W filmie „Niepokonani” („The Way Back”) polski oficer z kilkoma towarzyszami ucieka z sowieckiego łagru w Jakucji do Indii. W ciągu 11 miesięcy pokonują pieszo 6,5 tys. km przez tajgę, pustynie i Himalaje. Ta najsłynniejsza dziś polska ucieczka z Syberii została opisana w książce i sfilmowana w Hollywood. Tyle że jest fantazją. Prawdziwi uciekinierzy rzadko opowiadali o swoich przeżyciach. Oto kilka z ich histor

3500 KM DO LWOWA

Urodzony pod Lwowem Bronisław Szeremeta miał 24 lata, kiedy jako żołnierz trafił w 1939 r. do sowieckiej niewoli. Najpierw zesłano go do kopalni rudy manganu w Krzywym Rogu, potem do północnej republiki Komi, gdzie miał pracować przy budowie linii kolejowej Kotłas–Workuta. Spisek zawiązało czterech mężczyzn. Obok Szeremety byli to kapitan Szatkowski, jego ordynans Franciszek Konopka i sierżant Andrzej Krzyżoszczak ze Śląska. Przez miesiąc gromadzili zapasy. Pieniądze na podróż zdobywał od innych więźniów dobrze grający w pokera sierżant. Największą nadzieję na powodzenie ucieczki dawały im dwie bezcenne rzeczy: kompas i mapa, które udało się ukryć. Na podstawie szczegółowych obliczeń powstał plan: około 500 km marszu przez tajgę do najbliższej stacji kolejowej Piniug, stamtąd pociągiem do Kirowska i dalej do Moskwy. 18 lipca 1941 r., tuż po rozpoczęciu pracy przy wyrębie drzew, czwórka konspiratorów ulotniła się do tajgi, zabierając ze sobą dwa topory. Wieczorem dotarli do brzegu Wyczegdy, którą pokonali w znalezionej łodzi. Za rzeką czuli się już bezpieczniej.

Mimo że byli daleko na północy, ich wyprawa przypominała przedzieranie się przez tropikalną dżunglę. Spoceni i mokrzy, z ciężkimi siatkami na głowach, które miały chronić ich przed ukąszeniami rojów much i komarów, w ciągu dnia mogli pokonać znacznie mniejsze dystanse, niż początkowo przewidywali. Czternastego dnia ucieczki skończyły się zapasy i od tej pory żywili się tylko leśnymi owocami. Kilka dni później dotarli do Piniuga. Głód okazał się silniejszy niż ostrożność. Znający perfekcyjnie rosyjski kpt. Szatkowski postanowił zaryzykować i kupić w mieście coś do jedzenia. Jednak obca twarz natychmiast wzbudziła podejrzenia NKWD. Kapitan został aresztowany, a wkrótce jego los podzielił ordynans Konopka, który poszedł szukać swojego szefa. W tej sytuacji Szeremeta i Krzyżoszczak uciekli z miasta i schronili się w tajdze przed spodziewanym pościgiem.

WIĘŹNIARSKA SOLIDARNOŚĆ

Następnego dnia wieczorem znaleźli na bocznicy kolejowej wagony z ładunkiem drewna, w których było jeszcze sporo miejsca na schronienie. Pociąg ruszył nocą. Postoje na stacjach były na tyle długie, że Bronisław mógł na bazarach kupować żywność od wiejskich kobiet. Tak dojechali do końcowej stacji pociągu Oriechowo–Zujewo w obwodzie moskiewskim. Ubrani w robocze drelichy, zarośnięci i brudni, Szeremeta i Krzyżoszczak nie budzili podejrzeń. Tak jak oni wyglądała w tym czasie większość mieszkańców ZSRR. Wtopieni w tłum, zdobyli bilety do najbliższej stacji przed Moskwą (na przejazd do samej stolicy trzeba było mieć specjalną przepustkę). W kolejce do kasy Bronisław spotkał mężczyznę, wracającego z łagru. Wyjawił mu prawdę. Mężczyzna zaproponował, że przewiezie ich przez Moskwę na Dworzec Białoruski, gdzie kupią bilety do Borysowa. Stamtąd mogli przedzierać się w stronę dawnej polsko-radzieckiej granicy.

