Nigdy-kraj (kilka uwag o potworach). Felieton Jakuba Żulczyka

Zacznijmy może od prawa. I sprawiedliwości.

W firmie “Verdict” Sidneya Lumeta z 1982 roku, Paul Newman genialnie gra Franka Galvina, zapijaczonego prawnika przed sześćdziesiątką; faceta, któremu życie spaprały alkohol, oraz bezwzględna uczciwość. Gdy go poznajemy, nasz bohater staje w obliczu łatwych pieniędzy – pewna młoda kobieta została podczas porodu zamieniona w warzywo, z powodu źle dobranej przez anestezjologa narkozy. Zarządzający kościołem szpital chce wypłacić jej rodzinie sowitą ugodę. Galvin ma z niej dobry procent. Sprawa wydaje się być formalnością. Jednak Galvin, wbrew wszystkim, decyduje doprowadzić się do procesu i postawić szpital i lekarzy przed sądem. Decyduje się pod wpływem wizyty u ofiary – zamienionej w warzywo, dogorywającej w brudnej umieralni, podłączonej do plątaniny plastikowych rur kobiety.

Wszyscy odradzają mu ten desperacki ruch. Przecież kobieta jest warzywem. Na co komu całe to zamieszanie? Nikt nie chce zeznawać w sprawie. Po stronie szpitala, kościoła oraz przeprowadzających operację autorytetów, profesorów medycyny staje najlepsza kancelaria w Nowym Jorku, i armia młodych, ambitnych prawników. Ci zaczynają proces metodycznego dyskredytowania i zastraszania świadków, żmudnego przygotowywania oskarżonych do przesłuchań. Prawda i sprawiedliwość nie mają tu nic do rzeczy. Liczą się renoma i prestiż, dorobek bogatych mężczyzn, kapitał – ten realny, i ten symboliczny. Góra drabiny społecznej. Jeden procent. Nie chcę zdradzać finałowej, rozdzierającej sceny “The Verdict”. Niech każdy obejrzy ten wybitny film na własną rękę. Najlepiej jako posłowie dla dokumentów “Leaving Neverland” i “Surviving R Kelly”.

Nad-drapieżnicy, hiper-pedofile

W przypadku obu tych dokumentów ich wartość filmowa nie ma wielkiego znaczenia. Oba są aktami oskarżenia. Oba dotyczą spraw ciągnących się od lat, znanych opinii publicznej, oba dotyczą spraw, w których oprawcy – Jackson i Kelly – zostali formalnie uniewinnieni przed sądem podczas publicznych procesów. Obaj byli na samej górze drabiny społecznej, a nawet odfruwali z jej szczytu w rejony zarezerwowane kiedyś dla Bóstw i bohaterów legend. Obaj byli supergwiazdami muzyki rozrywkowej, przynoszącymi ogromne dochody z tytułu sprzedaży płyt, koncertów, tantiemów oraz licencji. Obaj, jak twierdzą dokumenty, są wielokrotnymi przestępcami seksualnymi oraz wyjątkowo agresywnymi pedofilami, budującymi wokół siebie przez wiele lat harem zmanipulowanych i bezbronnych ofiar, w przypadku Jacksona – bardzo młodych, siedmio, ośmioletnich chłopców, w przypadku Kellyego – niewiele starszych, nastoletnich dziewcząt.

 

W obu dokumentach najbardziej przerażające nie są opisy samych aktów seksualnych, tylko wizja obu artystów jako nad-drapieżników, hiper-pedofili, konstruujących za pomocą ogromnych pieniędzy i wpływów gigantyczne pułapki, pajęczyny służące tylko i wyłącznie do wabienia swoich ofiar. W przypadku Jacksona była to cała posiadłość, żywcem wyjęta ze złowieszczej bajki “Charlie i fabryka czekolady”. Dziecięcy raj, pełen atrakcji, zabaw, filmów, niekończących się słodyczy. Miejsce, ze snów każdego dziecka, zbudowane po to, aby zamienić jego sen w koszmar. W przypadku Kellyego jest to marzenie, sen, obietnica – wspólnej sesji nagraniowej, kontraktu, kariery. Żadna nie zostaje nigdy zrealizowana. Kelly bezceremonialnie szuka swoich ofiar pod ogólniakami, w centrach handlowych, pod liceami. Wie, że blask jego sławy oślepia. Wie, że wszyscy marzą, że siła marzeń jest potworna. Każda z dziewcząt trafia ogromnej willi z pokojami, w których oddzielone od rodziców nastolatki są przetrzymywane jak w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Głodzone, bite, pozbawione dostępu do higieny osobistej. Skłócone z rodzinami, zmuszone do upokarzającego seksu z Kellym i samymi sobą, wciąż nagrywane, zaprzęgnięte do gry w niekończącym się pornosie dziejącym się w rozbuchanej wyobraźni muzyka. Obie sytuacje to seksualny i psychiczny horror, przerażająca wizja wszechwładzy, skrajnego uprzedmiotowienia osoby bezbronnej, zbyt młodej, aby być wyposażoną w jakiekolwiek defensywne mechanizmy.

