powrót
Focus na życie w dobrym stylu
  • Najnowsze
  • Aktywność
  • Dom i ogród
  • Moda i uroda
  • Zdrowie

Focus na życie w dobrym stylu. Lifestyle'owy magazyn o zdrowiu, domu, podróżach, kulturze i relacjach - codziennie o tym, co realnie wpływa na jakość życia.

FacebookPlatforma XYoutubeInstagram

Nasze tematy

  • Najnowsze
  • Aktywność
  • Dom i ogród
  • Moda i uroda
  • Zdrowie
  • Parenting
  • Podróże
  • Kultura
  • Promocje
  • Styl życia
  • Pupile

Redakcja

  • Polityka prywatności
  • Redakcja
  • Kontakt

© 2026 focus.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone.

theprotocol.it
Styl życia

Od szafotu do TikToka. Dlaczego tak łatwo wpadamy w pętle doomscrollingu?

Negatywne treści przyciągają nasz wzrok od zarania dziejów. Kiedyś ludzie chodzili na główny plac miasta, by obejrzeć publiczne egzekucje, dziś sięgają po telefon i toną w zalewie przygnębiających wiadomości o wojnach, katastrofach naturalnych albo wypadkach. To właśnie nazywamy doomscrollingiem. W ograniczonej formie śledzenie informacji jest potrzebne, problem zaczyna się jednak wtedy, gdy przestaje to być świadomym wyborem, a zmienia się w niekontrolowany przymus.

J
Joanna Marteklas
1h temu·13 minut·
Od szafotu do TikToka. Dlaczego tak łatwo wpadamy w pętle doomscrollingu?

Katastrofy przyciągały nasz wzrok od zawsze

Chociaż doomscrolling jest pojęciem, które funkcjonuje w naszych słownikach od niedawna, zachowania za nim stojące są stare jak świat. Ludzka fascynacja katastrofami i śmiercią istniała zapewne od zawsze. Publiczne egzekucje przyciągały widzów niczym magnesy. Spójrzmy na kościelne obrazy z Drogi Krzyżowej – w tle zawsze stoją gapie. Pojedynki, wojny, kary. Wszędzie, gdzie lała się krew, byli też ci, którzy po prostu chcieli popatrzeć. Historia pokazuje, że przymus “patrzenia na tragiczne wydarzenia” jest stałym elementem kultury, ewoluującym wraz z dostępnymi technologiami przekazu.

Oczywiście to nie tak, że publiczne egzekucje służyły ludzkiej rozrywce. Michel Foucault w swojej pracy Nadzorować i karać poddał analizie ewolucję systemów karnych, zwracając uwagę na przejście od “spektaklu szafotu” do dyscypliny wewnętrznej. Publiczne egzekucje i tortury były rytuałami politycznymi mającymi na celu przywrócenie zachwianej suwerenności władcy. Były formą przestrogi dla innych. Tłumy jednak gromadziły się na placach nie tylko z powodu pragnienia społecznej zemsty dla przestępcy, ale również z fascynacji granicznymi doświadczeniami ludzkiego ciała.

W tamtym czasie śmierć była zjawiskiem powszechnym, epidemie i wojny towarzyszyły ludziom na co dzień, co sprawiało, że byli oni kulturowo oswojeni z widokiem cierpienia, a jednocześnie niezwykle ich pociągało. Publiczna egzekucja pełniła funkcję ceremonialną, w której widzowie stawali się uczestnikami procesu ustanawiania prawdy o zbrodni. Z czasem jednak stało się to niebezpieczne dla porządku publicznego, bo „widownia” często solidaryzowała się ze skazanym, co prowadziło do zamieszek. Dlatego kary stały się bardziej „humanitarne” i ukryte, choć to nagle nie sprawiło, że przestaliśmy chcieć być świadkami tragedii. Skoro nie mogliśmy widzieć ich na własne oczy… zaczęliśmy o nich czytać.