I tak po kilku dniach znaleźli się w Mińsku. Przenocowali w kaplicy na zdewastowanym polskim cmentarzu. Następnego dnia wieczorem ruszyli w kierunku granicznego miasteczka Stołpce. Mimo że wschodnie ziemie Polski zostały już wcielone do ZSRR, przedwojenna granica była nadal strzeżona. Bronisława i Andrzeja wytropił pies pograniczników. Po niemal 3 tys. km ucieczki zbiegowie pod strażą trafili do aresztu. Nie byli tam sami. Cela była pełna mężczyzn z dawnych wschodnich województw Polski, którym sowieckie władze obiecały dobrą pracę w Nowosybirsku. Na miejscu okazało się, że warunki są fatalne, i mężczyźni postanowili wracać do domów. Jednak drogi powrotu nie było: na przeszkodzie stała granica. Niektórzy już kilkakrotnie próbowali ją pokonać.

Bronek i Andrzej także zagrali rolę niezadowolonych robotników. W Mińsku wypuszczono ich na wolność, a oni nie ryzykowali już powtórnej próby przejścia granicy w Stołpcach. Andrzej postanowił jechać do Baranowicz, a stamtąd do Warszawy. Bronisław zdecydował się na podróż przez Nowogród Wołyński, Równe i Brody do Lwowa. Dwaj uciekinierzy pożegnali się na dworcu w Mińsku. Nigdy już się nie spotkali. Szeremeta pokonał – przy pomocy przemytników – dawną granicę w miejscowości Korzec i dotarł do Lwowa. Ale jak pisał we wspomnieniach: „We Lwowie nie skończyły się kłopoty z ukrywaniem przed NKWD, które groziło na każdym kroku o każdej porze dnia i nocy. Dopiero zdobycie dowodu osobistego tzw. paszportu na inne nazwisko pozwoliło mi uniknąć aresztowania i doczekać się inwazji niemieckiej, która uwolniła mnie od koszmaru ukrywania się przed NKWD”.

SPOSÓB NA KOLEGĘ

 

Pierwszym celem każdego uciekiniera było opuszczenie „ziemi łagrów” – słabo zaludnionych, dzikich terenów, na których lokowano obozy pracy. Każdy obcy rzucał się tam w oczy, a miejscowa ludność była wynagradzana za wskazywanie i łapanie podejrzanych osób. Sytuacja zmieniała się, kiedy uciekinier dotarł do gęściej zaludnionych obszarów, zwykle leżących koło szlaków kolejowych. Tam nie przyciągał już tak uwagi, a mógł liczyć na pomoc wielu ludzi. W tym czasie niemal każda rodzina w ZSRR miała kogoś w obozie pracy. Zbieg, jeśli dobrze znał rosyjski, mógł też podawać się za… kolegę z wojska.

Lech Adamowicz z Białegostoku został deportowany w 1940 r. do łagru nr 390 Jercewo-Korgopol w obwodzie archangielskim. Pracował przy wyrębie lasu. Uciekł na początku 1941 r., chowając się między pniami na kolejowej platformie do przewozu drewna. Po wielu godzinach jazdy, bliski zamarznięcia, postanowił szukać pomocy w osadzie, w której zatrzymał się pociąg. Zakradł się w pod jeden z domów i podsłuchał rozmowę mieszkańców. Dowiedział się z niej, jak nazywa się gospodyni, oraz że ma brata w armii. Po czym zapukał do drzwi, wymienił jej imię i przedstawił się jako kolega brata z wojska. „Chcę przekazać ważną informację – chłopak jest ranny, ale jego życiu nic nie zagraża”. Zbieg natychmiast został nakarmiony i zaproszony na nocleg, a gospodyni, której mąż był kierownikiem stacji, załatwiła mu na następny dzień bilet na pociąg osobowy do Moskwy. Stamtąd Lechowi Adamowiczowi udało się wrócić do domu po liczącej blisko 1800 km ucieczce.