Kelly i Jackson to dwa wielkie potwory

Schowane pod łóżkiem przemysłu rozrywkowego. Jak wynika z zeznań ich ofiar, różni tak naprawdę jedynie temperament. Pierwszy – egzaltowany, kruchy i zniewieściały dandys, mający problemy ze swoimi tożsamościami – rasową, płciową. Drugi – porywczy, tępy, gruboskórny analfabeta. Obaj, gdy trzeba, niesamowicie czarujący, obdarzeni niebywałą sceniczną charyzmą, niesamowicie utalentowani. Ich celem nie są przemoc, sadyzm, ból; te są tylko, jak u Kellyego, ewentualnym narzędziem tresury. Ich celem jest miłość. Ich ofiary mają je kochać, i kochają. Kochają bardziej niż życie. Bezwarunkowo i ślepo, bo Kelly i Jackson mają w ich świecie – jak i na nieboskłonie popkultury – status Bogów. Skoro mają status Bogów, wszystko, co robią, jest dobre – jeśli ofiara odczuwa ból, cierpienie, dyskomfort, najwyżej jest winna sama sobie.

Dzieci darzą swoich oprawców ślepym, bezwarunkowym uwielbieniem. Jackson i Kelly, gdy już nakarmią się tym uwielbieniem, przerzucają się na następne ofiary. Wykorzystywani przez Jacksona chłopcy przeżywają wielkie uczuciowe katastrofy, gdy atencja piosenkarza przechodzi na nowych, nieletnich gości Neverlandu. Ich serca są złamane na zawsze. Kelly jest mniej subtelny, nie bawi się w dworskie gierki, tylko po prostu powiększa swój harem. Zbuntowane kobiety usuwa ze swojego życia jak przedmioty. Kolejne nastoletnie dziewczęta są tresowane, by sprawiać mu przyjemność. Niesubordynacja jest karana przemocą. Ucieczka udaje się nielicznym, wymaga interwencji.

 

Ofiary Jacksona i Kellyego kochają, więc cierpią na tzw. “syndrom Sztokholmski”. Nie wyobrażają sobie swojego życia bez oprawcy. On stał się ich centrum, główną treścią. Tak robi każdy porządny Bóg – wypełnia całe życie swojego wyznawcy. Dlatego ofiary Kellyego wciąż mieszkają w jego domu. Dlatego ofiary Jacksona zdecydowały się powiedzieć prawdę dopiero po wielu, wielu latach. Lojalność względem swojej największej miłości to potężne uczucie, które ma każdy z nas. Dlaczego p. Robson kłamał na procesie Jacksona w 2005 roku? A co musiałoby się stać, abyście wystąpili przeciwko komuś, kto jest centrum waszego świata? Żonie, mężowi, dziecku, matce, ojcu?

Jackson i Kelly są kochani przez niezliczone rzesze fanów. Ci nie potrafią oddzielić publicznych wizerunków od schowanych pod nimi osób, ich czynów od emocji, które wzbudzała ich muzyka. Atakując ofiary, fan broni samego siebie – swoich wspomnień, wzruszeń, emocji, swojej osobistej integralności. Oskarżenia Jacksona i Kellyego są oskarżeniem jego samego. W ich mniemaniu ofiary chcą przede wszystkim krzywdy, chcą zniszczyć reputację artysty, czyli – tak naprawdę – chcą zniszczyć fana. Rzekome ofiary są oprawcami, bluźniercami, chcącymi zniszczyć dobre imię Boga, zabić jego religię. W końcu kultura jest miejscem gwałtownych i bardzo szlachetnych doznań, przestrzenią eskapistyczną, ucieczki do świata lepszego, bo innego niż rzeczywisty. Piosenki takie jak Kellyego i Jacksona, puszczane często na studniówkach, ślubach, rocznicach mają w sobie moc zaklęć, na chwilę przywołują ten fikcyjny Nigdy-Kraj do rzeczywistości. Zbrukanie tego świata jest jak zbrukanie dzieciństwa. Fan nigdy nie uwierzy w to, że Jackson molestował dzieci, bo to by oznaczało, że Jackson w pewnym sensie “molestował” także jego samego.