Dynamicznie rozwijająca się w XIX wieku prasa – która w epoce wiktoriańskiej osiągnęła swój szczyt – wręcz żywiła się katastrofami. Czasopisma takie jak Illustrated Police News serwowały czytelnikom graficzne ilustracje morderstw, ataków dzikich zwierząt czy katastrof kolejowych. Popularność zyskały tzw. ballady egzekucyjne, czyli tanio drukowane arkusze opisujące ostatnie słowa i cierpienia skazańców. Przykładem może być sprawa Marii i Fredericka Manningów z 1849 roku, których egzekucję obserwowano z wypiekami na twarzy, a materiały na ich temat sprzedano w milionach egzemplarzy.

Fot.: StockSnap z Pixabay

Na przełomie XIX i XX wieku rywalizacja między Josephem Pulitzerem a Williamem Randolphem Hearstem doprowadziła do narodzin tzw. żółtego dziennikarstwa (yellow journalism). Obaj wydawcy odkryli bowiem, że rzetelna analiza polityczna raczej nie wpływa na lepszą sprzedaż gazet. Natomiast sensacje, skandale i tragedie przyciągają ludzi niczym płomień ćmy. W ten właśnie sposób zaczęto budować potężne imperia medialne, a ich podstawą był dobrze nam znany mechanizm – im bardziej negatywny i szokujący nagłówek, tym wyższe zaangażowanie odbiorców. Cóż, clickbait nie jest tylko domeną naszych czasów.

Potem nadeszły wojny światowe, a wraz z nimi nowy sposób raportowania o konfliktach zbrojnych. Do klasycznych gazet doszło również radio, stające się głównym źródłem informacji dla ludności cywilnej, jednocześnie budujące poczucie wspólnoty, ale i lęku. Prawdziwym przełomem była jednak wojna w Wietnamie, którą nazwano “pierwszą wojną telewizyjną“. Już nie tylko zdjęcia i tekst w gazetach czy głos w radio, tylko brutalne materiały filmowe ukazujące walki i cierpienia, emitowane codziennie w wiadomościach wieczornych. W ten właśnie sposób wojna weszła bezpośrednio do domów, nawet jeśli prawdziwy konflikt rozgrywał się na drugim końcu świata.

Tu już mieliśmy do czynienia z masową ekspozycją na przemoc, co doprowadziło do powstania teorii „syndromu groźnego świata”, którą w latach 70. XX wieku ukuł George Gerbner. Zauważył on, że gdy oglądamy dużą ilość treści związanych z przemocą, zaczynamy wierzyć, że świat jest bardziej niebezpiecznym i wrogim miejscem, niż jest w rzeczywistości. Współczesny doomscrolling jest cyfrowym rozwinięciem tego syndromu, wzmocnionym przez szybkość przesyłu danych i personalizację treści.

Jak więc już ustaliliśmy, to co negatywne, zawsze nas pociągało. Jednak wbrew pozorom można łatwo wyznaczyć moment, w którym zjawisko doomscrollingu urosło na niespotykaną wcześniej skalę. Bo nawet jeśli wcześniej istniały zagrożenia dotykające jednocześnie różnych części świata, o tyle dopiero pandemia stała się wspólnym mianownikiem dla nas wszystkich, niezależnie od kraju zamieszkania. Nie dało się przed tym uciec, bo nawet wchodząc na zagraniczne media, ten temat wciąż był wałkowany, żerując na naszej niepewności i lęku przed nieznanym.

W tamtym czasie, z powodu społecznej izolacji, internet stał się głównym oknem na świat, wymuszając na nas ciągłe śledzenie statystyk zachorowań i informacji o gospodarce. Światowa Organizacja Zdrowia określiła to mianem “infodemii” – nadmiaru informacji, często sprzecznych, który uniemożliwia rzetelną ocenę sytuacji. Co ciekawe, dotyczyło to wszystkich grup społecznych, co wykazały badania NASK i Uniwersytetu Warszawskiego z 2021 roku.

Dlaczego ludzki mózg tak uporczywie szuka złych wiadomości?