WANDA I STEFANIA

Wanda Pawłowska z Brodów koło Lwowa została zesłana do Kazachstanu na początku 1940 r. jako żona polskiego oficera. Ppor. Jan Pawłowski był w tym czasie więźniem obozu w Kozielsku. Wanda nie wiedziała, że kiedy ona trafiła na roboty do kołchozu Liniejewka w Kazachstanie, jej mąż został właśnie rozstrzelany w Katyniu... Dwudziestoparoletnia kobieta przez całą zimę układała plan ucieczki ze swoją rówieśnicą Stefanią Frelą zesłaną do sąsiedniego Oktiabrska. Pierwszą sprawą był odpowiedni kamuflaż. Dziewczyny zamieniły zabrane z domów sukienki na płócienne spódnice, ciemne kufajki i chustki na głowę (typowy strój sowieckich kołchoźnic). Na czas ucieczki wymyśliły też nowe imiona: Wanda została Wierą, a Stefa – Walą. Wanda zebrała wszystkie listy, które dostała od rodziny i odesłała je w paczce do domu. Naczelnik poczty domyślił się, że kobieta chce uciekać, więc wtajemniczyła go w plan. Wystarczyło kilka ładnych ubrań dla córki, a wdzięczny mężczyzna kupił im dwa bilety na pociąg Karaganda–Moskwa. Radził też zabrać wydane przez sowieckie władze dokumenty, gdyż w przypadku ich braku kobiety mogą zostać uznane za szpiegów.

Był maj 1941 r., kiedy kobiety wyruszyły w długą 2500-kilometrową podróż do domu. Wpadły już podczas pierwszej kontroli. Śpiącą Wandę obudził funkcjonariusz NKWD. Gdy otworzyła oczy, okazało się, że jest to ten sam oficer, który wydawał jej paszport w Liniejewce! Co gorsza, w dokumencie przy nazwisku Wandy było napisane „żena oficera bywszej Polszy”. Tego nie można było nie zauważyć. Enkawudzista cicho gwizdnął i powiedział, że na najbliższej stacji (w Pietropawłowsku) Wanda zostanie aresztowana. Po czym… oddał jej paszport i odszedł. Gdy tylko pociąg zatrzymał się na peronie, Wanda i Stefa wyskoczyły z wagonu. Zniknęły w tłumie podróżnych. Szybko zorientowały się, że choć peron był obstawiony przez funkcjonariuszy NKWD, nikt ich nie szukał. „Trzeba wracać do pociągu!” – uznały i wskoczyły w ostatniej chwili przed odjazdem.

Zaopiekowała się nimi konduktorka, której opowiedziały swoją historię. Ochraniała je przed następnymi kontrolami, aż do ostatniej stacji przed Moskwą, gdzie wysiadły. Z przedmieść stolicy udało się im dotrzeć na Dworzec Kijowski. Tam wmieszały się w tłum podróżnych. Po kilku dniach stania w kolejce kupiły bilety na ostatnią stację przed dawną polsko-rosyjską granicą. Cudem unikając kontroli w pociągu, dojechały w okolice Berdyczowa. Dalej zaczynała się już ściśle kontrolowana przez wojsko i NKWD „zona graniczna”.

RATUNKIEM WOJNA

Miejscowi nie robili kobietom żadnej nadziei, że uda się im przedostać na teren „zony”. Zdecydowały się więc zaryzykować przejazd pociągiem towarowym. Stefa wzięła wszystkie pieniądze, jakie miały, i przekupiła kierownika składu, by przewiózł je do ostatniej stacji przed granicą. Mężczyzna przyjął propozycję i kazał uciekinierkom schować się w wagonie pocztowym. Tak dojechały do Szepetówki. Z miasteczka kobiety ruszyły na piechotę w stronę granicy. Wanda i Stefa zdecydowały się pokonać zaorany pas graniczny nocą, blisko budynku strażnicy. Liczyły, że w tym miejscu teren będzie słabiej pilnowany. Myliły się. Najpierw wyczuły je psy. Uciekając, niemal wpadły pod lufę karabinu jednego z pograniczników. Eskapada była skończona...

