewodnik grupy operującej w górach może zdalnie odpalić balony w plecaku swojego podopiecznego, jeśli ten nie zdąży pociągnąć za zawleczkę lub sparaliżuje go strach. Cena ok. 300 euro. ABS ma też jednak wady. Po każdorazowym użyciu musi być złożony i aktywowany w autoryzowanym punkcie, a to generuje koszty. Co gorsza, plecaka z aktywnym systemem ABS nie zgodzi się przewieźć żadna linia lotnicza z obawy przed detonacją pojemników ze sprężonym powietrzem na pokładzie.

Te słabości ABS postanowiła naprawić szwajcarska firma Snowpulse. Zasady działania ich plecaka ratunkowego są podobne, ale poduszki zamiast z boków plecaka wyskakują tuż nad karkiem, chroniąc bardziej głowę. Zamiast gazowego naboju o dużej mocy użyto pojemnika ze sprężonym powietrzem, który można zasilić np. w punkcie nabijania gaśnic lub sklepie ze sprzętem nurkowym. Poduszkę można poskładać samemu, a rozprężony pojemnik przewozić samolotem. Snowpulse nie napełnia się tak szybko jak ABS, ale zaproponowane innowacje mogą przyciągnąć do niego nowych fanów jazdy poza trasami.

Na rynek stara się też przebić plecak amerykańskiej firmy BCA Float 30 (Backcountry- acces), z którego zamiast dwóch poduszek wyskakuje jedna wielka tuż nad karkiem. Od biedy można po jej odpaleniu zjechać w dół, ponieważ umieszczony z tyłu balon nie ogranicza widoczności – pod warunkiem, że lawina nie zdarła z nas nart. Zasada konserwacji i nabijania pojemnika ze sprężonym powietrzem jest podobna jak w Snowpulse. Firma stara się o europejskie atesty i niebawem BCA będzie dostępny na Starym Kontynencie.

Daj się znaleźć

Pamiętajmy, że żadne z wymienionych urządzeń nie zwalnia nas z obowiązku zabrania do plecaka łopaty i sondy śnieżnej ułatwiającej odnalezienie zasypanych. Sonda to po prostu tyczka,składana jak maszt do namiotu. Rozłożona ma długość dwóch metrów. Wbija się ją w śnieg, aby namierzyć zasypanego towarzysza. Detektor pełni rolę zarówno nadajnika, jak odbiornika. Normalnie nastawiasz go na tryb nadawania. Jeżeli zasypie cię lawina, twoi koledzy będą odbierać od ciebie sygnał (krótki impuls o częstotliwości 457 kHz) nadawany raz na sekundę. Jeżeli szukasz zasypanego, przestawiasz się na tryb odbioru i wykrywasz jego  sygnał.

Zaawansowane urządzenia nadawczo-odbiorcze produkowane przez firmy Pieps, Ortovox, Barryvox są wielkości telefonu komórkowego i pokazują wszystkie istotne parametry na ciekłokrystalicznym ekranie – czyli jaka odległość dzieli ratownika od nadajnika osoby zasypanej, z jakiego kierunku dochodzą sygnały, ile osób leży pod śniegiem. Urządzenia gwarantują zasięg do 70 metrów. Przed jazdą trzeba aparat zamocować za pomocą specjalnych szelek, koniecznie pod kurtką, a nie w kieszeni kurtki, bo lawina często zdziera całe ubranie. Po naładowaniu baterii i zamocowaniu urządzeń trzeba sprawdzić, czy aparaty „widzą się” nawzajem. Najważniejsze to mieć nadajnik. Popularny system Reco, czyli wszyty w spodnie lub kurtkę materiał odbijający fale detektorów, to za mało. Reco może poprawia samopoczucie, ale ratownicy żartują, że dzięki niemu tylko łatwiej odnajduje się martwe osoby. I to czasami.

Kto pokona stres, pokona śnieg

Czy turysta uzbrojony po zęby w nowoczesne detektory i systemy wypornościowe jest bezpieczny na stoku? Technika może pomóc przeżyć, ale pod warunkiem, że dobrze posłużymy się tymi gadżetami w ekstremalnej sytuacji. Można być dobrym narciarzem, pewnym swoich umiejętności, ale zejście lawiny zawsze generuje potworny stres. Żeby uratować zasypanych przyjaciół, ma się zwykle kilka minut i nie można zastanawiać się, co znaczą symbole na detektorze albo czy pod sondą wyczuwa się gałązkę, czy ciało zasypanego kolegi. Sprawnego posługiwania się detektorem, sondą i łopatą można nauczyć się wyłącznie na kursie lawinowym. Każdy, kto porusza się zimą poza ratrakowanymi trasami, powinien go przejść obowiązkowo. Zdobyta wiedza pozwoli także weekendowym narciarzom poczuć się pewniej i być może uratować kiedyś życie swoje lub najbliższych.

5 ZASAD, POZWALAJĄCYCH PRZEŻYĆ ATAK LAWINY


Jeśli dostrzeżesz pędzącą za tobą lawinę, nabierz prędkości i uciekaj w bok – nie próbuj ścigać się z nią, bo i tak cię dopadnie na prostej. Lawina może pędzić od 60 do 300 km/godz. Uruchom systemy wypornościowe w plecaku. Dotarłeś do skał lub lasu? Uwolnij się z nart i kijków. Spróbuj złapać się czegokolwiek: kamieni, drzew, brył śniegu. Gdy lawina cię porwie, zachowuj się jak zsuwająca kłoda, utrzymuj się na powierzchni nogami do przodu. Walcz, żeby wydostać się na powierzchnię, przynajmniej spróbuj przebić się ręką przez śnieg nad tobą. Spróbuj trzymać drugą rękę przed twarzą i oczyszczaj to miejsce ze śniegu. Zyskasz przestrzeń na dodatkowe powietrze. Oddychaj głęboko. Pełne płuca powietrza to zawsze kilka centymetrów przestrzeni pod śniegiem. Pomoc już nadchodzi.