John Cleves Symmes Jr. mówił nieskładnie i nielogicznie, a w dodatku nieznośnie seplenił. Mimo niepodważalnej inteligencji był ponoć w stanie uśpić swoich słuchaczy podczas wykładów, nawet gdy opowiadał o sensacyjnie brzmiących teoriach na temat bezkresnych żyznych krain ulokowanych mniej więcej tam, gdzie wcześniej wyobrażano sobie piekło. Najwyraźniej Symmes w ten sposób usypiał ludzką czujność. Znalazł dziesiątki wyznawców, w prasie nazywano go „Newtonem Zachodu”, aż w końcu jego hipotezy przekonały prezydenta USA do sfinansowania największej ekspedycji naukowej w historii Ameryki. Ekspedycji do środka Ziemi.

Nieodkryty świat wewnątrz Ziemi? Ludzkość snuła takie wizje długo, zanim uwierzyła, że zamieszkujemy glob, a nie dysk wsparty na słoniach czy nosorożcach. W XVII wieku angielski astronom Edmund Halley – ten sam, którego nazwiskiem ochrzczono słynną kometę – ukuł hipotezę, zgodnie z którą Ziemia składa się z czterech sfer, tkwiących jedna w drugiej niczym w matrioszce. Szkocki matematyk i fizyk John Leslie, rozwijając tę koncepcję, sugerował, że w środku ziemskiej kuli świecą nawet dwa słońca – Pluton i Prozerpina. Słowem, skoro takiej baśni dali się uwieść znakomici uczeni, trudno dziwić się byłemu oficerowi kawalerii, od młodości zafascynowanemu opowieściami, które dziś nazwalibyśmy fantastyką popularnonaukową (Symmes zapewne już jako chłopiec wierzył w pustą Ziemię).

OŚWIADCZAM, ŻE NIE ZWARIOWAŁEM

Symmes urodził się 5 listopada 1780 roku w New Jersey w bardzo zacnej rodzinie. Przydomka Junior używał, by odróżnić się od swojego stryja Johna Clevesa Symmesa, który przeszedł do amerykańskiej historii jako kongresman, sędzia i potentat ziemski. Z kolei kuzynka naszego bohatera – Anna Harrison była żoną Williama Henry’ego Harrisona, dziewiątego prezydenta USA. Obowiązki Pierwszej Damy pełniła jednak tylko miesiąc – jej małżonek zmarł bowiem wkrótce po zaprzysiężeniu. Dodajmy jeszcze, że dalekim krewnym Symmesa Juniora był inny prezydent Stanów Zjednoczonych – Benjamin Harrison, wnuk Anny Harrison. John Cleves do armii wstąpił – jak sam pisał – „by zyskać powagę i zdobyć wiedzę, którą dotychczas poznawał tylko w książkach”. Odznaczony w wojnie brytyjsko-amerykańskiej dosłużył się stopnia kapitana.

Po odejściu z armii w 1815 r. krótko trudnił się handlem, ale szybko ponownie odezwał się u niego instynkt poszukiwacza przygód. 10 kwietnia 1818 roku zaadresował odezwę „Do całego świata”, wydrukował ją w 500 egzemplarzach i złożył we władzach amerykańskich miast, w biurach polityków, na wyższych uczelniach i w siedzibach towarzystw naukowych. Część nakładu trafiła nawet do Europy. „Oświadczam, że Ziemia jest pusta i nadaje się do zamieszkania wewnątrz. Zawiera pewną liczbę sztywnych, mieszczących się w sobie koncentrycznych sfer i jest otwarta na biegunach na wysokości 12 lub 16 stopnia szerokości geograficznej – głosiło podpisane przez niego pismo. – Poświęcam swoje życie zgłębianiu tej prawdy i jestem gotów do tego wyzwania, jeśli tylko świat mnie w tym wspomoże”.

Niczym w powieści przygodowej Symmesogłosił chęć skrzyknięcia setki śmiałków, którzy odpowiednio wyposażeni ruszą z nim w podróż aż po bezkres zamarzniętych mórz. Ekspedycja z udziałem zaprzęgniętych do sań reniferów miała być trudna, wyczerpująca, ale nagroda – warta każdego wysiłku. Choć kapitan John dołączył do swojej odezwy lekarskie zaświadczenie gwarantujące, że jest zdrowy na umyśle (!), duża część amerykańskiej opinii publicznej zareagowała na nią zdecydowaną i bezlitosną kpiną. „Zanim ruszy ta niesłychana wycieczka i zbiorą się na nią chętni komedianci, lekarz, który poświadczył o poczytalności J.C. Symmesa, winien sam wpierw udowodnić, że nie postradał zmysłów” – ironizował dziennik „Washington Reporter”.

