Zachwyciłam się Jane Hirshfield, amerykańską poetką, zanim przeczytałam pierwszą linijkę jej wiersza. Lata temu, w chłodnym półmroku gotyckiego kościoła św. Katarzyny na krakowskim Kazimierzu, odbywało się spotkanie amerykańskich i polskich poetów. Hirshfield siedziała obok Czesława Miłosza, który czytał swoje wiersze. Nie znałam jej. Wydała mi się piękna. Ale nie jej uroda mnie poruszyła, lecz to, jak słuchała Miłosza. Patrzyła na niego ze skupieniem i uwagą, która wydawała się z innego porządku. Po każdym zdaniu wiersza, przecież nie dla niej głównie czytanego, ale dla setek wciśniętych w nawy czytelników, kiwała głową, jakby na znak, że tak, zrozumiała, dała mu się przeniknąć. Potem dowiedziałam się, że jest buddystką, trzy lata spędziła w klasztorze Zen (co prawda w Kalifornii, co wydaje mi się nadawać sprawie aspekt wakacyjny, ale zawsze).

O wierszu, który znajdziesz poniżej, powiedziała, że zawiera w sobie intencję całego jej dorosłego życia. Ja przypomniałam go sobie pod wpływem pewnej zmiany, której doświadczam. Od lat jestem wielbicielką szanowania własnego wewnętrznego dziecka, a nawet podsuwania mu różnych smakołyków. Zwolenniczką wsłuchiwania się w swoje potrzeby i uwzględniania ich. Fanką pytania, które Elizabeth Gilbert, autorka niewybitnej, acz miłej i bardzo sławnej książki „Jedz, módl się i kochaj”, zadawała sobie, liżąc rany po nieudanym małżeństwie w swojej rocznej podróży: co w tej chwili sprawiłoby ci największą przyjemność? W hotelach dzwonię na recepcję z prośbą o dodatkowe poduszki, w przedziałach pociągów rozrzucam wokół bagaże i gazety, żeby mieć dużo miejsca dla siebie. Raczej sobie dogadzam i jestem dość zdeterminowana, żeby nie narażać się na nadmierny dyskomfort.

Nie lubię zimnej wody. Ale ostatnio zaczyna się to trochę zmieniać. Być może tak sobie przez wszystkie te lata rozbestwienia odpoczęłam, że zaczęło mi się podobać narzucanie sobie dyscypliny. Przekręcanie kurka, wbrew swojemu hedonistycznemu interesowi, z ciepłej wody na zimną. Powstaje jednak pytanie – ile konkretnie tej zimnej wody potrzeba, żeby wprowadzić w życiu jakąś zmianę? Żeby to można już było uznać za ćwiczenie się, jak pisze Hirshfield, w „wybieraniu”, w zamienianiu „niechcianego w chciane”? Ja na wszelki wypadek postanowiłam zacząć skromnie. Wyznaczyłam sobie zadanie codziennej, dziesięciominutowej medytacji. Każdy, kto medytuje regularnie, włącznie z kilkoma autorami na stałe piszącymi w „Coachingu”, powie wam, że to śmieszna ilość, dużo poniżej zalecanej dawki. Dodatkową okolicznością kompromitującą jest to, że w świat medytacji wprowadziło mnie moje własne ego, czyli dokładnie to, od czego medytacja próbuje nas odwieść.

Głupio powiedzieć, ale zaczęło się tak, że mój dobry i życzliwy mi znajomy pokazał mi „medytacyjną” aplikację w smartfonie. Okazuje się, że ludzie organizują się już we wszystkich sprawach, dobrych i złych. Medytacyjna aplikacja pokazuje, gdzie na świecie ludzie medytują w danym momencie.

Wysyłamy sobie wiadomości z podziękowaniem za wspólną medytację i – co najlepsze – aplikacja produkuje szczegółowe statystyki dotyczące tego, od kiedy medytujesz, ile w tygodniu, miesiącu, jaka jest średnia długość sesji, jaki procent dni, ile w porównaniu z zeszłym miesiącem itp. Innymi słowy, skromna praktyka zyskuje wymiar prawie naukowy. Patrząc na grafy, wyliczenia i wykresy, prawie chciałoby się wierzyć, że ktoś żywy śledzi, liczy i opisuje twoje codzienne, choćby nie wiem jak mało imponujące starania. No i ten wymiar sportowy (znowu – jakże sprzeczny z istotą medytacji)! Ego się cieszy, ego śledzi słupki, a nawet potrafi podmedytować trochę, domedytowywać, udając, że chodzi o oddech albo Pana Boga, żeby prześcignąć swój własny słupek sprzed tygodnia. Innymi słowy, zimna woda płynie tu z pozłacanego kurka. A jednak coś się zmienia.

Otwiera się nowa przestrzeń, powstaje nowy nawyk, u początku którego jest decyzja, wybór tego, co nie odruchowe, raczej trudne niż łatwe, woda raczej zimna niż ciepła. Jeśli myślisz, słusznie, że dziesięć minut to mało, to posłuchaj tego: Beverly Funderburk z uniwersytetu w Oklahomie pracowała z rodzicami, którzy dopuszczali się agresji w stosunku do swoich dzieci – i nie mówimy tu o podniesieniu głosu, ale o agresji fizycznej. Funderburk zastosowała tzw. terapię interakcji rodzic–dziecko.