Więcej artykułów o tematyce kryminalnej w nowym magazynie:

Numer 2 w sprzedaży od 14 października

Sobików leżący w okolicach Góry Kalwarii – kto o nim słyszał? – stał się znany w pierwszych dniach marca 2004 r. Według kryteriów policyjnych przestępczość zorganizowana nie zdążyła tu dotrzeć, no bo i po co? Nieco innego zdania są mieszkańcy, którzy mają regularny kontakt z ciemniejszą stroną życia społecznego. Widzą np. pijaną młodzież, przemieszczającą się we wrakach samochodopodobnych od sklepu do ciemnych zaułków i z powrotem. Tylko trochę rzadszymi przypadkami są awantury rodzinne, czyli tzw. interwencje domowe – prawdziwy rarytas w policyjnej robocie. Domniemany „zbrodniarz rodzinny” – po zażartej i często długotrwałej walce, przy dopingu lub wsparciu maltretowanych – opuszcza w kajdankach swój dom. Ale na tym akcja się nie kończy. Zdarza się, że sytuacja zmienia się i maltretowani odbijają jeńca. Niedoświadczeni patrolowcy w najlepszym przypadku płacą wtedy guzami za brak wyczucia i intuicji.

W Sobikowie nigdy nie brakowało rodzin dostarczających sąsiadom swoistych atrakcji. Jedna z nich zamieszkiwała piętrowy dom, od lat znajdujący się w bardzo kiepskim stanie. W jednej części mieścił się urząd pocztowy, w drugiej zaś mieszkanie bohaterów tej historii. Na niezwykle skromnym metrażu (jak później się okaże, również skromnie wyposażonym) mieszkała pani Bożena z pięciorgiem dzieci (w wieku od niemowlęctwa do 21 lat), mężem, ojcem oraz młodszym bratem Andrzejem Z. 

Andrzej Z., lat 30, był pracownikiem oddziałów policji w Piasecznie, czyli policyjnego organu pierwszego kontaktu z kibicami. Zajmował się hydrauliką, czasami jeździł ręczną zamiatarką po rozległych placach manewrowych, na których funkcjonariusze ćwiczyli rozpędzanie tłumu. Prawdopodobnie nie był specjalnie obciążony pracą, bo większość czasu spędzał na lekturze gazet. Ze szczególnym zainteresowaniem wczytywał się w opisy policyjnych akcji odbijania zakładników. Był też miłośnikiem nieskomplikowanych filmów akcji. Po pracy delektował się produktami rodzimych wytwórców roztworu wody, soku i spirytusu, o miło kojarzących się owocowych nazwach. Kilka łyków kolorowego napoju wystarczyło, by stawał się bohaterem pierwszego planu. O dziwo, nie wcielał się w postacie policjantów, ale w… terrorystów i złoczyńców. Pokazywał swój prawdziwy charakter, wybierając za cel rodzinę. Nawiasem mówiąc, była ona wytrenowana w szybkim opuszczaniu mieszkania, potulnym oddawaniu pieniędzy czy wytrzymywaniu uderzeń. 

W godzinach popołudniowych 2 marca 2004 roku Andrzej Z., będąc pod wpływem ulubionych cieczy, został terrorystą. Zaczęło się klasycznie: awantura rodzinna. Siostra zarzuciła mu kradzież pieniędzy, co go, jako człowieka honoru, rozjuszyło. Do rodzinnej dyskusji wtrąciła się nieletnia córka. Andrzej uznał, że jest otoczony przez wrogów, chwycił za nóż rzeźniczy i skierował agresję na dziewczynę. Niewiele brakowało, by nóż utkwił w ciele zaatakowanej.

Chwilowe zachwianie agresora (zbawienne procenty!) wykorzystali domownicy i znanym im sposobem liczną grupą wybiegli na zewnątrz. Andrzej oszalał – miotał się na wszystkie strony, demolując, co było pod ręką. Przybyli na miejsce policjanci z KP Góra Kalwaria chcieli zatrzymać damskiego boksera i wtedy zaczęła się prawdziwa jazda. Desperat zabarykadował się, a na dodatek zagroził eksplozją butli gazowej. Widać było z zewnątrz, jak przykłada zapalniczkę do butli, w powietrzu unosił się zapach gazu. Wtedy podjęto decyzję o użyciu sił antyterrorystycznych. 

Zapada zmrok. Na miejsce przybywają policyjni komandosi z Biura Operacji Antyterrorystycznych oraz negocjatorzy: komisarz Piotr i komisarz Benek. Odprawa z miejscowymi policjantami, określenie celu, podział zadań i do roboty. Priorytet – zagrożenie nie może się przemieszczać. Rozwiązanie dynamiczne, czyli szturm, możliwe jest tylko wtedy, gdy nie ściągnie to niebezpieczeństwa na osoby postronne.W innym przypadku weźmiemy go głodem i wytrzeźwieniem. 

Miejscowi tworzą pierwszy pierścień zewnętrzny, w znacznej odległości od budynku. Drugi pierścień stanowią zamaskowani komandosi. Są tuż przy budynku, gotowi do szturmu. Pomiędzy pierścieniami znajdują się tylko ci, którzy tam być powinni: strażacy, pirotechnicy, snajperzy i negocjatorzy. Ci ostatni próbują nawiązać kontakt z desperatem, ocenić jego stan psychofizyczny i prawdopodobieństwo dokonania eksplozji samobójczej. To element przygotowań do planowanego szturmu. 

Zespół negocjacyjny pracuje z udziałem konsultanta dzielnicowego, bo on wie o desperacie najwięcej. Zaczyna elokwentny Benek, nawiązuje kontakt, jest obserwowany przez judasza (czyli przez Andrzeja Z.). Zaczynają się negocjacje, desperat grozi, ale daje się wciągnąć do rozmowy, żąda i straszy. Chwali się: pracuję z policją, znam jej wszystkie sztuczki, widziałem na filmach, jak wchodzi do mieszkania. Drzwi są zabezpieczone łańcuchem, butlę trzymam na stołku obok, jak tylko kurwy się zbliżycie, pierwszego zarżnę, a później się wysadzę i rozpierdolę tę budę, za tę kanalię siostrę. Jak mogła mnie tak poniżyć? Ja ją wspieram, a ona taka... – żali się pijackim głosem.