Podróże w czasie to temat chętnie eksploatowany przez pisarzy science fiction. Nie ma się co dziwić – możliwość dowiedzenia się, jak będzie wyglądał nasz świat za sto lat, albo zwykłe sprawdzenie, jakie będą wyniki jutrzejszego losowania Lotto, rozpalają ludzką wyobraźnię. Jednak podróżami w czasie zajmują się również specjaliści z bardzo poważnymi tytułami naukowymi. I nie są to szaleńcy pracujący w egzotycznych szkołach, okupujących najniższe miejsca w rankingach, lecz badacze z czołowych uniwersytetów i instytutów na świecie. Dość powiedzieć, że prof. Stephen Hawking z University of Cambridge – ikona współczesnej fizyki – bierze udział w dyskusjach, czy podróże w czasie są możliwe. Wprawdzie Hawking akurat twierdzi, że nie, ale też nie pokazuje twardych dowodów matematycznych, tylko dzieli się swoimi przeczuciami.

A te mogą być złudne. Gdy na początku XX wieku jakiś student zapytał Einsteina, czy jego słynne równanie E=mc² oznacza, że wykorzystując zamianę materii na energię, można zbudować broń o niesamowitej sile rażenia, słynny uczony tylko go ofuknął. 20 lat później zbombardowano Hiroszimę. Gdy za punkt wyjścia przyjmiemy model czasoprzestrzeni, zaproponowany przez Einsteina w ogólnej teorii względności, który jak dotąd doskonale opisuje znaną nam rzeczywistość, okazuje się, że nie ma w tym modelu nic, co zakazywałoby podróży w czasie.

Gdzie te wycieczki?

A fizycy stali się ostatnio bardzo pokorni – jeśli model matematyczny czegoś nie zabrania, to nie upierają się, że jest to niemożliwe. Zajmują się raczej szukaniem warunków, które trzeba spełnić, by coś, co jest sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, stało się rzeczywistością.

Jednym z takich fizyków teoretyków jest prof. Amos Ori z izraelskiej uczelni Technion, który od kilku lat bada możliwości podróży w czasie. W swojej najnowszej pracy, opublikowanej w sierpniowym „Physical Review Letters”, pokazuje, że podróże w czasie są możliwe. Jest tylko jeden mały kruczek: nie da się podróżować wcześniej niż do momentu zbudowania maszyny czasu – swoistego portalu z przyszłości w przeszłość. Tym samym Ori odpiera główny argument Hawkinga, który twierdzi, że gdyby takie podróże były możliwe, to już dawno mielibyśmy w naszych czasach tysiące turystów z przyszłości.

Tymczasem taki najazd jest wielce prawdopodobny – tyle, że biznes zacznie się kręcić dopiero po tym, gdy uda nam się wreszcie zbudować pierwszy przyczółek dla chronopodróżników. O sprawdzeniu, kto zabił Tutanchamona, nie ma więc co marzyć, ale być może nasze prawnuki będą mogły przekonać się osobiście, jak wyglądał początek XXI wieku (albo chociaż początek IV RP).

Lot do przyszłości

Goście z przyszłości na pewno zauważą, że już w dzisiejszych – z ich punktu widzenia pewnie strasznie zacofanych – czasach potrafimy podróżować w czasie. Mało tego – na co dzień musimy radzić sobie z konsekwencjami takich podróży. Jest jeden szkopuł – nie rozpalają one aż tak wyobraźni, bo na razie opanowaliśmy tylko jeden kierunek: w przód. To zjawisko wynika wprost z ogólnej teorii względności i zwane jest dylatacją czasu.

Polega ona z grubsza na tym, że jeśli dwa przedmioty poruszają się względem siebie z różnymi prędkościami, to czas dla tych przedmiotów płynie z różną prędkością. Opisuje to słynny paradoks bliźniąt (nie ma w tym podtekstu politycznego!): gdybyśmy jednego z bliźniaków wysłali w daleką podróż kosmiczną z ogromną prędkością, to wróciłby on z niej znacznie młodszy niż brat, który został na Ziemi. Czas w rakiecie bliźniaka płynie tym wolniej względem czasu ziemskiego, im bardziej prędkość rakiety zbliżona jest do prędkości światła.