SZUKAĆ DZIURY (SYMMESA) W CAŁYM

Amerykańscy badacze życiorysu Symmesa nie są pewni, skąd dokładnie zaczerpnął swój pomysł. Choć on sam, jeszcze za życia, bronił się, że osobiście sformułował teorię pustej Ziemi, mógł zainspirować się traktatem „Filozof chrześcijański” Cottona Mathera (wydanym w 1721 roku). Znalazły się tam nawiązania do wcześniejszych hipotez Edmunda Halleya o Matce Ziemi – matrioszce. Dzieła Mathera Symmes czytał już jako młody chłopiec – rodziny obu panów znały się od pokoleń i w domowym księgozbiorze przodków Johna Clevesa znajdowały się wszystkie pozycje autorstwa Cottona. Z kolei Edna Kenton, autorka książki „The Book of Earth’s”, domniemywa, że Symmes, pilnie studiujący wierzenia i podania dalekich kultur, bardzo twórczo potraktował mity Indian i Aborygenów.

Kapitan prawdopodobnie rozwinął swoją teorię przed trzydziestką. Na pomysł otworów na biegunach, prowadzących do wnętrza pustej skorupy ziemskiej, wpadł prawdopodobnie po lekturze w wojsku dzieła Pierre’a Simona de Laplace’a, francuskiego astronoma i matematyka. Ten badacz wykazał, że nasz glob na równiku jest wybrzuszony, co trafnie uznał za wynik obrotów wokół własnej osi. Ponadto sugerował, że z tej samej przyczyny musiały powstać zagłębienia na biegunach. Symmes wydedukował, że są one takiej głębokości, że prowadzą aż do wnętrza Ziemi. Publikując swój manifest, powołał się na trzech wybitnych protektorów, których nauki – jak tłumaczył – pomogły mu w pełnym zrozumieniu istoty rzeczy. Jednak niemiecki geograf Alexander von Humboldt i angielski chemik Sir Humphry Davy zgodnie odpisali amerykańskiemu koledze, że fantazja zawiodła go na manowce i w żadnym wypadku nie chcą być kojarzeni z karkołomną ideą eksploracji wnętrza Ziemi.

Pomysł pewnie umarłby śmiercią naturalną, gdyby nie trzeci z obranych patronów – dr Samuel L. Mitchill: wszechstronnie wykształcony w Europie naukowy celebryta Ameryki początku XIX wieku, ceniony po obu stronach oceanu za swój wkład w takie dziedziny, jak zoologia, botanika, medycyna i geografia. Zupełnie nieoczekiwanie dr Mitchill publicznie pochwalił Symmesa za „niebywałą pomysłowość i oryginalność”. Zaznaczył też, że „jeśli jego tezy zostałyby potwierdzone empirycznie, Symmes zasłużyłby na miano jednego z najwybitniejszych teoretyków, jacy kiedykolwiek odpowiadali na wątpliwości i ciekawość rodzaju ludzkiego”.

 

Taka reakcja uznanego uczonego na intrygujący, ale zupełnie szalony plan, może do dziś wydawać się dziwna. Mitchill był jednak gorliwym patriotą, wyznawcą demokratycznych koncepcji Thomasa Jeffersona, i jego zainteresowanie hipotezami Symmesa modelowo wpisywało się w ówczesny amerykański apetyt na geograficzne odkrycia i poznawanie niepoznanego, najlepiej pod narodowym sztandarem. Wsparcie autorytetu tego formatu zmieniło Johna Clevesa z pośmiewiska w obiekt zainteresowań rozmaitych elit – Mitchill przedstawił go w towarzystwach naukowych, a do znajomych polityków i biznesmenów rozesłał uwierzytelniające i polecające go listy. Symmes stał się swoistą paranaukową atrakcją; zaczęto zapraszać go na wykłady, media zaś, dotychczas prześcigające się w dowcipkowaniu na jego temat (określenie „dziura Symmesa”, odwołujące się do rzekomych połączeń na biegunach między Ziemią wewnętrzną i zewnętrzną, stało się synonimem blagi i absurdu), zaczęły traktować go poważniej.