Wożono je po aresztach, ale nigdzie nie było miejsca – cele były pełne takich jak one. W końcu trafiły do więzienia w Płoskirowie. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Jednak kilka dni później budynek więzienia zatrząsł się od wybuchów bomb. Strażnicy wypuścili więźniarki i kazali im uciekać. Sami też szybko zniknęli. Był 22 czerwca 1941 r. – Niemcy napadły właśnie na ZSRR. Wanda i Stefa znów wyruszyły w podróż do domu, ale tym razem musiały przejść linię nadchodzącego z zachodu frontu. Na kilka dni zatrzymały się u starszej bezdzietnej wdowy w wiosce Słobudka. Potem wyruszyły w stronę, z której słychać było kanonadę. Nie przeszły daleko, gdy usłyszały strzały. Dopadł ich żołnierz w mundurze Wehrmachtu, krzycząc coś po niemiecku. Kiedy przerażone zaczęły mu tłumaczyć, kim są i co tu robią, żołnierz nagle zaklął po polsku: „Do cholery jasnej, zwariowały baby, wojna, front, a one pchają się pod kule!”. Okazało się, że był Ślązakiem, wcielonym do niemieckiej armii.

Uciekinierki wróciły do swojej „babci” i w Słobudce doczekały przejścia frontu. Po czym znów wyruszyły w drogę, mijając idące na wschód niemieckie kolumny. Po niemal 2 miesiącach od ucieczki z Kazachstanu, w pierwszych dniach lipca 1941 r., dotarły do domów. Tam Wanda po półtorarocznej rozłące zobaczyła wreszcie swojego synka.

PRZEZ GROZNYJ

 

Józef Adamowicz jako dwudziestoletni chłopak cudem przeżył egzekucję Polaków w Tarasowskim Lesie koło Mińska, dokonaną przez NKWD 26 czerwca 1941 r. Wrócił do Wilna i tam doczekał zajęcia miasta przez Wehrmacht. Póki trwała niemiecka okupacja, czuł się w miarę bezpiecznie. W ręce NKWD wpadł powtórnie w lutym 1945 r., pół roku po zajęciu miasta przez Armię Czerwoną. Na ulicach trwały jeszcze polowania na partyzantów AK, biorących udział w operacji „Ostra Brama” – akcji wyzwalania Wilna z rąk Niemców. Ich dowódcy zostali podstępnie aresztowani przez NKWD już w lipcu 1944 r. Józef wraz z innymi rówieśnikami trafił do więzienia w klasztorze Dominikanów. Potem (bez wyroku i nawet bez przesłuchania) zapakowano go do wagonu i zesłano w głąb Rosji. Celem podróży był łagier nr 321 koło Saratowa, niedaleko granicy z Kazachstanem. Tam przez pół roku Polacy budowali drogę. Kiedy skończyli, łagier rozwiązano, a więźniów przewieziono 1000 km na południe, do Kutaisi w Gruzji.

Mieli pracować przy uruchomieniu zakładów Opla, przywiezionych z Niemiec jako łup wojenny. Warunki były znośne, kiedy jednak w 1946 r. z obozu zostali zwolnieni jeńcy niemieccy i japońscy, a Polacy zostali, zaczął narastać bunt. W kwietniu 1947 r. rozpoczął się strajk, w którym wzięło udział trzystu Polaków. Natychmiast zostali zabrani z obozu, podzieleni na grupy i rozesłani w różnych kierunkach. Adamowicz trafił do łagru 204 dla jeńców wojennych nad Wołgą powyżej Astrachania. Natychmiast postanowił uciekać. Jego wspólnikiem został Wiktor Przytulski, też wilnianin. Z obserwacji kilku udanych ucieczek z obozu w Kutaisi wiedzieli, że najważniejszą rzeczą jest niepozostawienie w obozie żadnych rzeczy osobistych. Przy pościgu były one bowiem dawane do wąchania psom, które dzięki temu łatwo odnajdywały trop. 26 czerwca 1947 r., idąc do pracy przy wydobyciu gliny dla cegielni, mężczyźni zabrali ze sobą dwa 3-litrowe metalowe kociołki na wodę, w których ukryli zgromadzone wcześniej zapasy chleba, cukru i tytoniu. Tego dnia postanowili uciekać.