Odpowiedź znajdziemy w naszej biologicznej przeszłości. U jej podstaw leży błąd negatywności – mamy bowiem tendencję do priorytetyzowania treści negatywnych ponad pozytywnymi. Dla naszych przodków przeoczenie drapieżnika lub nadciągającej burzy miało znacznie poważniejsze konsekwencje niż przeoczenie pięknego kwiatu czy radosnego wydarzenia. Jeśli lepiej wyczuwało się zagrożenia, miało się większą szansę na przeżycie i przekazanie genów.

Choć w naszych czasach wygląda to inaczej, nasz mózg nadal reaguje na negatywne bodźce szybciej i intensywniej. W ten sposób złe wiadomości są dla nas niczym krzyk, podczas gdy te dobre przyrównać można raczej do szeptu. W efekcie negatywne doświadczenia są kodowane głębiej i przechowywane dłużej, tworząc trwałe ślady pamięciowe, które zmuszają nas do ciągłego monitorowania otoczenia.

Doomscrolling wynika również z chęci poczucia kontroli w niepewnych sytuacjach. Im więcej informacji zbierzemy na temat jakichś zagrożeń, tym lepiej możemy się przygotować na takie ewentualności. Cóż, tak jest w teorii. Niestety praktyka wygląda trochę inaczej, bo im więcej złych treści konsumujemy, tym bardziej tracimy poczucie kontroli, wpadając w swoistą pętlę, w efekcie jedynie podsycając nasz lęk.

Wiecie co jest naprawdę ciekawe? Kiedy wpadamy w uzależnienie od tego typu wiadomości, stojący za tym mechanizm jest taki sam, jak w przypadku hazardu. Wszystko opiera się na układzie nagrody. Pisałam już o tym w przypadku powiadomień – tu również działa zmienny rozkład wzmocnień. Nigdy nie wiemy, co zobaczymy za chwilę i ta niepewność jest dla naszego mózgu uzależniająca. O ile jednak przy notyfikacjach „prezentem” może być wiadomość od kogoś bliskiego czy ważny mail (czyli coś dobrego), o tyle doomscrolling nagradza nas informacjami o katastrofach. Nawet jeśli jest to bolesne, mózg to ignoruje, bo pragnienie “dowiedzenia się czegoś nowego” jest zbyt silne.

Gazety powstawały, by przekazywać informacje. Współczesne media po to, by maksymalizować nasze zaangażowanie

Chociaż w obu tych przypadkach zawsze chodziło o zarobek, to z neutralnych przekaźników przeszliśmy do starannie zaprojektowanych cyfrowych środowisk, które usilnie próbują zatrzymać nas przy sobie, często kosztem naszego zdrowia psychicznego. Wystarczy zerknąć na to, jakie rozwiązania są stosowane przez twórców stron czy serwisów społecznościowych. Tym, co najbardziej rzuca się w oczy, jest brak końca, czyli funkcja nieskończonego przewijania. W gazecie mieliśmy wyraźny koniec artykułu, w telewizji koniec programu, a w internecie… następny artykuł, następny film, kolejny post. Nieskończony scroll usuwa widoczne bariery, pozbawiając mózg “sygnału zakończenia”, bez którego nasz układ nerwowy ma trudności z przełączeniem się w stan spoczynku. Nie myślimy, że chcemy kontynuować czytanie, po prostu to robimy, bo dochodząc do końca jednego tekstu, od razu wyświetla nam się nowy. Nie musimy klikać, nie musimy nigdzie przechodzić. Wystarczy lekko przesuwać palcem w górę.

Nawet jeśli przeszliśmy z fizycznych nośników informacji do tych cyfrowych, pewne psychologiczne mechanizmy są niezmienne. Treści pozytywne są mniej poczytne (i klikalne) niż te negatywne, bo nasz mózg jest biologicznie zaprogramowany, by reagować na strach, gniew i oburzenie. Dlatego nagłówki artykułów czy miniaturki filmów wyglądają tak, a nie inaczej – to po prostu na nas działa. I tu wchodzą algorytmy, zoptymalizowane pod kątem interakcji. Jeśli w coś klikamy, komentujemy lub udostępniamy, to znaczy, że ta treść w jakiś sposób na nas działa. Algorytmy „myślą” prosto: wchodzisz w interakcję, to dostaniesz więcej podobnych rzeczy.