TOWARZYSTWO PRZYJACIÓŁ PUSTEJ ZIEMI,

Czyli wielcy wyznawcy teorii o wewnętrznych światach

Platon Grecki filozof był jednym z pierwszych wielkich uczonych, którzy wyobrażali sobie, że pod nami musi istnieć jakaś kraina i – być może – inna cywilizacja. Platon pisał o tunelach wewnątrz Ziemi oraz władcy, „który siedzi w jej centrum, na pępku Ziemi i objaśnia religię całemu rodzajowi ludzkiemu”. Tunele miały według niego łączyć się ze sobą w różnych miejscach, przejścia do podziemnych światów miały być „i ciaśniejsze, i szersze”, wśród nich znajdowały się przepastne kanały.

Edmund Halley Wybitny astronom przełomu XVII i XVIII wieku na pewnym etapie swoich badań doszedł do wniosku, że nie tylko Ziemia, ale i inne ciała niebieskie są wydrążone. Gdy w 1691 roku stanął przed Królewskim Towarzystwem Naukowym, oświadczył: „Pod skorupą ziemską, która liczyć może zaledwie 500 stóp, znajduje się pusta przestrzeń”. Halley twierdził, że wewnątrz Ziemi są jeszcze trzy inne sfery. Światy między nimi raczej miały być niezamieszkane. Ciekawie tłumaczył zorzę polarną – to wyciek gazu z podziemnych światów i efekt jego reakcji w naszej atmosferze.

Leonard Euler W XVIII wieku wybitny szwajcarski matematyk i fizyk wydedukował, że z matematycznego punktu widzenia Ziemia nie tylko jest, ale i powinna być w środku pusta. Co więcej, we wnętrzu świecić miało słońce, umożliwiające być może rozwój podziemnej cywilizacji.

John Leslie Szkocki fizyk i matematyk z przełomu XVIII i XIX wieku. Rozwijając hipotezy Halleya oraz Eulera, stwierdził, że w środku pustej Ziemi świecić musi nie jedno, ale dwa słońca – Pluton i Prozerpina, obracające się wokół wspólnego środka grawitacji. Słusznie skądinąd zauważył, że wątpliwości związane z wewnętrzną strukturą globu mogłyby rozwiać dokładne badania sejsmologiczne. Te, jak zaznaczał, najlepiej byłoby przeprowadzić, wywołując… kontrolowane trzęsienie Ziemi.

Cyrus Teed Amerykański alchemik i pseudonaukowiec w 1869 roku ogłosił się prorokiem, przyjął imię Koresh i zaczął głosić swoją teorię pustej Ziemi. Była o tyle oryginalna, że dowodziła, w jakim błędzie tkwili panowie Halley, Leslie czy Symmes. Otóż to my – ludzie zamieszkujemy wnętrze pustego globu. Innymi słowy, nasz świat jest wklęsły.

William Reed Amerykański geograf sformułował swoją wizję pustej Ziemi w wydanej w 1906 roku książce „The Phantom of the Poles”. Według niego wejścia do wewnętrznych krain miały znajdować się na biegunach. W środku zaś, podobnie jak na powierzchni, panuje klimatyczne zróżnicowanie, ale rok trwa 6 miesięcy. „Cóż, jest tam ciemno, bo słońce z rzadka zagląda przez dziury na biegunach” – pisał. Przyszłym odkrywcom Reed radził rozświetlać podziemny mrok radem. Czy żyli tam ludzie? Tak – Eskimosi, którzy opanowali przechodzenie ze świata zewnętrznego do wewnętrznego i odwrotnie.

William Fairfield Warren W XX wieku pierwszy rektor Uniwersytetu Bostońskiego (jego specjalnością była teologia) uważał, że we wnętrzu pustej Ziemi narodziła się ludzkość. Wydostała się na powierzchnię oczywiście przez wyjście na biegunie północnym. Warren był przekonany, że wszystkie legendarne krainy – jak Atlantyda, Eden, Avalon czy Hiperborea – znajdowały się w podziemnym świecie. Gdy ludzkość wyszła ze środka planety, zabrała ze sobą obraz jej wnętrza i utrwaliła go w mitach.

ROSJANIE CHCIELI BYĆ PIERWSI

Na początku lat 20. XIX wieku Symmes ruszył w ogólnokrajowe tournée, podczas którego prowadził odczyty na temat pustej Ziemi oraz swojej wyprawy, spotykał się z miejscowymi notablami, potencjalnymi darczyńcami i dziennikarzami. Przedstawiał im własnoręcznie sporządzony i opatentowany (!) model pustej Ziemi oraz tomy obliczeń, diagramów, map i planów. Całość przypominała raczej dość chaotyczną próbę syntezy wszystkich jego pomysłów. Model Symmesa był matrioszką niczym u Halleya – z tą róż-nicą, że kapitan zakładał przynajmniej „pięć koncentrycznych sfer”.