Wieczorem, pod koniec pracy, schowali się w wąwozie i czekali, aż strażnicy i pozostali więźniowie zaczną wracać w stronę obozu. Wtedy ruszyli na północ. Byli na niemal dziewiczym terenie, w środku największej w Europie delty rzecznej. Okazała się zdradliwa. Idąc po omacku nocą, o świcie zbiegowie z przerażeniem stwierdzili, że są znów blisko łagru, tylko z drugiej strony. Wiedząc, że za chwilę zacznie się obława z psami, ukryli się w trawie i przeleżeli cały dzień w palącym słońcu. Pod wieczór zauważyli zmęczonych strażników z psami, wracających z nieudanych poszukiwań. Decyzja o zabraniu z obozu wszystkich rzeczy osobistych okazała się słuszna. Kolejnej nocy znów ruszyli w stronę, z której wracał pościg, zakładając, że drugi raz w tym samym kierunku nie ruszy. Po dwóch dniach wędrówki przez step, kiedy skończyła się żywność, zauważyli przed sobą żelazny mostek kolejowy, a obok niego namiot. Kiedy podeszli, Józef zobaczył wycelowaną w siebie lufę karabinu. Trzymała go… młoda dziewczyna.

Z TATARSKĄ POMOCĄ

Okazało się, że dziewczyna jest Tatarką i strażniczką mostka kolejowego. Zaczęła bacznie przyglądać się zbiegom. Jej uwagę zwróciły małe białe krzyżyki zawieszone na ich szyjach. Były zrobione jeszcze w Kutaisi z końskich kości, na których gotowano tam zupę. „Czto, wy nie ruskije?” – spytała zdziwiona. Józef i Wiktor nie chcieli ujawniać swojej narodowości, powiedzieli więc, że są z Litwy. To wystarczyło do przełamania lodów. Kiedy strażniczka upewniła się, że nie ma do czynienia z „ruskimi”, zaprosiła zbiegów do namiotu, gdzie jej matka przyrządzała na patelni świeżo złowione ryby. Po chwili wrócił także ojciec. Okazało się, że jego syn i brat dziewczyny służy w sowieckiej armii na… Litwie i w listach bardzo przychylnie wypowiada się o tym kraju i jego mieszkańcach. W czasie uczty, za którą Tatarzy nie chcieli przyjąć żadnej zapłaty, zbiegowie wyznali, że chcą dotrzeć do najbliższej stacji. Strażniczka powiedziała, że przepuści ich przez most, a kilka kilometrów dalej będzie przystanek kolejowy, na którym nad ranem zatrzymuje się pociąg do Groznego. Radziła tylko wsiadać nie z peronu, ale z drugiej strony.

Ponieważ na stacji nie sprzedawano biletów, jedynym sposobem dotarcia do oddalonej o około 500 km stolicy Czeczenii była jazda na dachu wagonu. Takich pasażerów było więcej i – co ważne – dobrze wiedzieli, na których stacjach mogą być łapanki na gapowiczów. Kiedy pociąg zwalniał przed wjechaniem na peron, zeskakiwali z dachu. Kiedy ruszał, wdrapywali się z powrotem. Wieczorem Józef i Wiktor dotarli do Groznego i poszli nocować w miejskim parku. Kiedy kładli się spać, okazało się, że ich „sąsiadem” jest kolejarz z Białorusi. Szybko dogadali się, że ma możliwość kupienia biletów na pociąg do samego Mińska. Następnego ranka uciekinierzy dali mu 100 rubli za przysługę i ze strachem czekali, czy kolejarz wróci sam, czy z patrolem NKWD. Okazał się jednak uczciwym człowiekiem i jeszcze tego samego dnia zbiegowie po raz pierwszy od wielu lat jechali w wygodnym osobowym wagonie, bez problemu docierając do ostatniej stacji. W Mińsku kupili bilety na podmiejską kolejkę do Mołodeczna i przesiedli się w pociąg do Wilna. Wysiedli przed miastem, w Nowej Wilejce, obawiając się kontroli dokumentów na głównym dworcu. Dalej poszli piechotą: Józef do Wilna, a Wiktor do rodzinnego Zarzecza. Po 2,5 roku od aresztowania byli z powrotem w domu.