I tak powstaje błędne koło – klikamy w negatywną wiadomość z powodu błędu negatywności, algorytm interpretuje to jako zainteresowanie i wrzuca nas w króliczą norę, w której podobne treści jedynie eskalują. Wpadamy więc w to głębiej i głębiej, aż ciężko nam się wydostać, bo mamy poczucie, że te informacje są niezbędne, bez nich sobie nie poradzimy i dobrze jest wiedzieć, jakie zagrożenia na nas czyhają. Tu często dochodzą też fake newsy i spekulacje. Algorytmy bez filtra oceniającego zawartość merytoryczną oferują kolejne artykuły (często nienaukowe lub jednostronne) pod hasłami związanymi z najgorszymi obawami. W efekcie coraz trudniej zorientować się w faktach – gdy wczytujemy się w kolejne nagłówki i komentarze, poznajemy liczne teorie spiskowe i interpretacje pseudo-ekspertów zamiast obiektywnych danych.

Doomscrolling nie jest jedynie stratą czasu

Na pierwszy rzut oka wygląda, jakbyśmy tracili na tym jedynie czas. Problem w tym, że to przysłowiowy wierzchołek góry lodowej negatywnych skutków. Doomscrolling ma niestety znacznie poważniejsze konsekwencje, zarówno dla naszego zdrowia psychicznego, jak i fizycznego, a także dla stabilności społecznej.

Wydawać by się mogło, że obcując z negatywnymi treściami, nasza empatia wobec pokrzywdzonych może jedynie wzrastać. Widzimy głodujące dzieci w Afryce, ofiary tsunami w Azji czy strzelanin w amerykańskich szkołach. Kiedy takie rzeczy pojawiają się przed naszymi oczami raz na jakiś czas, faktycznie empatyzujemy z pokrzywdzonymi. Jednak, gdy dochodzi już do długotrwałej ekspozycji, nasz mózg protestuje. Nie jesteśmy ewolucyjnie przystosowani do odczuwania empatii wobec milionów ludzi jednocześnie. Dlatego więc, kiedy poziom bólu, którego jesteśmy świadkami, jest za duży, nasz mózg zwyczajnie przechodzi w stan emocjonalnego otępienia.

I tu dochodzi do prawdziwego paradoksu, bo im więcej wiemy o cierpieniu na świecie, tym mniej jesteśmy zdolni do podjęcia realnego działania, ponieważ nasz system regulacji emocji jest całkowicie przeciążony. Na tym zjawisku swoje działania opierają organizacje charytatywne. Zastanawialiście się, dlaczego najczęściej pokazują nam jednostki, zamiast skali prawdziwego problemu? Bo chcą uniknąć zapaści współczucia u darczyńców. Kiedy widzimy setki głodujących dzieci, nasza „stówa” wydaje się jedynie kroplą w morzu potrzeb i łatwo jest o myślenie „to niczego nie zmieni”. Kiedy jednak zobaczymy konkretne dziecko, reagujemy zupełnie inaczej, bo w tym kontekście nasze pieniądze mogą przynieść realną poprawę czyjegoś życia.

Fot.: Pexels z Pixabay

Jak już wcześniej ustaliliśmy, nasz mózg reaguje na czytane czy oglądane negatywne treści w sposób dość pierwotny. Nie obchodzi go to, że to jedynie informacja na ekranie smartfona, działa tak, jak zaprogramowała go ewolucja, utrzymując ciało w stanie gotowości do walki lub ucieczki. To z kolei może nieść za sobą szereg bardzo przykrych konsekwencji. Tu oczywiście pamiętajcie, że mówimy już o uzależnieniu, a nie o sporadycznym przeglądaniu tych „złych” informacji. Skoro to ustaliliśmy, mogę wrócić do tematu. Doomscrolling może prowadzić do bezsenności i trudności z koncentracją, podwyższonego tętna, napięcia mięśniowego, a także nudności, bólów brzucha i zaburzeń apetytu. Każdy bowiem na stres reaguje inaczej, czyli nie tylko fizycznie (podobnie jak w przypadku ważnego egzaminu czy rozmowy o pracę).

