Skończył się czas zwycięstw Ferrari i McLarena i – co dla Polaków najgorsze – nie ma już sensu obstawiać, czy nasz Kubica wygra lub zajmie miejsce na podium. Doszło do zaskakującej zamiany miejsc, co najlepiej widać na przykładzie zespołów Red Bull Racing oraz Brawn GP – najlepszych tegorocznych teamów F1.

SŁABI WYGRYWAJĄ


Przed rokiem kierowcy zespołu Red Bull Racing – Mark Webber i David Coulthard (teraz zastąpiony przez młodego Sebastiana Vettela) jeździli średnio i borykali się z technicznymi kłopotami. Podobnie było z Hondą. Bolidy Japończyków ledwie docierały do mety. W końcu z powodu braku pieniędzy i wyników Honda wycofa się z F1. Resztki, tj. technologię, maszyny oraz zespół specjalistów, wykupił Ross Brawn, który na gruzach dawnej potęgi stworzył całkiem nowy team Brawn GP. Anglik zawarł szybką umowę z Jensonem Buttonem i Rubensem Barrichello. Obydwaj nie byli jednak pewniakami – w sezonie 2008 Barrichello zajął 14., a Button dopiero 18. miejsce w klasyfikacji kierowców. Dlatego nikt nie wierzył, że Brawn GP i Red Bull Racing mogą być faworytami klasyfikacji konstruktorów.

Jak to możliwe, że najbogatsze drużyny zaczęły przegrywać? Przyczyna tkwi w nowym regulaminie F1. Przepisy techniczne dotyczące budowy bolidów uległy zmianie i wszyscy konstruktorzy musieli przeprojektować swoje auta. Tyle że Ferrari, McLaren i BMW popełniły błąd. Ponieważ te zespoły miały nieograniczony dostęp do pieniędzy, z chwilą wprowadzenia nowego regulaminu zaczęły istny wyścig zbrojeń. Niestety, nie udało im się zdążyć ze sprawdzeniem nowatorskich i dotąd niespotykanych rozwiązań. „Skromniejsi” wygrali – proste rozwiązania, bez szukania technologicznych patentów na obejście regulaminu okazały się najbardziej skuteczne. Na dowód – wyniki „antyfaworyta” Jensona Buttona. Do roku 2009 Anglik na 160 swoich startów wygrał tylko jedno Grand Prix. W tym roku idzie za to jak burza. Do lipca wygrał aż 6 z 7 wyścigów! Tuż za nim w klasyfikacji plasuje się Rubens Barrichello oraz zawodnicy „Red Bulla” Sebastian Vettel i Mark Webber. Gdzie podział się szybki Felipe Massa z Ferrari?

Gdzie jest mistrz Hamilton z McLarena? Mistrzowie bogatych teamów zajmują odległe ósme i jedenaste miejsce.

CO SIĘ ZMIENIŁO?


W porównaniu z poprzednim rokiem zmieniły się przepisy dotyczące aerodynamiki. Ze wszystkich aut – teraz bardziej smukłych – zdjęto boczne elementy generujące docisk. Z tyłu zastosowano wielkie skrzydło (wąskie, ale wyższe niż w bolidzie z roku 2008), a ustawienie przedniego spojlera kierowca może regulować sam, z kabiny. Taki patent miały auta wyścigowe przed pół wieku!

Kilka maszyn (w tym Brawn GP i Toyoty) otrzymało tzw. podwójny tylny dyfuzor – element wykonany z włókna węglowego, który powoduje, że powietrze pod samochodem w miarę wzrostu prędkości przyspiesza. Pod autem wytwarza się podciśnienie, które daje większą siłę docisku. Po co? Oczywiście, żeby jechać szybciej na łukach, płynniej przyspieszać. Kwestia podwójnego dyfuzora mocno poróżniła konkurentów. Ci poprzednio najlepsi (w tym BMW, Ferrari, McLaren) uznali, że dyfuzor to przekręt. Oprotestowano wyniki Brawn GP, Toyoty i Williamsa, ale ostatecznie FIA uznała, że jednak nikt przepisów nie nagiął.

Zmiany objęły również opony. Po długiej przerwie do łask wróciły slicki (ogumienie z całkiem gładkim bieżnikiem). Tylko część zespołów zdecydowała się na eksperymentowanie z KERS (Kinematic Energy Recovery System – system odzyskiwania energii hamowania. Energia z KERS jest wykorzystywana do wyprzedzania (chwilowo można podobno uzyskać zastrzyk mocy rzędu 80 koni), co teoretycznie powinno dawać przewagę. Niestety KERS jeszcze wymaga dopracowania (podwyższa o kilkadziesiąt kilogramów masę bolidu, co zmusiło niektórych kierowców do odchudzania) i sprawia wiele technicznych problemów. Dlatego w połowie sezonu z KERS korzystają tylko Ferrari i McLaren, a BMW i Renault elektryczne „dopalacze” na razie wymontowały. – Mamy za ciężkie maszyny – twierdzą nieco zawstydzeni porażkami Bawarczycy i Francuzi. Kto na tym wygrał? Red Bull, Brawn GP i Toyota. W tych maszynach drogiego KERS po prostu nie ma.

NIE BĘDZIE REWOLUCJI


Nowinki techniczne w F1 są drogie. Wydatki idą w dziesiątki milionów dolarów, co się nie podoba FIA. Federacja próbowała wyrównać szanse – bogatsi musieliby mniej wydawać. Na to zbuntowały się najbogatsze teamy, a FOTA – organizacja konstruktorów niezależna od FIA – ogłosiła, że zorganizuje kontr-Formułę 1. Wtedy FIA dogadała się z FOTA i teraz wiemy, że rewolucji w F1 na razie nie będzie. Ten sezon pokazał już, że wcale to nie znaczy, że biedniejsi są (lub będą w przyszłości) skazani na porażkę.