Który sport drużynowy aż kipi od agresji? Pierwsze miejsce zdecydowanie przyznajemy hokejowi, w którym kontuzje to chleb powszedni. Najczęstsze w okolicach głowy – wybite zęby, wstrząsy mózgu czy złamane szczęki nikogo nie dziwią, a ci bardziej krewcy (i zarazem pechowi) mają w głowach tytanowe płytki zastępujące im pogruchotane na lodowisku kości. Wielu graczy narzeka na stawy kolanowe, dość często zdarzają się też bardzo bolesne urazy barku. Kontuzje biorą się z tego, że gra jest szybka, zawsze kontaktowa i w razie zderzenia czołowego nakładają się duże siły – gdy spotka się dwóch zawodników, z których każdy waży 100 kg i pędzi z prędkością 40 km/godz.

POLSKI DENTYSTA W USA


Do najczęściej stosowanych trików, które służą do wyeliminowania przeciwnika, należy zahaczenie kijem, a wśród nieczystych zagrań także atak na głowę (kijem trzymanym w jednej ręce lub tzw. cross checking – oburącz). Zawodnicy atakują siebie także niżej, np. w łydki, bo takie uderzenia są dużo rzadziej zauważane przez sędziów.

To jest gra dla twardych facetów z jajami – twierdzi Mateusz Pawlak, ekstraligowy obrońca (drużyna Akuna Naprzód Janów) – wojna, w której nie zawsze stosuje się czyste zagrania. My po prostu robimy swoje, tak samo jak swego czasu Krzysiek Oliwa, który w NHL miał przydomek „dentysta”. To oczywiście działa także i w drugą stronę, i ja też straciłem kilka zębów w starciu na lodowisku – dodaje Pawlak. Wierzymy. Hokeista z naszej superligi w sezonie 2009/2010 zajął trzecie miejsce w rankingu tzw. PIM, czyli czasu spędzonego na ławkach kar – Pawlak odsiedział na nich 139 minut. Dużo? Tak, ale zawodnicy NHL grają jeszcze ostrzej. Na dowód niesławni rekordziści: Dave Schultz, który w jednym sezonie (1974–1975) na ławce kar spędził... 472 minuty i Randy Holt (tylko w czasie jednego meczu dostał... 67 minut karnych).

Trenerzy jednak zaprzeczają, jakoby nakazywali zawodnikom używania agresywnych zagrań. Wiktor Pysz, który przygotowuje polską reprezentację hokeja na lodzie, twierdzi, że nawet w NHL odchodzi się od bijatyk na meczach, ze względu na kary dla agresorów. – Taktyka przeszkadzania najlepszym zawodnikom nawet w niedozwolony sposób odchodzi do przeszłości, także w legendarnej National Hockey League. Dzieje się tak dlatego, że kary są coraz bardziej dotkliwe – o ile dobrze opłaconego zawodnika nie ruszy jednorazowa grzywna w wysokości nawet kilku tysięcy dolarów, o tyle każdy boi się dyskwalifikacji na kilka spotkań. W ten sposób hokeista może stracić nie tylko duże pieniądze, ale poważnie osłabia swoją drużynę.

SZKODNICY I OCHRONIARZE


Kibic hokeja widzi z trybun napastników, obrońców i bramkarzy uganiających się za krążkiem, ale w NHL ważniejszy i zarazem bardziej czytelny jest nieformalny podział zawodników wedle wykonywanych funkcji – w grze biorą udział szkodniki (pests) oraz ochroniarze (enforcers). Rolą tych pierwszych jest rozpraszanie przeciwnika: najbardziej skuteczna jest prowokacja słowem oraz szturchnięcia, kopniaki czy uderzenie ręką w kask.

Czym zajmują się enforcerzy? Krzysztof Oliwa, który zasłynął z ostrej i bezpardonowej gry właśnie w tej roli, powiedział w jednym z wywiadów: – Enforcer ma najpierw wyjechać na lód, potem komuś wyj... ć, a następnie wylecieć. Krótko i na temat – trzeba przyznać. Oliwa w swoim fachu był specjalistą, z lodowiska wylatywał wielokrotnie. – Na moje kary poszło ze 300 tysięcy dolarów – hokeista ochroniarz chwalił się czytelnikom „Przeglądu Sportowego”. Ale byli i są w NHL gracze jeszcze ostrzejsi. W rankingu sportowego portalu ESPN pt. „Dziesięciu najbardziej znienawidzonych graczy w historii NHL” brylują Sean Avery i Claude Lemieux. Pierwszy zasłynął z „divingu” – upadków na lód wywołanych rzekomym uderzeniem krążkiem, z niewyparzonego języka i twardej pięści (wszystko oczywiście po to, żeby rozproszyć uwagę przeciwnika). Lemieux znany był z tego, że nie odpuszczał – walił tak mocno, że lała się krew. Kiedyś ugryzł swojego przeciwnika w palec, co skwitowano złośliwym komentarzem: „Czyżby w NHL dozwolony był kanibalizm?”.

ŁAMACZE GOLENI