Po stronie psychicznej mowa już o rozwoju zaburzeń lękowych, depresji czy nawet objawach przypominających stres pourazowy (np. trauma wtórna), co jest szczególnie ciekawe, bo przecież trauma ta nie dotyczy nas bezpośrednio. Warto tu jeszcze wspomnieć o częstym zjawisku „ruminacji”, czyli obsesyjnego wracania do tych samych tragicznych myśli, co utrudnia regenerację psychiczną i budowanie odporności.

W szerszym ujęciu wszystko to prowadzi również do problemów socjologicznych. Badania wskazują, że kompulsywna konsumpcja negatywnych treści koreluje ze spadkiem zaufania interpersonalnego oraz zaufania do mediów. Użytkownicy uwięzieni w bańkach informacyjnych pełnych zagrożeń zaczynają postrzegać świat jako wrogie miejsce, co sprzyja postawom autorytarnym – w sytuacji zagrożenia ludzie chętniej rezygnują z wolności na rzecz obietnicy bezpieczeństwa. Kiedy nasz gniew jest ciągle podsycany przez algorytmy, nasila się polaryzacja społeczna, przez co dialog między stronami o różnych poglądach wydaje się wręcz niemożliwy (widzimy to doskonale na przykładzie naszej sceny politycznej).

Doomscrolling dotyka wszystkich, ale…

Jak to zwykle bywa, nawet jeśli pewne zjawisko samo w sobie nie daje się połączyć z konkretną grupą ludzi, zawsze da się wskazać pewne cechy, które predysponują do wpadania w jakąś pułapkę. Tak samo jest w przypadku doomscrollingu. Jak wynika z badań, osoby o wysokim poziomie neurotyczności (tendencji do przeżywania lęku i niepokoju) są znacznie bardziej podatne na to zjawisko. W ich przypadku negatywne wiadomości wydają się wręcz bezpośrednim atakiem na ich bezpieczeństwo. Dochodzi do tego również “nietolerancja niepewności” – psychologiczna niezdolność do radzenia sobie z brakiem jasnych odpowiedzi. Dla takich osób scrollowanie jest desperacką próbą znalezienia “tej jednej informacji”, która przywróci im spokój, co jednak w warunkach kryzysu jest niemożliwe.

A jak to wygląda w przypadku płci? Choć to mężczyźni w Polsce częściej wykazują wysoki poziom FOMO (19% vs 12% kobiet), to kobiety częściej zgłaszają silne obawy przed wojną i gorsze samopoczucie psychiczne w obliczu katastrof. Jak zauważa dr. Mollica z Harvardu, kobiety bywają szczególnie wrażliwe na doomscrolling, być może dlatego, że media częściej pokazują przemoc wobec kobiet i dzieci. Również osoby, które przeżyły przemoc lub dramatyczne traumatyczne wydarzenia, częściej sięgają po media, by uspokoić lęk – co paradoksalnie może ich jeszcze bardziej załamywać. 

Znaczenie ma też kontekst kulturowy, bo chociaż zjawisko obserwuje się globalnie, pewne społeczeństwa mogą być bardziej podatne (np. życie w kraju w konflikcie zbrojnym, wysoki poziom niepewności ekonomicznej). Wreszcie, sytuacja życiowa także kształtuje doomscrolling. Osoby bardziej odizolowane czy przygnębione częściej szukają informacji w sieci (z tęsknoty lub lęku), tworząc błędne koło: samotność napędza scrollowanie, co jeszcze nasila poczucie izolacji.

Niektórzy badacze, analizując perspektywy pokoleniowe, dostrzegli też, że dla różnych grup wiekowych, doomscrolling pełni inne funkcje:

  • Gen Z: Często używa scrollowania jako mechanizmu radzenia sobie z samotnością, co tworzy błędne koło – cyfrowa konsumpcja pogłębia izolację.
  • Gen Y (czyli Millenialsi): Doomscrolling jest u nich bezpośrednio powiązany z trudnymi doświadczeniami z dzieciństwa, stanowiąc niezdrową formę regulacji emocjonalnej.
  • Gen X: Mimo doświadczania lęku, rzadziej korzysta z cyfrowych narzędzi jako głównej strategii radzenia sobie, polegając częściej na mechanizmach “analogowych” lub wewnętrznym tłumieniu emocji.