Jackson i Kelly są też bronieni przez sceptyków. Ci nie wierzą ofiarom, bo przecież ofiary chcą tylko i wyłącznie pieniędzy. Kontrargument reżysera “Leaving Neverland”, użyty w wywiadzie dla BBC w kontrze na ataki prowadzącego – że przecież bez wypłaty odszkodowania jako symbolicznego aktu proces nie ma jako takiego sensu – odbija się od nich jak od ściany. Nauczeni przez memetykę i fake news kwestionowania wszystkiego, najmocniej kwestionują głos pokrzywdzonych. Co ciekawe, w obu tych sprawach, zwłaszcza w sprawie Jacksona (sprawa Kellyego ma szczęście być lepiej udokumentowaną, głównie ze względu dużo mniejszą subtelność działania oprawcy, jak i jego zamiłowanie do amatorskiej pornografii) – w obu tych sprawach ta wielka niewiara w możliwość idola/Boga do czynienia zła łączy się z wielką, wręcz ślepą wiarą w sprawiedliwość amerykańskiego systemu sądowniczego. W końcu obaj zostali uniewinnieni, powtarzają sceptycy (tak powtarzają też rodziny kolejnej “transzy” ofiar w “Surviving R Kelly”, myśleliśmy, że wszystko będzie ok, bo w końcu on został UNIEWINNIONY). Litera prawa jest przecież święta. Polega na dochodzeniu do ostatecznej prawdy, a nie na wytwarzaniu całej, naoliwionej pieniędzmi machiny do naginania rzeczywistości, zastraszania świadków, pozbawiania ich głosu i woli.

Jeszcze raz, obejrzyjcie “The Verdict”, kluczową scenę przesłuchania pielęgniarki przez obrońcę lekarza. Wyobraźcie sobie, jak to jest stać na procesie Jacksona, albo Kellyego. Patrzeć w twarz swojemu Bogu, otoczonemu armią wyszkolonych w wojnach psychologicznych brytanów, gotowych aby w ułamku sekundy zakwestionować Wasze doświadczenie, w chwili, gdy codziennie kwestionujemy je sami? Czy jest w ogóle możliwa odwaga i pewność, które pozwalają mówić niezmąconym głosem w takiej sytuacji? W ogóle, kto zachowuje niezłomność stojąc przed prawem? Czy nie można w jego obliczu jedynie, jak Josef K, umrzeć jak pies?

Muzyka? Muzyka nie ma żadnego znaczenia

Jeszcze raz, muzyka Jacksona i Kellyego nie ma ŻADNEGO znaczenia (może poza upiornym w kontekście oskarżeń tytułem wspólnej piosenki Kellyego i Jacksona – “You are not alone”, napisanej przez pierwszego, zaśpiewanej przez drugiego). Być może kiedyś będziemy jej słuchać bez nalotu. Nie wiem, czy tego potrzebujemy. Jest sporo innej muzyki, i innych bohaterów. Talent nie zwalnia z niczego, konsolacja, jaką oferuje nam muzyka, nie jest wszystkim. Każdy czar musi kiedyś prysnąć. Każdy Bóg umiera. Lekcja z dokumentów o Jacksonie i Kellym jest lekcją o przemijaniu i dorastaniu. Ofiary oprawców dorastają na naszych oczach, zaczynają mówić swoim głosem, za siebie same. My możemy dorosnąć wraz z nimi. Mistrz Dogen mawiał – gdy spotkasz na swojej drodze Buddę, zabij go. W wolnej interpretacji może to oznaczać – nie wpatruj się zbyt intensywnie w złote cielce, bo popieprzy ci się w głowie  i oddalisz się od prawdy. Prawdy nie ma popowych piosenkach. Ona jest w ciszy i pokorze. Nie zawsze – tak naprawdę prawie nigdy – wiemy najlepiej.

Przeczytaj także Ofiary Michaela Jacksona: miałem 5 lat, uprawialiśmy seks codziennie. Szokujące dowody, że był “seksualnym predatorem”

 

 

Więcej:undefined