LOSY UCIEKINIERÓW

Ucieczka z łagru dla wielu Polaków nie oznaczała jeszcze wolności. Tylko nielicznym udało się uniknąć powtórnych represji. Bronisław Szeremeta po ucieczce z łagru wstąpił do lwowskiej AK. 5 marca 1945 r. na jego trop wpadł sowiecki kontrwywiad „Smiersz”. Ranny w czasie próby ucieczki z więzienia we Lwowie Szeremeta został przewieziony do Moskwy. Tam próbowano zmusić go, by został świadkiem oskarżenia w słynnym „procesie szesnastu”. Po odmowie skazano go karę śmierci, zamienioną później na 20 lat łagru. I tak w 1946 r. ponownie znalazł się na zesłaniu w Kazachstanie. „Ostatni polski łagiernik w ZSRR” został odesłany do kraju dopiero w 1959 r., znów jako… więzień. Tu jednak sąd darował mu resztę kary. Szeremeta pracował później jako lekarz weterynarii, zmarł we Wrocławiu w 2009 r.

Józef Adamowicz, nie mając dokumentu zwolnienia z łagru, nie mógł się zameldować w rodzinnym Wilnie ani repatriować do Polski. Postanowił więc uciec do niej przez zieloną granicę. Złapany i aresztowany, dostał wyrok 3 lat łagru w Jakucji. Do domu wrócił w 1950 r. Znalazł pracę jako księgowy i do śmierci mieszkał w Wilnie. Lech Adamowicz po wojnie wyemigrował do Wenezueli. Wanda Pawłowska repatriowała się do Polski. Losy Stefanii Freli, Andrzeja Krzyżoszczaka i Wiktora Przytulskiego są nieznane.

KŁOPOTY Z „NIEPOKONANYMI”

Główny bohater filmu Petera Weira „Niepokonani” ma na imię Janusz. Jego postać, w którą wcielił się brytyjski aktor Jim Sturgess, jest wzorowana na Sławomirze Rawiczu, autorze książki „Długi marsz”. W 1956 roku Rawicz opisał w niej ucieczkę swoją i kilku innych więźniów z łagru na Syberii do Indii. Książka stała się światowym bestsellerem, przetłumaczonym na 25 języków. Kilka lat temu prawa do jej ekranizacji kupił Hollywood. I wtedy wybuchł skandal. Brytyjski dziennikarz Hugh Levinson dotarł do dokumentów, z których wynikało, że Rawicz nie uciekł z żadnego łagru. Zwolniono go w czasie amnestii i wtedy wstąpił do armii Andersa. Natomiast historię ucieczki ukradł innemu Polakowi, Witoldowi Glińskiemu, który spisał swoje przygody po wojnie i złożył je w polskiej ambasadzie w Londynie.

PODRĘCZNIKOWA UCIECZKA

 

„Długi marsz” nie jest jedynym bestsellerem o ucieczkach Polaków z zesłania. Pod koniec XIX w. Europa zaczytywała się „Pamiętnikami z pobytu na Syberyi” Rufina Piotrowskiego – konspiratora, skazanego w 1843 r. na dożywotnie zesłanie koło Omska. Piotrowskiemu spodobało się na Syberii, zbudował nawet dom, jednak po roku postanowił uciekać. Przez 16 miesięcy zbierał żywność, suszył chleb na suchary, rysował mapy i oszczędzał pieniądze. W lutym 1846 r. 40-letni wówczas Polak wyruszył w drogę. Szedł pieszo, spał w wykopanych w śniegu jamach. Zapuścił długą brodę i udawał muzyka, pielgrzymującego w pokucie za grzechy. Po przejściu Uralu rzeczywiście przyłączył się do pielgrzymki na Wyspy Sołowieckie. Po czym odłączył się od niej, dotarł do Petersburga, następnie do Rygi, a stamtąd do Królewca. Chociaż udało mu się opuścić Carstwo Rosyjskie, został aresztowany przez pruską policję. Kiedy jednak wiadomości o jego eskapadzie trafiły do prasy, w Niemczech i Austrii rozpoczęła się wielka kampania na rzecz uwolnienia Piotrowskiego. Zwolniony z więzienia, zaopatrzony w pieniądze zebrane przez królewieckich mieszczan, rozpoczął wielkie tournée po Europie. Przez kolejne lata pisał artykuły o niewolniczej pracy na Syberii i pamiętnik, wydany po raz pierwszy w 1860 r. W okresie międzywojennym był on popularną lekturą w Polsce. Dla zesłańców w XX w. stał się swoistą instrukcją, jak przygotować i zaplanować ucieczkę.