Jak przerwać tę toksyczną pętlę?

Z racji, że zjawisko doomscrollingu jest bezpośrednio powiązane z naszymi ekranami, to metody radzenia sobie z nim są w gruncie rzeczy dość podobne do tego, o czym pisałam wam w artykule o powiadomieniach. Przede wszystkim musimy wprowadzić zdrowe nawyki cyfrowe (to przyda się zresztą wszystkim). Można wyznaczyć sobie konkretne pory na sprawdzanie wiadomości, w ten sposób łatwiej ograniczymy swój czas online. Dobrze jest też ograniczyć ilość powiadomień, co da nam mniej impulsów do nieustannego sprawdzania telefonu. W tym przypadku świetnie sprawdzą się również ograniczniki aplikacji, pozwalające na ustalanie dziennego limitu w każdej z nich. Ciekawą opcją wydaje się ponadto przełączenie ekranu w tryb grayscale screen. Co to daje? Otóż drastycznie zmniejsza to atrakcyjność wizualną treści, więc nasz mózg łatwiej może ignorować drastyczne zdjęcia czy ikony, gdy kolor czerwony – kojarzony z zagrożeniem – jest z nich wyeliminowany.

Kolejną metodą jest wyznaczanie stref wolnych od telefonów – sypialnia, stół w jadalni czy łazienka (koniec ze scrollowaniem na kibelku, to bardzo niezdrowe!) powinny być miejscami, w których telefon nie jest obecny. Bo nawet jeśli powiadomienia są wyłączone, a urządzenie wyciszone, sama jego obecność już nas rozprasza.

Fot.: Mahavir Shah z Pixabay

Wiecie, co jeszcze działa? Praktykowanie wdzięczności, czyli celowego zauważania i zapisywania dobrych wydarzeń z danego dnia. W internecie można również znaleźć profile oraz kanały, które w tym właśnie się specjalizują, dostarczając nam pozytywnych informacji. Jest to świetny sposób na wykorzystanie algorytmów do własnych celów, bo gdy zaczniemy wchodzić w interakcje z takimi treściami, będziemy widzieć ich więcej. Niech nasze media społecznościowe „mówią” o czymś dobrym, tak dla odmiany.

Jednak jak zwykle, nie wszystko zrobimy sami. Kiedy mówimy o problemach związanych z cyfrowym światem, ogromną rolę w zmianach powinny odegrać same firmy technologiczne. Jeśli one będą gotowe zmodyfikować algorytmy tak, by nie faworyzowały strachu, walka z doomscrollingiem będzie łatwiejsza. Istotna jest również edukacja medialna i psychologiczna. Musimy bowiem zrozumieć, że “bycie poinformowanym” nie jest tożsame z “byciem bezpiecznym”, a współczesne media nie zostały zaprojektowane na naszą korzyść. Taka jest smutna prawda – ich celem jest zatrzymanie naszego wzroku jak najdłużej, nawet kosztem naszej psychiki.

Na koniec zostawię was z małym zadaniem domowym: zamiast kolejnego filmiku o katastrofach, włączcie sobie wideo z dobrymi newsami albo chociaż z kotkami. To rozładuje stres i pozwoli waszemu mózgowi odpocząć. Choć oczywiście, najlepiej byłoby po prostu odłożyć telefon i skorzystać z wiosennej pogody na zewnątrz.

J

Joanna Marteklas

Zajmuję się tematyką nowych technologii i ich wpływu na codzienne życie. Piszę o cyfrowej kulturze, innowacjach oraz trendach zmieniających sposób, w jaki pracujemy i komunikujemy się ze sobą. Szczególnie interesuje mnie relacja między rozwojem technologii a współczesną popkulturą. W wolnych chwilach zakopuję się w książkach i komiksach — najczęściej w fantastyce i wuxia.

Więcej tekstów autora→

Spodobał Ci się ten artykuł?

Daj znać autorowi — kliknij wielokrotnie.

Udostępnij
FacebookX