Między nimi istniała przestrzeń umożliwiająca zamieszkanie, każdą z nich otaczała atmosfera i każda była otwarta na biegunach, gdzie znajdowała się droga do kolejnych sfer. Tą drogą do wewnętrznych światów dostawało się również słoneczne światło i ciepło. W ten sposób do środka globu migrowały także… chmury, które zapewniały tam deszcz i śnieg. Symmes uważał, że gazy wydostające się z przestrzeni między sferami odpowiadają za trzęsienia Ziemi oraz aktywność wulkaniczną. Przekonywał też, że zwierzęta i ludzie zamieszkujący interior mogą posiadać organy przystosowane do życia tylko w określonej sferze. Czyżby zainspirowało go piekło Dantego?

 

Zainteresowanie niesamowitą ideą kapitana Johna wzmogło się po wydaniu w 1820 roku książki „Symzonia”, uważanej do dziś za pierwszą amerykańską powieść utopijną. Jej bohaterem był kapitan Adam Seaborn – żeglarz, który poniesiony prądem morskim przez czeluść na biegunie północnym dostaje się do wewnętrznego świata, a w nim odnajduje idealnie urządzoną cywilizację. Mieszkające tam niewysokie istoty, ubrane w śnieżnobiałe szaty i mówiące śpiewnym językiem, wykształciły doskonały model demokracji (byli i tacy, którzy twierdzili, że autorowi chodziło o socjalizm). Seaborn wyznawał czytelnikom: „Zapewniłem sobie miejsce na stronach historii, najlepsze z miejsc w świątyni sławy. Przy moich osiągnięciach podróż Kolumba była tylko wycieczką na ryby, zaś jego odkrycia – ledwie błahostką”. „Symzonia” zdobyła sporą popularność, ale Symmes nigdy nie przyznał się do jej napisania. Było to jednak dość oczywiste; również to, że kapitan Seaborn to alter ego kapitana Johna Clevesa.

Symmes triumfował, bo około 1823 roku miał już zwolenników w stanach Cincinnati, Ohio, Kentucky, Pensylwania oraz Karolina Południowa. Dzięki nim mógł liczyć na po-parcie lokalnych społeczności, a te w swojej ofiarności rozpoczęły akcję „Polarna ekspedycja kapitana Symmesa”. Wolontariusze słali petycje do Kongresu i lokalnych władz, by sfinansować misję. Szczególnie w Cincinnati i Ohio John Cleves wyrobił sobie markę bohatera czy wręcz proroka – gazety porównywały go do Newtona („Newton Zachodu”), a prominenci dostrzegali w nim epokową szansę na realizację czegoś, co dziś nazwalibyśmy amerykańskim snem o potędze.

Słynny stał się rzekomy list, który do Symmesa miał przysłać sam car Rosji Aleksander I. Władca planował własną wyprawę polarną, usłyszał o planach amerykańskiego śmiałka i prosił o jego usługi. Kapitan John, przebywający akurat w Filadelfii, dał wówczas świadectwo patriotyzmu i oświadczył miejscowej publice, że nie zamierza współpracować z Rosjanami, których – niczym półtora wieku później w locie na Księżyc – w drodze do wnętrza Ziemi wyprzedzi naród amerykański. Na wieść o tym w Filadelfii zorganizowano publiczną demonstrację na rzecz sfinansowania przez Kongres eskapady drużyny Symmesa na biegun. Kolejne zaproszenia nadsyłano nawet z najbardziej szacownych naukowych środowisk – towarzystw naukowych i uniwersytetów. W 1825 roku John Cleves przemawiał na Harvardzie, rok później w Union College – najstarszej uczelni w Nowym Jorku.

Mimo tych rewelacji część dziennikarzy zachowywała wstrzemięźliwość wobec samozwańczego odkrywcy. Choć rzadziej polemizowano z jego teoriami, wytykano mu różne niedociągnięcia, brak charyzmy i wadę wymowy, które istotnie nużyły wielu słuchaczy. Faktem było, że wyczerpująca objazdówka po stanach odbiła się na zdrowiu Symmesa – coraz mniej wyglądał na człowieka zdolnego do podołania trudom epokowej ekspedycji. Na szczęście w Ohio wielki teoretyk znalazł swo-jego najwierniejszego wyznawcę – był nim dziennikarz Jeremiah N. Reynolds, znany później m.in. z powieści „Mocha Dick”, pier-wowzoru „Moby Dicka” Hermana Melville’a.

PREZYDENCI USA TEŻ CHCIELI DO ŚRODKA ZIEMI

Symmes, zmagający się z dolegliwościami żołądkowymi, musiał w końcu porzucić swoje marzenia i w 1827 roku wrócił kurować się do domu w New Jersey. Rok później nastąpił ko-lejny zwrot akcji. W tym czasie Reynoldsowi, ponoć człowiekowi wyjątkowej energii i elokwencji, udało się w 1828 roku spotkać z prezydentem Johnem Quincym Adamsem oraz sekretarzem Marynarki Wojennej Samuelem Southardem. Obaj panowie dali się uwieść wizji bogatej krainy – jak pisał Symmes – „naszpikowanej warzywami i zwierzyną, a być może również zamieszkanej przez człowieka”. W tej krainie miała już niebawem powiewać amerykańska flaga – kilka tygodni po audiencji u prezydenta Reynolds przemawiał w Kongresie, apelując o sfinansowanie wyprawy do wnętrza Ziemi z publicznych pieniędzy. Po przeciągających się targach z opozycją zdecydowano, że marynarka udostępni na wyprawę jeden ze swoich okrętów. Ale w lutym 1829 roku Senat zablokował przedsięwzięcie, tłumacząc, że pieniądze na organizację powinien wyłożyć prywatny sektor.

I wyłożył – w październiku 1829 roku. Niestety, nie doczekał tego Symmes, który zmarł cztery miesiące wcześniej. Dzięki talentom Reynoldsa udało się zebrać ekipę, skompletować trzy statki, ale choć misja dotarła do wybrzeży Antarktydy, nie tylko nie znalazła drogi do wewnętrznych światów – pogubiła się w drodze powrotnej. Reynolds na dwa lata wylądował w Chile. Gdy wrócił do USA w roku 1834, raz jeszcze podjął próbę przekonania amerykańskich władz, by stanęły na wysokości zadania, które miało przynieść krajowi bezprecedensową chwałę i bogactwo. I co? Kolejny sukces – następca Adamsa w Białym Domu Andrew Jackson zapalił zielone światło zorganizowaniu wyprawy.

Szczęśliwie dla powagi urzędu i amerykańskiego narodu, w trakcie kilkuletniej debaty na temat jej formy do głosu doszli prawdziwi naukowcy i – zamiast wycieczki do wnętrza Ziemi – powstała słynna koncepcja „Wielkiej ekspedycji badawczej Stanów Zjednoczonych” (Great United States Exploring Expedition; już bez udziału Reynoldsa). Tak, ta sama, na czele której stanął porucznik Charles Wilkes, ta, dzięki której Amerykanie zdobyli tak doskonałe mapy wysp Pacyfiku, że używali ich jeszcze podczas II wojny światowej. Uczeni zebrali ponad 5 tys. eksponatów (próbki geologiczne, gatunki roślin i zwierząt czy materiały antropologiczne), zbadali prawie 300 wysp i przeszło 1500 mil wybrzeża Antarktydy. Eskapada w latach 1838–1842 dała początek tradycji wielkich polarnych eksploracji finansowanych przez Stany Zjednoczone.

 

Jak na ironię, doszło do niej wskutek jednej z najbardziej szalonych geograficznych teorii autorstwa byłego wojskowego. Do dziś niektórzy amerykańscy badacze nauk przyrodniczych wymieniają Symmesa jako człowieka, który – nie do końca świadomie – wywarł wpływ na rozwój kompleksowych teorii geograficznych, a także na promowanie ich jako zagadnienia o statusie narodowym. Na lata zarezerwował też sobie miejsce w kulturze popularnej, częściowo jako inspirator pewnego trendu – jeszcze przez ponad pół wieku ogromną popularnością w Ameryce cieszyły się opowieści przygodowe rozgrywające się w tajemniczych krainach wiecznego lodu lub opisujące niezwykłe awanturnicze wyprawy. Wpisał się w to sam Juliusz Verne, tworząc w 1864 roku swoją „Podróż do wnętrza Ziemi”. 

Jeszcze pod koniec lat 60. XIX wieku słynny odkrywca i podróżnik Charles F. Hall po powrocie ze swojej pierwszej arktycznej ekspedycji zaszokował członków Amerykańskiego Towarzystwa Geograficznego, mówiąc, że celem jego kolejnej wyprawy będzie potwierdzenie… hipotez J.C. Symmesa przez odnalezienie wrót do wewnętrznego świata. Niestety, nawet nie pocałował klamki – w 1871 roku został otruty podczas podróży na biegun północny.